Przyznaję, blog zapuściłem aż brzydko. Nie godzi się tak. Ale że właśnie siedzę we dyliżansie powietrznym, to mam czas nadrobić zaległości.
Zacznijmy może od lotu, a później przedstawię swe (i nie tylko) wyczyny z ostatnich dwóch weekendów.
Lecę więc sobie wesoło do Wiednia, by stamtąd udać się do Warszawy. Później pociąg i destynacja Gorzów, via Poznań. Taka tam mała ekskursja celem przywiezienia pewnych odzień zimowych.
No ale odzienia nie są tak ciekawe, jak niespodziewane się pojawienie w Rumunii. Zupełnie przypadkowe. Było tak. Udaliśmy się z S. do Belovgradchika, co by twierdzę obadać. Nie będę ukrywać, twierdzę mnie nie interesują zbyt mocno, ale że jeszcze mnhie tam nie było, to uznałem, że warto się przejechać. Będąc tam już S. zaproponował udanie się do Vidin, bo w sumie blisko, a i Dunaj tam płynie. I można zobaczyć nowy most łączący BG i RU. Most, co go do użytku oddali dwa miesiące temu, a po tygodniu okazało się, że jakby jakościowo to on nie do końca i trzeba remontować. Azymut my obrali i ruszyli w trasę. W Vidinie trochę nas oznakowanie skonfudowało, ale finalnie odnaleźliśmy marszrut do mostu. Kiedy tak sobie radośnie jechaliśmy, podziwiając drogę, oczom naszym most się ukazał. No ładny taki, amerykański prawie. Więc jedziemy. I jedziemy. I nagle okazało się, że nie ma jak zawrócić. Więc radzi, ale jakby nieradzi, zmuszeni byliśmy jechać dalej. Dokładnie do punktu granicznego po stronie rumuńskiej. Bie powiem, byliśmy z lekka podekscytowani tym faktem. Podjechaliśmy do kontroli i S. zaczął pani pogranicznik tłumaczyć, że my tu przypadkiem, niechcący i w ogóle nie wiadomo jak. Chyba nie byliśmy pierwszymi, którzy taki numer zrobili, bo pani się tylko uśmiechnęła, poradziła zawrócić przed punktem kontrolnym i udać się z powrotem do BG. Uraczyło nas to wielce, szczególnie, że wycieczka tym mostem to 10 EUR w jedną stronę, a my uniknęliśmy elementu płacenia.
W drodze powrotnej udało się nam dojechać bez dodatkowych atrakcji. No prawie. Bo pół godziny zmarnowaliśmy w Montanie (miasto o znaczeniu podobnym do powiatowego) poszukując tam jakiej knajpy, co by kolację spożyć. Bez skutku.
Następnym weekendem S. musiał udać się do Plovdivu celem wymiany opon,
bo przecież zima nadchodzi. Zasugerowałem więc, że chcętnie się z nim
tam udam i że sobie pociągiem wrócę do Sofii. S. się oczywiście uradował
i opracował plan ekspedycji, tak żebym zobaczył więcej niż tylko
Plovdiv, który już mi w sumie znany jest. Clue tej ekspedycji był
Pazardzhik. Pazardzhik to taki trójkąt Pernik - Kyustendil - Dupnica,
tyle że bez trójkąta. P - K - D słynie z najbardziej mentally incapable
kierowców w całej Bułgarii, więc jak widzisz blachy PK, to uciekaj, bo
nigdy nie wiadomo, co takiemu do pały strzeli. Wróćmy jednak do
Pazardzhika, który kiedyś musiał być nawet ładny. Kiedyś, bo obecnie
dalece zaniedbany, szary i zwyczajnie brzydki. Ale za to jacy urodni
mieszkańcy i mieszkanki. Te kozaki, te złote łańcuchy, tani Armani i
Versace. Mózg z wrażenia staje w poprzek. Kiedym ujrzał jedną z wystaw
sklepowych, to z podziwu wyjść nie mogłem, choć bardzo chciałem.
Później był Plovdiv, gdzie BDŻ (Bułgarskie Koleje) dało popis. Na dwóch polach - pierwszym była tablica z godzinami odjazdów i przyjazdów. szczególnie angielska wersja (załączona), która mnie poraziła. Movement mnie najbardziej uraczył. Następnie kupno biletu. Za tę część odpowiedzialny był S. Przypuściliśmy więc szturm na kasę numer jeden. A tam pani powiedziała nam, że chętnie sprzedałaby nam nbilet, ale jest 19, a pociąg jest o 21, więc ona może ów talon na przejazd sprzedać o 20:30. No dobrze. Nie wnikając w przyczyny poszliśmy z S. na fajkę przed stację i tam umyśliło się nam, że o coś tam jeszcze możemy zapytać. Spaliwszy, udaliśmy się z powrotem, ale tym razem do innej kasy, gdzie pani powiedziała, że ona bilet na ten sam pociąg może sprzedać już teraz. Więc S. poinstruował, że Sofia i klasa pierwsza. Pani bilet wydała, ale cena mnie się podejrzana wydała. Bo zbyt niska jak na pierwszą klasę (3 BGN różnicy). S. zaczął marudzić, że jestem wkurwiający, bo jęczę o tę pierwszą klasę, że to tylko trochę ponad dwie godziny i tak dalej. Widząc jednak moje dość małe zadowolenie uznał, że to może on się uda zapytać o co chodzi. A tam pani mu wyjaśniła, że uwaga. Będzie hit. Tak bilet jest na klasę drugą, ale miejsce jest przy oknie i jest stolik, więc ona na pierwszą biletu nie sprzeda. Nie i chuj. Przyznaję, z taką polityką to ja się jeszcze nie spotkałem. Klient chce jedynkę, to dostaję jedynkę i nie ma, że nie. Ale jak widać BGŻ ma swoje własne procedury.
I to było tyle z wycieczek. W tygodniu szara rzeczywistość, znaczy praca i praca i tyle. Jedyne co się zmienia, to kroki. Z irytujących na doprowadzające do kurwicy. Bo się właśnie władze Sofii wzięły za remonty, budowy i inne upgrade'y i ochujeć idzie ze szczęścia.
Wydaje mi się, że najważniejsze elementy opisałem. Jakby mnie olśniło, że coś pominąłem, to poczynię stosowny update.













