Friday

cholera wie, jak nalezaloby ow post zatytulowac

post pisany po trzech piwach, wiec ani to stan wskazujacy, ani trzezwosc pelna, takie chuj wie co

sie bylo przewinelo ostatnimi czasy pytanie. na poczatku, jakis miesiac temu, czy nawet ponad, po udanym dosc seksie z Panem M., padlo pytanie "czy bedziesz tesknil?". ostatnio padlo ono we wtorek, w czasie malej konsumpcji na osiedlu wichrow wiejacych, i zadane zostalo przez Pania S. w obu wypadkach, niezaleznie od ilosci promili w wydychanym powietrzu, padla odpowiedz, ze nie. co prawda w obu tez przypadkach odpowiedz brzmiala zupelnie inaczej i dobor slow byl mniej, lub bardziej, dyplomatyczny, ale nie.

generalnie roztrzasanie (duze slowo, zastanowila mnie bardziej odpowiedz moja i jej pewne trwanie w czasie) tego utwierdzilo mnie w przekonaniu, ze nie. bo primo, nie ma co ukrywac, emocjonalnie to ja sie w okolicy pantofelka plasuje i cos takiego jak tesknota jest mi dalece obce i niezrozumiale. secundo - nie ma za czym/kim tesknic, bo ok, czestotliwosc spotkan ulegnie obnizeniu, ale nadal beda one wykonalne (ok, sex via arajp mnie zupelnie nie raczy, ale inne sprawy mozna ta droga zalatwic), wiec po co sie spinac i zadawac takie pytania. w koncu nie wyjezdzam do nowej zelandii, strefa czasowa prawie ta sama, wiec wtf moglby zapytac zainteresowany czytelnik?

otoz po raz kolejny okazuje sie, ze to ludzie sie do mnie przywiazuja, ale nie ja do nich. i nie rozumiem za bardzo dlaczego i po co? przeciez moze byc tak, jak z Pania A, ze oboje jestesmy w roznych rejonach, ale kontakt mamy, obieg newsow jest i generalnie buczy i gra. ok, fajnie byloby sie wodki razem napic, ale ze nie ma jak, to nikt sie nie potnie z tego powodu. tak sie stalo, tak sami zdecydowalismy i tak jest. niestety, inni jakby do takiego pulapu nie dorosli, albo tez ja nie doroslem do nich.

Thursday

it's been done

8.10.2011 o 6:15 startuje z Lawica Airport lotem W6 1901 do LTN. nie bede ukrywac, jestem dalece posrany. z drugiej strony mam wprawe, calkiem niezla, po bezolandzie.

chuj, jakos to bedzie. istnieje nawet nadzieja, ze zle nie bedzie. nie takie burdele sie przecie ogarnialo w swej karierze.

Wednesday

1,65 kg

tyle wazy litrowa butelka wyborowej. posiadam takowe 3, ladnie juz zapakowane w walizce. poza tym posiadam tez syndrom pokonsumpcyjny. a wszystko jest wina biedronki, bo zrobili kurwa wyprzedaz win. i nie bylo chuja we wsi, trza bylo jakiego rarytasa zakupic. a ze duzo ich mieli, to i kilka zakupilem. coz...

poza tym dalej nic nie wiem. 0 info o obronie, 0 info o terminie wylotu i ogolnie szereg 0 info. ruchanie tez na 0.

update - 4.10 o 11 bede zdobywac mgr. i chuj.

Sunday

sie uzewnetrznie, a co!

termin obrony nieznany, bo recenzent bawi w espanii. znany za to termin wyprowadzki, jednoczesnie bedacy dalece niekompatybilnym z terminem zakladanym wylotu.
musze zaczac sie pakowac, a nie mam weny. do niczego - poza kurnikiem, prasa i glupotami w necie - nie mam weny. nawet do rozgladania sie za robota u krolowej eli. pale za to jak pojebany. na kilogramy, hektary i kartony. nawet alkohol mi sluzyc przestal i pomimo super promo w biedrze loje herbate. ale czerwona i zielona na zmiane.

w dupie. ide spac. moze sie obudze z wiekszym ogarnieciem egzystencjalnym.


Friday

bylem, zdobylem i w ogole

w GDN chuja zalatwilem i sie okazuje, ze Pan M sam sie musi udac do przybytku, gdzie pobiera swoja wiedze. generalnie mozna by odniesc wrazenia, ze caly wyjazd mozna o kant zada rozjebac, gdyby nie fakt, ze otrzymalem bylem w owym przybytku kilka istotnych informacji. niestety tylko kilka.

poza tym jak zwykle 3 city (w sumie 2city, bo bylem tylko w GDN i SOP) mnie uraczylo i odnosze wrazenie, ze tam generalnie 'cos' zyje i 'cos' sie dzieje, a w POZ co najwyzej dziury na drogach zwiekszaja swa kubature. no i kurwa najwazniejsze - z 3city startuje milosc ma wielka - Anna Szefowa-MSZ-niestety-byla Fotyga. ot, maja tam dobrze.

poza tym nuda - rozpoczynam akcje pakowanie i takie tam. no.

Monday

nijusy

spis tresci:

1. nergal a sprawa polska, czyli jak nakryc jednym chlopem wszystkie polskie problemy.
2. Pan Lukasz a WSZ, czyli piatek w GDN.*
3. Pan Lukasz a Pani Irena, czyli czwartek w GW.
4. kasztelan niepasteryzowany a sciezki karier, czyli jebne ryjem o wyro i tyle z roboty.
5. walizka, a sprawa wyjazdu, czyli pakowanie wersja trial zakonczone sukcesem. (co nie zmienia faktu, ze i tak plecak zmuszony bede nadac za pieniazka)
6. jesien, a zimne noce, czyli czemu na dworze jest 9 stopni. jeszcze na plusie.
7. stary, a moje konto, czyli czemu nie mam jeszcze na nim siana.
8. pachne, czyli jestem - krotka historyjka o 10 flakonach moich perfum.
9. spodzien, a obrona. czy kolor czarny zbalansuje nadmiar odcieni niebieskiego.
10. Kaz, a Wieczerzycki, czyli czemu kurwa wciaz nie jest znany moj termin obrony.
11. i na koniec rarytas - terminarz nie pozwala mi na niezobowiazujacy wyruch. temat okraszony zostanie sesja zdjeciowa dla podniesienia poziomu czytelnictwa.
12. konkurs dla stalych czytelnikow - wygraj landszafta za zdjecia ze zjazdu z okazji 60. rocznicy przystapienia do HJ.


* - ekskursja do GDN trwac bedzie jedyne 6 godzin w jedna manke. jestem wstrzasniety, bo zmieszany to nigdy.

Saturday

jodlujace bayerisie i dyplom poczta

otrzymawszy wpis od Cioci Zlotowlosej Heleny udalem sie wesolo z indeksem do dziekanatu, co by indeks ow zlozyc i dowiedziec sie, jakie sa najnowsze trendy w dziedzinie przekasek. co do przekasek, okazalo sie, ze dominuja wafelki w czekoladzie, zas jesli chodzi o dyplomy i upowaznienia, to sprawa jest bardziej skomplikowana. jak wiadomo wszem i wobec, na stronie UEPu jak chuj stoi informacja, ze dyplomy wydaja osobom, ktore wlascicielami owego dyplomu nie sa tylko za notarialnym potwierdzeniem podpisu. bedac w dziekanacie chcialem zapytac, na podstawie ktorego punktu regulaminu cznic tak nalezy, jednakowoz ubiegniety zostalem. bo pani z dziekanatu (dodajmy ta najbardziej ogarnieta i sensowna, nie to co ta zaszuona, wiecznie nabzdyczona jak indor blondyna, ktora wie chyba tylko tyle, ze zarcie trzyma w najnizszej szafce swojego biurka) szybciutko powiedziala, ze notariusz niekoniecznie, bo wystarczy zlozyc podanie, w ktorym napisze sie, kto upowaznion do odbioru dyplomu jest. ewentualnie, ze oni nawet tacy zajebiscie mili, ze poczta wysla i nie trzeba nigdzie jezdzic, odbierac i w ogole. szal. a to wszystko za jedyna stowke. no takego promo nie sposob przegapic.

zas sprawa z jodlujacymi wziela sie stad, ze razu pewnego, kiedy to Pan M. bujal sie po kadewe dojrzal tam byl plytke z niemieckimi przebojami, co racza bylych czlonkow hitlerjugend na ich wspominkowych zjazdach. dojrzal i zakupil on owa plytke, gdyz wiedzial doskonale, jakaz to wielka miloscia darze siostry marie i margot, kiedy to podskakujac w ludowych strojach spiewaja swoje servus, gruezi und hello. zakupiona plytka lezala sobie spokojnie na terenie wlosci na OWW, az nastal czas wyprowadzki i wywozenia, wywalania i ogolnego pozbywania sie fantow (swoja droga ile czlowiek tego nachomikuje, to az niewyobrazalne). czesc fantow wywozona jest do GW i tam wlasnie Pani Irena dojrzala byla owa plytke i zapytala, coz tam za hity sa. odpowiedzialem, zgodnie z prawda, ze hitlerowcy sobie tam jodluja i spiewaja (?) jakies swoje piesni ludowe. po 30 sekundach plyta byla juz w odtwarzaczu, a ze Irena ostatnio zainwestowala w sprzet o niemalej mocy, to efekt z lekka porazal i przerazal. przesluchawszy ze trzy kawalki Irena doszla do wniosku, ze muzyka ja dalece raczy, a sasiadow najpewniej dalece wkurwi, wiec ona chetnie sluchac bede i jakbym mial tego wiecej, to ona chetnie pod opieke to wezmie. poniewaz ja rowniez kocham wielce jej sasiadow zastanawiam sie nad stworzeniem jakiej kompilacji, gdzie hitlerowcy beda wesolo zawodzic, pardon, jodlowac.

kaz wciaz nie wie, co z obrona, ja zas nie wiem z tego powodu co z samolotem. i tak sobie oboje nie wiemy, co na dluzsza mete skutkuje wzrotem cen dylizansu lotniczego, moim malym wkurwem i ogolnie tak malo zdrowe jest.

ps. rozowy sikacz z biedry za cale 14,99 wchodzi jak zloto. nic tylko sie nim nakurwic przy najblizszej okazji. byc moze nawet dzis.

Tuesday

to-do list

przed wylotem, ktory odbedzie sie, jak sie odbedzie (podobniez jak obrona, gdyz Kaz tak odpowiedzial dzis na me pytanie o owa) nalezy wykonac mnie nastepujace rzeczy:*
- tlumaczenie dyplomu
- wplata za dyplom i tlumaczenie
- podanie o tlumaczenie
- zdjecia do dyplomu wydrukowac
- zalatwic poswiadczenie notarialne (to jest kurwa cyrk, jak ja ic pierdolę serdecznie, bo na przykład ten na innych zacnych uczelniach odbioru dokonac mozna za potwierdzeniem wystawionych przez dziekanat, ale te leniwe gnidy z zarzadzania pewnie drza na sama mysl, ze mialyby gdzies dodatkowa piecztake jebnac)
 - kupic spodzien na obrone
- powaznie zastanowic sie nad iloscia sztuk bagazu, ktore nalezy wykupic w wizirze
- wyprac zimowa kurtke (myslenie o takich rzeczach we wrzesniu to perw z lekka)
-  zrobic ponowny risercz rzeczy potrzebnych/przydatnych/mogacych sie kiedys przydac
- ... do uzupelnienia


musze sprawdzic, czy aby przpadkiem gotowka nie sram. najlepiej we frankach albo euro.

* - licze, ze jak o czyms zapomnialem, to mnie Halinko przypomnisz

Monday

final fight

w piatek o 16:30 mialo miejsce ostateczne (bo 3) spotkanie z Ciocia Hela. zarówno ja, jak i Pan G. nie grzeszylismy za bardzo wiedza, choc nie powiem, mialem juz jakie pojecie o solverze, wiedzialem co sie gdzie wrzuca, co znaczy bin i int i takie tam.
wiec o 16:30 usiedli my do komputerkow, a Ciocia Hela byla uprzejma wyglosic male dictum, ze wiecie panowie, to ostatnie podejscie, nie ma przymusu, mozna pozniej, bo jak ktos nie zda, to bardzo mnie przykro, ale zmuszona bede wyjebac z UEPu. czy cos tam, bo w sumie nikt nie wiedzial, jakie sa konsekwencje niezdanego warunku. w zwiazku tez z tym Pan G. powiedzial "pas" i ze on jednak nie chce, nie czuje sie gotowy i takie tam gadki. ja niestety nie mialem takiej opcji, bo czas goni, krolowa Ela na wyspach czeka i w ogole.
wiec tak... pierwsze zadanie - optymalizujemy produkcje. tu zaskoczyli mnie byli solvera raporty, bo troche nie pokazywali, co trzeba. pewnie dlatego, ze cos spierdolilem. no chuj, idziemy dalej. a tam sortujemy banki. wprowadzona pierwotnie formula skutkowala wynikami w postaci samych zer. no od gory do dolu. wiec trzeba bylo dokonac malej autorskiej przerobki, co spowodowalo, ze wyniki okazali sie byc lepszymi (bo niezerowymi), co nie oznacza, ze wyniki te byli dobrzy. kolejne byly czesci zamienne, ale ze ja sie na naprawach srednio znam (moze jakby kazali detkiw  rowerze liczyc, to by sie udalo), to i zadanie w calosci spierdolilem. pozniej troche mi solver nie chcial pomoc w wyliczeniu kosztu skrocenia projektu. jakies warunki powpisywalem, ale niestety, nie pyklo. na koniec zas akcje w portfelu i reka w nocniku. tez niby cos zrobilem, ale nie do konca, a w sumie to nawet nie do polowy. summa summarum - zjebalem podejscie numer 3.
kiedym zas skonczyl, Ciocia Hela zaproponowala, ze mnie to ona sprawdzi na szybko, jeslim reflektuje na taka opcje. ja ze bardzo chetnie, dwa razy poprosze, a w tym czasie na peta se skocze. wrociwszy z peta okazalo sie, ze no bardzo nam przykro, ale punktow troche malo, wiec pytanie ratunkowe. pytanie o izokwante. w tym momencie przed oczami ujrzalem mroczki i blisko zawalu bylem, bo ni chuja nie wiedzialem dokladnie kim izokwant jest. to znaczy cos tam gdzies mnie majaczylo, ale niezbyt konkretnie. wiec po 3 minutach moich zenujacych z lekka uzewnetrznien  z dziedziny badan operacyjnych Ciocia Hela powiedziala tylko, zebym przyniosl indeks do sekretariatu, a ona mnie wpisa zmaluje.
z wrazenia az sie spocilem.

opisalbym to stresujace, acz radosne, wydarzenie wczesniej, ale niestety w piatek sie strasznie brzydko najebalem z Panem M. (uznalem, ze 0,7 to idealne wyzwanie na ow dzien) i jak na zlosc mialem jeszcze faze uzewnetrznien lirycznych z gatunku 'zenujace i przykre'. dlatego tez nastepenego dnia ukulem nowe powiedzonko: "piles -  zamknij ryja".
w sobote zas mialem kaca. strasznego. okrutnego. nie rzygalem co prawda jak kot, ale wielokrotnie tego dnia mialem ochote dokonac zywota. poza tym kac ow obalil teze, jakoby po wyborowej nie wystepowal on byl. bo kurwa wystpail.
o 17:30 wsiadlem w treni do kutna (bo Pan M jechal do WAW, wiec uznalem, ze sie kawalek przejade).
pozniej znowu bylo chlanie, ale jakos Pani J szybko odpadla i nie bylo woli wsrod pozostalyc konsumentow wodki, by dalej chlac.
dzis, w sumie juz wczoraj, wrociwszy na OWW ojebalem wino lezace w lodowce i padlem spac. przebudziwszy sie zas poczynilem ow wielce wazny wpis. i sie kurwa zmeczylem.

Thursday

tez udane.

!


dobra, wiekszosc nie wyglada, ale koncepcja zajebista.

doczytalem wlasnie opis pod klipem. otoz wszyscy ci panowie sa z randy blue. czymze jest randy blue mozna zapytac. ano, jak mowi wujek google, to gejowska wytwornia porno. czlowiek uczy sie cale zycie, nie ma co...