Thursday

PL - dzien ostatni

i po urlopie. siedze wlasnie na lech walesa airport i oczekuje na kukuruznika, ktory zatarga dupsko me do monachium.
i jak to zwykle w fazie pourlopowej mam syndrom malej depresji. bo powiedziec, ze nie chce wracac do uk to malo. zdecydowanie malo. to zdziebko wkurwiajace, ze tam poza praca, nie mam nic. z kolei tutaj mam wszystko za wyjatkiem pracy. chujowy deal.

jutro zas pierwszy dzien w nowej pracy. ciekawe co to za jubel bedzie i jak dlugo tam zabawie.

Tuesday

PL - dzien siodmy

etap poznansko - gorzowsko - szczecinski mamy za soba. latwo nie bylo.
w czwartek mial miejsce atak dzikiej szafki. szafka nie zaatakowala co prawda mnie ani Jadwinii, ale Boga slawiacego. jako ze bylismy z Jadwinia po 3 browarach szfka nas dalece rozbawila i mielismy 5godzinny atak smiechu.
piatek byl dniem wyborowej, zgubionej rekawiczki i urwanego filmu. ten ostatni element mnie najbardziej martwi. bo moglem cos chlapnac, czego chlapac bylem nie powinienem.
w sobote zas jechac mialem do gorzowa, ale na towarzyskiej mapie poznania pojawil sie dalece ekscytujacy event, czyli parapetowa u Jadwinii. zjazd takich kreatur, ze mozg staje w poprzek i zdurniec mozna. wiec trzeba bylo do Ireny telefon wykonac i poinformowac ja o malym updacie, co byla ona skwitowala tymi slowy - "a rob, co chcesz". wiec zostalem, ale cala impreze zachowalem trzezwosc, co nie bylo do konca pozadanym rozwiazaniem.
niedziela to Kobieta - Balon i Dystyngowana Lady. juz z kultura i spokojnie.
w poniedzialek departure na SZZ i info od Ireny, ze poniewaz ona sie nie czuje na swoje lata, to sobie motor kupi. bo czemuz by nie, nieparawdaz? w SZZ cztery browary i konwersacja o tym wieku oraz plodzeniu bachorow, czyli, ze PL to bardziej azja niz europa.
a obecnie gdansk. standard. co prawda nastal juz ten moment, kiedy trzeba sie wziac za opone, ale chwilowo uznaje, ze skupie sie na tym po powrocie do UK. bo juz na serio trzeba.

coz ponadto? ano standarowe przemyslenia. ze o ile zawodowo w UK mi zle nie bedzie, to prywatnie juz nie mam co liczyc na to, ze cos sensownego sie da tam zmalowac. i ze trzeba by jaki srodek zaradczy znalezc. i takie tam inne.

Thursday

PL - dzien trzeci

Urlop ma to do siebie, niestety, ze zdecydowanie za szybko mija. Bo juz pierwszy etap animacji mam za soba, czyli KTW pozegnane, czas na Poznan. A dodac musze, ze w KTW sie pojawilem znacznie pozniej niz to zalozone bylo, gdyz:
a) samolot z FRA przylecial ponad godzine opozniony, co oznaczalo automatycznie opoznienie samolotu z BHX,
b) ludzie zrobili boarding na zasadzie WIZZa we wloszech, czyli milion toreb, tytek i innych bambetli, wiec nim to wszystko sie dalo powtykac i pochowac to minelo 15 minut,
c) akcja upychania tobolow opoznila nasza gotowosc do startu i stracilismy slot.
We FRA odmeldowalem sie wiec o 16:50 zamiast 15:35 i chuja zobaczylem, a nawet w sumie nie, zamiast samolotu do KTW. Z automatu przebookowano mnie na wieczory lot, co oznaczalo 5 godzin czekania na lotnisku. Dobrze, ze mam FTL, bo sie skitralem sprytnie w pierwszym napotkanym lounge'u, gdzie oczekiwanie umililo mi kilka rzeczy:
- nielimitowany internet,
- zarcie (nie byla to knajpa z gwiazdkami michellin czy innien posh, ale cos mozna bylo wjebac,
- browar (generalnie serwowany alkohol), a w zasadzie 3, ktore ukoily nerwy me i wzmocnily zen.

W KTW kultura, sztuka i restauracja hotelowa sygnowana nazwiskiem pana Gesllera. Nie bardzo bylo na co narzekac (poza wczorajszym kacem, bo browar i 2 rodzaje wodki to nie jest najrozsadniejsza idea).

Zobaczymy czym mnie POZ uraczy.

Tuesday

Lufthansa - the best way to fuck up your holidays

powiedzmy sobie szczerze - stracic lot to nie tragedia. choc gratisowe 4.5 godziny na lotnisku to nie jest najwiekszy fan, jaki miec mozna.
zaczelo sie w burminghamowie, skad wyleciec mialem godzine i 20 minut po czasie, ale zesmy slota przegapili, bo sie ludzie pobordowali z tysiacem walizek i innymi tobolami i trzeba bylo ten jubel gdzies poupychac. wiec wylecielismy godzinke i 40 minut po rozkladowym czasie. wtedy juz jasnym bylo, ze chuja zobacze, a nie samolot do KTW. i rzeczywiscie, choc chuj sie jeszcze nie objawil. mam za to board passa na lot o 21:50. fun w chuj. nie dostalem szewskiej pasji tylko dlatego, ze mam akces do business lounge'a, a tam daja alkohol i jakies podejrzane zarcie. wiec korzystam, zalujac jedynie, ze nie ma tu zadnej smoking area.

Thursday

Microsoft, czyli powiew PRLu

Instalujac wczoraj Windowsa 8 (nie do konca zamierzenie, o czym dalej) przypomniala mi sie PRLowska akcja 1000 szkol na 1000lecie. Bo Microsoft zaserwowal mi atrakcje, ktore okreslic mozna mianem 8 godzin dla Windowsa 8. Bo tylez trwac postanowila instalacja tegoz systemu. Za pierwszy razem wystapil nieznany fail, za drugim rownie tajemniczy blad, z tym, ze na sam koniec instalacji produktu owego, za trzecim razem, po trzech godzinach, clean bootach i innych cudach zaskoczyla maszyna. Byla 2:45.
Wcale nie planowalem zakupu osemki, ale tak sie zlozylo, ze mnie lekko Microsoft poruchal. Bo zem ja se hulal radosnie na wersji customer review, az tu nagle monit brzydki sie objawil, iz jesli nie chcesz dostac kurwicy i obledu, to kup pan te osemke i nie sap, bo dajem ja za 25 funia. Czemuz kurwica itd, ano bo Microsoft postanowil, iz do momentu, kiedy to zakupie osemke moj system co dwie godziny bedzie sie restartowal. Ot, taki rarytasik maly. Wiec rad, nie rad, zabulilem.

Dzis wyklarowala sie moja przyszlosc najblizsza zawodowa. Znaczy zegnamy postcode CV21, wracamy na CV1, ale juz nie wlosko-tutejszym jublem, ale nowym. Nawet lepszym brandem. Zakres obowiazkow podobny, piniadz lepszy, brak sluzbowych telefonow i ogolne szczescie. Czegoz chciec wiecej.

Za 5 dni lecem. Zapowiadaja snieg. Ciekawe, jak mi pojdzie wycieczka.

Monday

fever

nie ma co, 7 stycznia roku panskiego 2013, to dzien niezwykle wazny i dalece przelomowy. dla mnie przynajmniej. bo raz, ze Ciocia Lusia nadeslala mnie karte frequent flyerowa, co to z nia pucowac sie bede po wszystkich launge'ach, jakie sie tylko napatocza (a ze moge sie bujac tylko po hitlerowcach, prawie-hitlerowcach, helwetach, brukseli i warsiawie, to czuje, ze mi szybko pojdzie) i ogolnie bede ja w portfelu trzymac w jakims cieszacym oko miejscu (stara, niebieska, przerobie na zakladke do ksiazki).
rzecz druga to status "zlej to", czyli daleki i brzydki wyjeb na robote. bo za otrzymywane tam wynagrodzenie (w gratisie z relacjami z przelozona na levelu 2, czyli regional) i ogolny jubel powinienem dostawac ze 300 funia miesiecznie wiecej. a ze nie dostane, wiec niech zra gruz i szukaja sobie innego jelenia. zwlaszcza, ze jako temp, nie musze informowac o checi odejscia. po prostu requestuje z miejsca o P45 i mowie "good luck". a ze wyjdzie z tego lack of luck to juz nie moja sprawa.

jutro mam interview. na skype'ie. o 7PM. zastanawiam sie, co to za ruski cyrk bedzie, bo i sposob, jak i pora wskazuja, ze nic powanego to nie bedzie.

na koniec pytanie do czytelnikow:
czy posiadanie na telefonie dyskografii zarowno chlopakow z rammsteina, jak i pani kylie m. z kangurowa swiadczy o mnie:
a) dobrze, pedalska norma
b) nie, brakuje madonny
c) doktor jekyll i mister hyde

i gratis. search keywords.

Saturday

to by bylo na tyle

mialem w planie napisanie krotkiego opowiadania pod tytulem "surrealizm w zakladzie pracy", ale ostatnio takimi rzeczami mnie tam uraczono, ze to co dla mnie jest aberracja i stanowi o pokurwieniu wyjatkowem, dla mego zakladu i zakladu dla ktorego uslugi swiadcze jest rzecza absolutnie normalna, jasna i w ogole czemu ja sie dziwie. zobaczymy, kto sie zdziwi jak ja na urlop pojade, a nowa moja menadzer (drtuga juz, a jestem tam miesiecy ponad dwa) przejmie stery. nie wiem skad we mnie to poczucie, ale wietrze bardzo ladnego faila. ale ja w tym czasie bede rozkoszy seksualnych zazywac, pic na umor i miec w pizdzie. bo tak czy siak trzeba sobie nowa robote kolowac, bo sie nie zanosi, zebym ja dlugo na postkodzie CV21 mial zabawic.

w nowy rok wchodzilem z Panstwem L., z ktorymi to mial miejsce bardzo kulturalny wieczor, co przy sklonnosciach i talentach pani domu moze dziwic. jednakowoz odbylo sie bez kaca, kaca moralnego, obnazania sie i tego typu ekscesow. ogolnie taka impreza jakby emerycka. przy czym clue balu sa zyczenia (oby sie kurwa spelnily), tzn., ze za rok bedziemy stacjonowac w innym, lepszym (bo trudno o bardziej chujowe), miejscu.

ponadto ... eeee... kurwa, chyba mam skleroze.