Friday

Żydzi, kopytka i inne sceny

Wszystko miało miejsce wczoraj. Znaczy historyjki część pierwsza. Bo druga wcześniej. Ale o tym za chwilę. Tak więc no… Wczoraj przed południem otrzymałem email ja. Zdarza mi się takowe otrzymywać, jednakże zadziwił mnie nadawca. Bo okazał się nim Żyd. Tak, ten Żyd. I właśnie napisał on był, a raczej zapytał, czy ja żyję i co ze mną. Nie zdziwiłbym się, gdyby nie fakt, że ostatni email do mnie nadany był jakoś w listopadzie. Raptem pięć miesięcy temu. I na dodatek był on odpowiedzią na mój list elektroniczny. Zapytać można skąd się Żydowi owo zainteresowanie wzięło. Bo to w sumie clue całej tej historyjki. Otóż śniłem się. Nie tylko że Żydowi, ale i Rebece (Jadwini znaczy). I jak się im przyśniłem to uznali oni, że to znak jest i koniecznym jest skontaktowanie się ze mną i sprawdzenie jak się mam. Bo wiadomo, po prawie pół roku można by. Nie będę ukrywać, dla mnie to jakaś aberracja i pomylenie chuja z palcem. Przy czym nie mój palec, a chuj to już tym bardziej.

Rzecz druga. Otóż jakie 3 dni temu Stary zapytał mnie po powrocie z roboty czemuż to kolacji nie ma. Spojrzałem na niego jak na idiotę i zapytałem, że jaka kolacja. I czy ja jestem zobowiązany takowe przygotowywać. Stary zaraz, że nie, dowcip taki i tym podobne pierdolondo. Ale uznałem, że skoro się gnida domaga, to i mu tę kolację zrobię. Bo w sumie i tak czas spędzam czytając i oddając się grze w scrabble. Więc zajebałem wczoraj wieczerzę. Nie wiem ki chuj mnie podkusił, żeby to aż tak na bogato zrobić. Bo ubździły mi się kopytka, sos grzybowy, zasmażane buraczki i do kompletu mięso (taki tam malusi schabik pieczony). Jebałem się z tym wszystkim chyba ze trzy godziny, bo to buraki ugotuj, to mięso przygotuj, to tamto, to sramto. Efekt finalny zły nie był. No może oprócz kopytek bo nie posoliłem i jakieś trochę mączne wyszły. Ale Stary wszystko wpierdolił ino mu się uszy trzęsły.

No i to by było na tyle z historyjki.

Saturday

Perypetie bezrobotnego

Dalej pozostaję bezrobotnym. Po ponad miesiącu od opuszczenia ostatniego przybytku i w sumie ponad trzech miesiącach poszukiwań. Sytuacja taka sobie szczerze mówiąc, momentami nawet wkurwiająca. Ale za to mam czas na literaki i czytanie książek (bo tablet już działa, więc można pdfy hurtem rzucać i pochłaniać) - moje ostatnie odkrycie to Joanna Chmielewska, której sarkastyczne poczucie humoru mnie urzekło.
Bułgarskiego się nie uczę, bo nie bardzo mam ochotę. Jakoś wyjebane mam, albo inaczej, wolę marnotrawić czas. Bo czemuż by nie, nieprawdaż?
Żeby nie było - jakieś tam sukcesy na polu poszukiwań są - co najmniej 10 rozmów odbytych, tylko szkoda, że nie otrzymałem żadnego letter of offer. Poza tym czekam na feedback z jednego przybytku, a do innego chciałbym troszkę na krzywy ryjek się dobić. Zobaczymy.
Ale poszukując tegoż wymarzonego stanowiska mam kontakt ze sporą liczbą tzw. rekruterów. Co to za zaraza jest to chyba nie muszę nikomu uświadamiać. Na ten przykład w czwartek dzwoni do mnie lasia. Lasia taka trochę sepleniąca, więc nie bardzo zrozumiałem o co jej chodzi i skąd dzwoni. Ale perorowała ona o jakimś customer service, że forex company i tak dalej. W tym momencie zaczęło mi świtać, że chyba z kimś to już omawiałem, ale że w zakres obowiązków wrzucone jest aktywne poszukiwanie nowych klientów, to powiedziałem, że nie, dziękuję, postoję. No i lasia, Pepi jej na imię, pyta czy może mi mailem job spec posłać i czy mogę jej na pare pytań odpowiedzieć pisemnie. I że czemu opuściłem ostatnią firmę. Ja na to, że wszystko było fajnie, ale tam była sprzedaż wrzucona, o czym nie byłem do końca uświadomiony i że ja sprzedawać nie chcę. Pepi mówi, że rozumie. I posłała maila. A w mailu jak kurwa wielki czarny chuj stoi, że sprzedaż. Więc w pierwszym zdaniu piszę, że nie dziękuję, ale na pytania odpowiedziałem. Niech ma dziewoja. Po 50 minutach, bo tyle jej zajęło przeprocesowanie wiadomości, Pepi dzwoni i pyta, kiedy chciałbym sobie to schedule the interview. Ja do niej, że w sumie to nigdy, bo wiadomo sprzedaż. Więc Pepi ponowiła pytanie kiedy. Ja że nigdy, bo sprzedaż. A Pepi znowu swoje, znaczy kiedy i jak i co w ogóle. Ja już lekko poirytowany mówię, że zarówno w mailu, jak i w poprzedniej rozmowie zaznaczyłem, że mnie sprzedaż nie interesuje. Pepi jakby zadziwiona mówi, że ok i że w sumie to szkoda. I tyle było z niej pożytku.
Wcześniej miałem inną pindę z takiej firmy, co to jest syfem i malarią, a płaci we wszach i kamyczkach. No i panna zadzwoniła. Mówi, że fajna fucha, szybki start date i w ogóle bosko. I pyta czy 1000 BGN mnie satysfakcjonuje. Ja mówię, że minimum to 1200, a najlepiej 1400, bo taka normalna stawka za Polish speaker. I w tym momencie coś na linii zaczyna zgrzytać, trzeszczeć i zrywa połączenie. Myślałem, że cipa oddzwoni, żeby powiedzieć, że ok, że rozumie i że good luck. A taki chuj (znowu wielki, czarny i stojący). Gdyby nie fakt, że dzwoniła z zastrzeżonego, to sam bym zadzwonił i powiedział jej, co myślę o takim zachowaniu. A najchętniej to bym im letter of complaint wysłał, że maja chujowy zasób ludzki. Ale uznałem, że se tym dupę tylko podetrą, więc szkoda czasu i atłasu.
No i to było w tym odcinku na tyle. Wracam do książek.