miałem dziś coaching, czyli taki cotygodniowe spotkanie z moją panią supervisor celem omówienia jakości mojej pracy. i dowiedziałem się tam, że klient, znaczy hamerykanie, uznali mój poziom angielskiego za zbyt niski. tak, niesatysfakcjonujący.
na początku było what da faq, później pytanie ale jak to, a na końcu wkurw. taki prawdziwy.
bo ja rozumiem - gdybym nie miał doświadczenia z UK czy coś. ale tam kurwa nikt nie zwrócił mi na to uwagi, a nie pracowałem przecież w firmach-krzakach.
jestem skonfundowany.
czas szukać innego pracodawcy.
PS. a tak w ogóle to miało dziś być o skurwiałych papryczkach. małych i ostrych, co je sobie wczoraj do tostów wykorzystałem. a dziś rano mój przewód pokarmowy uznał, że są one fe i bu i że należy je w trybie natychmiastowym wydalić. w pewnym momencie rozważałem umieszczenie lodu w dupie, co by ukojenia doznać. było ekscytująco.
Wednesday
Tuesday
weno, gdzie żeś spierdoliła
dzieje się, a jakże by dziać nie miało. ale ja jakoś nie bardzo intelektualnie się prezentuję, żeby wydarzenia te opisać.
zacznijmy może od asparuhova, gdzie żem weekendem bawił. to to asparuhovo, co jest jakie 80 kilometrów na południe od varny. gdzie poza jeziorem nie ma nic. to znaczy nie wliczam osłów, kuniów, kur i dziurawych dróg. zostałem tam zaproszony, jako że Miś* tak szkolenie robił i uznał, iż ze mną będzie mu szło lepiej. no tośmy zakupili bilet** na dyliżans i pojechał sobotnim rankiem.
jechałem byłem tam pociągiem Złote Piaski, co to należy do kategorii posh. posh w chuj nawet, gdyż za bilet na ten środek lokomocji (w jedną stronę) zapłaciłem prawie tyle, ile Miś za return w wagonie sypialnym. więc oczekiwania były. niepotrzebnie. bo wagon okazał się być zwykłą bezprzedziałową jedynką ze sfiksowaną tutejszą numeracją. i klimatyzacją. stolików, śmietników i zasłonek już nie było. a słońce nakurwiające prosto w oczy znacznie umila podróż.
ale jakoś do varny się dokulałem. niestety, pociąg był 18 minut opóźniony. a ja na przesiadkę miałem minut 20. więc zostały mi 2. dwie. 120 sekund. varna nie jest dworcem takim jak berlin hbf, więc miliona peronów tam nie ma. ale ze 4 się uzbierają. a i system informacji nie działa zbytnio, więc pociąg wybierałem na oko. znaczu taki co wyglądał na sposobiący się do odjazdu. szczęśliwie udało mi się usadzić we właściwym.
jakość pojazdu była poniekąd dyskusyjna. bo nie dość, że unosił się tam pierwszorzędny zapach uryny, to i jeszcze telepało tak, że miałem wrażenie, iż cała ta misterna konstrukcja się rozpada. ale się nie rozpadła. znaczy nie do asparuhova.
we wsi docelowej sposobiłem się by nóżkę umoczyć w tamtejszym jeziorze. skończyło się na sposobieniu, bo glon bogato wystąpił, a i komary dopisały. więc z plażingu nici. za to siedząc w pokoju ośrodka wypoczynkowego znalazłem office'a 2013 (znaczy torrent) i stworzyłem sobie profil na jobs.bg***
powrót do sofii był bardziej ekscytujący. bo w niedzielę po południu okazało się, że mój bilet jest ten tego nie bardzo. znaczy na 26/07 zamiast 28/07. pani kasjerka Misia w chuja zrobiła, a on tego nie załapał. cóż, zdarza się. więc trzeba było się w trybie emergency (bo wiadomo, pierwsza klasa, rezerwacja, gołębie, zeszyty) do varny udać i tam bilet zakupić i do pociągu wsiąść. emocji moc.
ale do stolicy kraju bułgarskiego dojechałem, wyspałem się nawet i źle nie było.
to na razie tyle.
* Miś. no z Misiem to tak trochę się dzieje. bo Miś łączy dwie rzeczy (do tej pory nie udało się mnie znaleźć takowego miksu) - znaczy bystry, złośliwy i z poczuciem humoru, a zarazem bardzo uzdolniony w łożku. wcześniej było, albo jedno, albo drugie. a teraz combo.
ponadto Miś rzucił hasłem, że on by chciał PL zobaczyć. ja na to, że tak, ale wiosną lub jesienią przyszłego roku. i to nie na zasadzie chuja razem pojedziemy, więc cię spławię, ale po prostu ze strony logistycznej to lepszy plan. i nie będę ukrywać, chętnie bym tam z nim pojechał.
** słówko o BDŻ, czyli kolejach tutejszych. jeśli ktoś polskie uważa za syf i malarię, to serdecznie zapraszam. bilet z wyprzedzeniem kupić można, a i owszem, ale tylko na 20 dni. i to w takiej kasie, co to w piwnicach jest i obcokrajowiec by jej ni chuja nie znalazł. a system informatyczny jaki mają... panie! rezerwacje to panie maluję w takich zeszytach. każda ma swój własny i w nim maluje kółeczka. nie wiem, na jakiej zasadzie się one dzielą, ale każda ma własne. pomiędzy stacjami komunikacji nie ma, tzn. jeśli chcesz miejsce na bilet sypialny w pociągu Sofia - Varna przez Płovdiv to musisz prawdopodobnie gołębia pocztowego nadać do Sofii, co by miejsce zaklepali, bo w Płovdivie zeszytu nie mają. przy czym istnieje ryzyko, że nawet gołębie jako sposób komunikacji dla BDŻ są zbyt nowoczesne.
*** - założyłem sobie profil, bo u mnie w robocie to momentami cyrk. znaczy nikt nic nie wie. na przykład według jakich świat mamy pracować, kiedy mieć wolne i jak ma to wyglądać po pierwszym tygodniu września. słowem jubel. nie żebym chciał spierdalać już od razu, ale za jaką inną opcją się rozejrzeć można.
zacznijmy może od asparuhova, gdzie żem weekendem bawił. to to asparuhovo, co jest jakie 80 kilometrów na południe od varny. gdzie poza jeziorem nie ma nic. to znaczy nie wliczam osłów, kuniów, kur i dziurawych dróg. zostałem tam zaproszony, jako że Miś* tak szkolenie robił i uznał, iż ze mną będzie mu szło lepiej. no tośmy zakupili bilet** na dyliżans i pojechał sobotnim rankiem.
jechałem byłem tam pociągiem Złote Piaski, co to należy do kategorii posh. posh w chuj nawet, gdyż za bilet na ten środek lokomocji (w jedną stronę) zapłaciłem prawie tyle, ile Miś za return w wagonie sypialnym. więc oczekiwania były. niepotrzebnie. bo wagon okazał się być zwykłą bezprzedziałową jedynką ze sfiksowaną tutejszą numeracją. i klimatyzacją. stolików, śmietników i zasłonek już nie było. a słońce nakurwiające prosto w oczy znacznie umila podróż.
ale jakoś do varny się dokulałem. niestety, pociąg był 18 minut opóźniony. a ja na przesiadkę miałem minut 20. więc zostały mi 2. dwie. 120 sekund. varna nie jest dworcem takim jak berlin hbf, więc miliona peronów tam nie ma. ale ze 4 się uzbierają. a i system informacji nie działa zbytnio, więc pociąg wybierałem na oko. znaczu taki co wyglądał na sposobiący się do odjazdu. szczęśliwie udało mi się usadzić we właściwym.
jakość pojazdu była poniekąd dyskusyjna. bo nie dość, że unosił się tam pierwszorzędny zapach uryny, to i jeszcze telepało tak, że miałem wrażenie, iż cała ta misterna konstrukcja się rozpada. ale się nie rozpadła. znaczy nie do asparuhova.
we wsi docelowej sposobiłem się by nóżkę umoczyć w tamtejszym jeziorze. skończyło się na sposobieniu, bo glon bogato wystąpił, a i komary dopisały. więc z plażingu nici. za to siedząc w pokoju ośrodka wypoczynkowego znalazłem office'a 2013 (znaczy torrent) i stworzyłem sobie profil na jobs.bg***
powrót do sofii był bardziej ekscytujący. bo w niedzielę po południu okazało się, że mój bilet jest ten tego nie bardzo. znaczy na 26/07 zamiast 28/07. pani kasjerka Misia w chuja zrobiła, a on tego nie załapał. cóż, zdarza się. więc trzeba było się w trybie emergency (bo wiadomo, pierwsza klasa, rezerwacja, gołębie, zeszyty) do varny udać i tam bilet zakupić i do pociągu wsiąść. emocji moc.
ale do stolicy kraju bułgarskiego dojechałem, wyspałem się nawet i źle nie było.
to na razie tyle.
* Miś. no z Misiem to tak trochę się dzieje. bo Miś łączy dwie rzeczy (do tej pory nie udało się mnie znaleźć takowego miksu) - znaczy bystry, złośliwy i z poczuciem humoru, a zarazem bardzo uzdolniony w łożku. wcześniej było, albo jedno, albo drugie. a teraz combo.
ponadto Miś rzucił hasłem, że on by chciał PL zobaczyć. ja na to, że tak, ale wiosną lub jesienią przyszłego roku. i to nie na zasadzie chuja razem pojedziemy, więc cię spławię, ale po prostu ze strony logistycznej to lepszy plan. i nie będę ukrywać, chętnie bym tam z nim pojechał.
** słówko o BDŻ, czyli kolejach tutejszych. jeśli ktoś polskie uważa za syf i malarię, to serdecznie zapraszam. bilet z wyprzedzeniem kupić można, a i owszem, ale tylko na 20 dni. i to w takiej kasie, co to w piwnicach jest i obcokrajowiec by jej ni chuja nie znalazł. a system informatyczny jaki mają... panie! rezerwacje to panie maluję w takich zeszytach. każda ma swój własny i w nim maluje kółeczka. nie wiem, na jakiej zasadzie się one dzielą, ale każda ma własne. pomiędzy stacjami komunikacji nie ma, tzn. jeśli chcesz miejsce na bilet sypialny w pociągu Sofia - Varna przez Płovdiv to musisz prawdopodobnie gołębia pocztowego nadać do Sofii, co by miejsce zaklepali, bo w Płovdivie zeszytu nie mają. przy czym istnieje ryzyko, że nawet gołębie jako sposób komunikacji dla BDŻ są zbyt nowoczesne.
*** - założyłem sobie profil, bo u mnie w robocie to momentami cyrk. znaczy nikt nic nie wie. na przykład według jakich świat mamy pracować, kiedy mieć wolne i jak ma to wyglądać po pierwszym tygodniu września. słowem jubel. nie żebym chciał spierdalać już od razu, ale za jaką inną opcją się rozejrzeć można.
do you wanna chat? yes, let's chat with me! piss me off!
odnośnie zeszłego weekendu, to był. były urodziny, co to na nich byłem najlepiej ubrany. i był ubaw. znaczy dalece impolite komentarze o jednej parze, co to ją pizda swędziała, a on jakby miał wyjebane. i to był piątek.
w sobotę w nocy, w piątek w sumie też, Miś overnightował na włościach, więc miałem w wyrze kogoś, kto się poci i podgrzewa. niekoniecznie atmosferę. przy czym przyznać mnie należy, że owłosiona (w sumie przystrzyżona, więc efekt nie do końca ten-tego) klata to bardzo miła rzecz. łapy owłosione czarnym kłakiem jak również (kurwa, nie sądziłem, że taki kłak może na mnie tak działać).
w niedzielę zaś była jaskinia, wodospad, drogi klasy trzeciej (ja pierdolę, na księżycu jest równiej), bułgarska prownincja i kilka stanów przedzawałowych (bo jak Miś prowadzi, to klękajcie narody i łykajcie persen na kilogramy). przy czym, z uwagi że z Misiem, to bardzo miło.
obecinie zaś pracuję na skurwiałej zmianie od 15:30 do 00:00. i rozmowa w CC okazała się nawet nie taka zła. może nawet będzie druga. może.
poza tym nie mogę jakby spać i teraz jebie Shumensko, w opcji 1 litr, prawie na hejnał. byleby tylko zasnąć.
i w niedzielę gdzieś jedziemy. ja jako foreign visitor. nie wiem w sumie gdzie, ale jedziemy. podobnież jakiś kurort górski, a później jezioro.
PS. czy wspominałem, że Miś jest zajebisty w łóżku? i że coraz bardziej mi się podoba?
w sobotę w nocy, w piątek w sumie też, Miś overnightował na włościach, więc miałem w wyrze kogoś, kto się poci i podgrzewa. niekoniecznie atmosferę. przy czym przyznać mnie należy, że owłosiona (w sumie przystrzyżona, więc efekt nie do końca ten-tego) klata to bardzo miła rzecz. łapy owłosione czarnym kłakiem jak również (kurwa, nie sądziłem, że taki kłak może na mnie tak działać).
w niedzielę zaś była jaskinia, wodospad, drogi klasy trzeciej (ja pierdolę, na księżycu jest równiej), bułgarska prownincja i kilka stanów przedzawałowych (bo jak Miś prowadzi, to klękajcie narody i łykajcie persen na kilogramy). przy czym, z uwagi że z Misiem, to bardzo miło.
obecinie zaś pracuję na skurwiałej zmianie od 15:30 do 00:00. i rozmowa w CC okazała się nawet nie taka zła. może nawet będzie druga. może.
poza tym nie mogę jakby spać i teraz jebie Shumensko, w opcji 1 litr, prawie na hejnał. byleby tylko zasnąć.
i w niedzielę gdzieś jedziemy. ja jako foreign visitor. nie wiem w sumie gdzie, ale jedziemy. podobnież jakiś kurort górski, a później jezioro.
PS. czy wspominałem, że Miś jest zajebisty w łóżku? i że coraz bardziej mi się podoba?
Thursday
Plany weekendowe
Weekend zapowiada się rozrywkowo. Jutro urodziny, nie wiem za bardzo czyje, nie wiem też po co tam jadę, ale będę się pucować jako osoba towarzysząca. I chuj.
Poza tym Miś wpada na wino i będzie robił overnight. Dobrze, że nie mam łóżka na stelażu, bo nóżki mogłyby tego nie wytrzymać.
W sobotę spotkanie z młodzieńcem i planowanie logistyki przyszłotygodniowej.
Niedziela zaś dniem jaskini w Prohodnej i podobnież nawet jeziora (nie wiadomo do końca gdzie).
W gratisie w poniedziałek interview. Nie żebym pracę zmieniał, ale wypadałoby wiedzieć, co tu za obyczaje panują na tego typu zabawach. Więc o 10 rano bawię w Coca-Coli.
Co jeszcze to nie bardzo znanym jest, ale się okaże.
Poza tym Miś wpada na wino i będzie robił overnight. Dobrze, że nie mam łóżka na stelażu, bo nóżki mogłyby tego nie wytrzymać.
W sobotę spotkanie z młodzieńcem i planowanie logistyki przyszłotygodniowej.
Niedziela zaś dniem jaskini w Prohodnej i podobnież nawet jeziora (nie wiadomo do końca gdzie).
W gratisie w poniedziałek interview. Nie żebym pracę zmieniał, ale wypadałoby wiedzieć, co tu za obyczaje panują na tego typu zabawach. Więc o 10 rano bawię w Coca-Coli.
Co jeszcze to nie bardzo znanym jest, ale się okaże.
Tuesday
RODOS* i Chanel
Tournee pod hasłem Ziemia Łódzka można uznać za udane. Było miło i przyjemnie (nawet), choć końcówka dalece stresująca. W sumie byłoby jeszcze milej, gdybym w trakcie akcji Najebka na RODOSie konsumował alkohol. A ja tamże piłem piwa przez cały wieczór i skończyłem na szalonej ilości trzech. TRZECH. Z uwagi na oczy i cztery rodzaje przyjmowanych antybiotyków (trzy prosto w oko i tabletki do połykania żeby nudno nie było). Więc byłem na RODOSie trzeźwy i musiałem słuchać tych wszystkich pijackich wynurzeń i śpiewów.
W kategorii rozGwiazda wieczoru nagrodę zdobyła Zebra aka Stevie Wonder czyli koleżanka Jadwiga, która zajebała się jako pierwsza i jedyna. Na dodatek, dla podniesienia poziomu poshu (zwanego boshem w niektórych kręgach) o 1 w nocy przywdziała okulary.
Co do powrotu, to tutaj nastąpił mały dramat. Bo zgodnie z planem miałem być na Dworcu Centralnym we Warsiawie o 14:20. A nawet tam nie dojechałem, bo dyliżans postanowił być dwie godziny opóźniony. To sobie za Skierniewicami postał, to w okolicy Grodziska, to jeszcze gdzieś i finalnie o 16:08 wysiadłem na Dworcu Zachodnim. Dodam, że boarding kończył się o 16:55. Zamówiłem taksówkę i o 16:18 ruszyłem. Żeby było bardziej ekscytująco przez całą drogę taksówka napotykała czerwone światła. Więc o 16:36 wylądowałem na Okęciu i biegiem udałem się ne check-in, co by mnie w karty pokładowe zaopatrzono. Wybrałem pierwszy lepszy lufthansowy, gdzie miła pani powiedziała, że lecę LOTem, więc se w dupę mogę kartę Frequent Traveller wsadzić, bo ona mnie boardingów nie wydrukuje. Więc musiałem zasuwać na LOTowski check-in, a czas uciekał. Kiedym tam dotarł, grzecznie poprosiłem o karty, wyjaśniając że jakbym się śpieszył. A pani do mnie, że mam jeszcze sporo czasu i że mogę sobie iść na business security, bo na zwykłym sceny dantejskie. Skorzystałem. Dzięki temu, że było tam pusto zdążyłem jeszcze obiecaną flachę nabyć na duty free, zajarać i wpaść do lounge'a na śniadanie.
A później był boarding. I lot LOTem. Powiew wielkiego świata. Bo jeszcze nie zdążyłem wejść na pokład, a już na schodach do samolotu czułem Allure Chanela. Cały samolot był przesiąknięty Chanelem. Nie wiem, czy stewardesy robią za ambasadorki tegoż zapachu, czy o wuj chodzi, ale była klasa. Znaczy tylko trochę, bo później uslyszałem konwersację tychże pań i historie o tym, że na Dreamlinerze to ciężko, bo ponad 200 paxów w economy i trzeba się narobić. Oraz o dzieciach, obiadach, fryzjerach i tym podobnych ważkich kwestiach, o których wolałbym jednak nie wiedzieć.
Lotnisko w VIE bez szału. Austrian też. Poza tym Fokker, którym leciałem pamięta jeszcze chyba wujka Adolfa.
W Sofii zaś czekał na mnie S. Nie powiem, było to bardzo miłe z jego strony. S. zaproponował także udział w czyichś urodzinach w piątek i niedzielną wycieczkę krajoznawczą. Trochę mnie ta zabawa urodzinowa frapuje, bo S. raczej się ze swoim pedalstwem nie obnosi, więc zastanawiam się na chuj mnie on tam ciągnie. Ale cóż, ładnie się ubiorę i będę robić za wzorowego Europejczyka ze strefy Schengen.
I to by było tyle odnośnie weekendu.
* RODOS - Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką
Friday
kaganek oświaty niosąc...
poniosłem ja ów dziś na stołecznym aerodromie w Sofii. bo trzeba młodszym braciom w EU wskazać zachowania pożądane, strój odpowiedni i takie tam. bo obyczaje nacji bułgarskiej na pokładzie dość ciekawe są, jak choćby wyciąganie bambetli ze schowków bagażowych podczas startu (finalnej części startu, kiedy samolot zapierdala ponad 300 km/h) czy wypinanie się z pasów i bycie gotowym do wyjścia z samolotu już w momencie przyziemienia.
obawiam się tylko, że naród tamtejszy mógł nie dostrzec mych wysublimowanych (może nie do końca, bo we FRA kurwami i chujami rzucałem dość namiętnie) manier. nieuki.
teraz zaś toczę się jakimś interregio do łodzi. interregio, bo maszyna z FRA opóźniona przyleciała i mi TLK spierdoliło na zachodnim. taki fart, ale jakby nie. trudno stwierdzić.
dodam też, że chętniej bym się gził z S., niż animował się po Ziemi Łódzkiej.
obawiam się tylko, że naród tamtejszy mógł nie dostrzec mych wysublimowanych (może nie do końca, bo we FRA kurwami i chujami rzucałem dość namiętnie) manier. nieuki.
teraz zaś toczę się jakimś interregio do łodzi. interregio, bo maszyna z FRA opóźniona przyleciała i mi TLK spierdoliło na zachodnim. taki fart, ale jakby nie. trudno stwierdzić.
dodam też, że chętniej bym się gził z S., niż animował się po Ziemi Łódzkiej.
Subscribe to:
Posts (Atom)