Wednesday

CCK

jakos weny nie mam na ladny i skladny tekst. nie chce mi sie. wyjebane mam. pomimo tego, ze Zlotowlosa Helena zaliczyla mi pol warunku (nie wiem, ktora czesc jest bardziej chujowa, ale tablicowa zdana). poza tym pani Halinka z sekretariatu nie wie, co z Kazem. bo nie maja kontaktu. Kaz wzial i zapadl sie pod ziemie. bosko.

naszla mnie wlasnie idea taka fajna. sprzedaje chate w gorzowie, bookuje bilet na jaka wyspe gdzies w polinezji i tam sie animuje, w dupie majac europejskie problemy, typu sypiace sie gospodarki, grozby malych niepokojow i tym podobne atrakcje. taaaaaaaak... taka wyspa rawannawi mnie zainteresowala.

nie, jednak ta wyspa nie bardzo, bo z samolotami krucho. szukam dalej.

wyspy kokosowe okazaly sie dostepne, ale za 7 kola w jedna manke. zdzierstwo w lekka. i milion przesiadek.

Saturday

prokrastynacja

czyli syndrom studenta. mozna sobie w wiki poczytac. mam. zdecydowanie. jakas taka silna mutacje. 3 dzien zabieram sie za przeglad plikow do heli i jestem na 2. slownie: drugim. i jakos tak mi nie idzie. bo pogoda, bo spieprzony telefon, bo glodny, bo nazarty, bo chuj wie co. ale zawsze cos. nie ma lekko, o nie. teraz na ten przyklad obczajam na jutubie wszystko, co zawiera dalide. a jest tego troche. ciekawe, na co przestawie sie pozniej.

poza tym poruchalbym, ale narod jakos tak sie rozjebany mentalnie zrobil i anty. ze te takie krotkie tournee to nie, ze teraz trzeba ze soba chodzic. a ja na chodzenie czasu, i ochoty tym bardziej, nie mam. beda jeszcze chujaszki pewnie chcialy, ale ja wtedy terminarz napiety posiadac bede. albo mi sie chciec nie bedzie. a pozniej to wyjade i chuj wam w nos. o! chociaz z informacji plynacych z wysp sytuacja nie przedstawia sie kolorowo. inbred kroluje. i ogolna masakra. ze zolte jest dalece chujowe, a czarne najlepiej zeby dalej za antylopa po sawannie biegalo, bo do niczego innego sie nie nadaje. a angolska uroda, to podobnie jak w przypadku urody anny kuchty fotygi, sprawa delikatnie mowiac, dyskusyjna. na szczescie jednakowoz mozna tam i jakie sensowne okazy wyczaic, z tym, ze zazwyczaj to niemcy, ogolnie pojecia slowianie lub skandynawia. multikulti po chuju.

i niech kurwa ten pieprzony front nadejdzie. niech jebnie grzmotem. i blyskawica jaka tez. bo no kurwa nie wytrzymie.

Wednesday

procent masy hamujacej

akcja "opierdol flaszke na marynarskiej" zakonczona pelnym sukcesem. 1,2 litra poszlo i generalnie nie pamietam konca imprezy. na szczescie sa zdjecia (ki chuj mnie podkusil, by aparat z torby wyjac) i wynika z nich, ze zle nie bylo. nawet kaca mordercy rano nie bylo, ale jak powszechnie wiadomo po wodzie takowy nie wystepuje.
jednakowoz zanim sie konsumpcja zaczela trzeba bylo do lodzi dojechac. a to nie bylo takie proste i oczywiste. bo tak. zaczelo sie od komunikatu, ze wszystko fajnie i milo, treni jedzie sobie, ale zbyt wolno i jest 15 minut delay. no coz, poszli my z Jadwinia na okazje te peta opalic. kiedy my wrocili, to okazalo sie, ze treni juz prawie jest, ale nie wjedzie na peron pierwszy, ale 3. co by pasazerowie troche ruchu mieli i o kondycje zadbali przy pomocy spolek z grupy pkp. kiedy dyliznas wjechal, zajeli my miejsca. pech chcial, ze wtarabanila sie tam rowniez baba z trojka bachorow. mialem juz mala palpitacje. i stan przedzawalowy. okazalo sie jednak, ze to dopiero poczatek cyklicznego programu "jazda wg rozkladu jest nudna". tak wiec stoimy sobie wesolo przy peronie 3, slonce nakurwia nieziemsko i nie ma wiatru. szybko pojawil sie maly zaduszek, ktory w postepie geometrycznym przyrastal z kazda dodatkowa minuta opoznienia.a zebraly sie one 72 (prawie nic w sumie, czyz nie?), bo procent asy hamujacej byl nie ten. i nie szlo jechac. nie wiem, co sie wydarzylo, ze ruszylismy, bo w sumie nic nie doczepili/odczepili/zmienili/wysadzili. finalnie kolo 21 zrobilismy czek in na marynarskiej.
w drodze powrotnej zas hit - wyjechalem z lodzi 12 minut po czasie, a w POZ bylem 5 minut, ale przed czasem. wot technika chcialoby sie rzec.

poza tym szalu nie ma. sa wkurwy i mala frustracja.

Thursday

o rly?

hela.
doktor.
obiad.
lcj.
zaleglosci.

a pies wam morde lizal.


Wednesday

dysertacja

temat: wpływ konsumpcji bobu na kreatywność.

skądże taka idea? - zapytać państwo mogą. ano stąd, że po bobie (nie budowniczym) najpierw jest wiatr. napierdala jak halny przez hale i inne regle. a później bób wyjść chce. na taki długi spacer. a że nie może wyjść cały na raz, to tak co jakiś czas mnie opuszcza. dosłownie. i w te momenty, co mnie opuszcza, to znajduję się we przybytku wiadomym. a tam, jak powszechnie również wiadomo, człowiek czytać może. i dumać też. wszystko zależy od natężenia i innych okoliczności. no i tak, skoro po bobie często trzeba się udawać, to i często się duma. a jak się duma, to i się coś wyduma. czasem nieszablonowego. więc kreatywnie.

no. jaka habilitacja wyjść z tego powinna. chociaż "wyjść" to nie najlepsze określenie.

Monday

nie smiej sie bratku z cudzego przypadku

stalo sie. zalalem sobie dzis ekran w barbarze. podczas kurwa czyszczenia. niby dziala, ale poniekad chujowo, bo zacieki sa widoczne mocno i na pol ekranu. i tak juz pozostanie (bo mam nadzieje, ze gorzej kurwa nie bedzie).
dodam, ze wszystko odbylo sie na trzezwo.
przechuj jest kurwa, przechuj.

Sunday

egzotyka

nie wiadomo do końca czym wiedziony zdecydowałem się na udział w animacji "woodstock 2011". oczywiście, wiem, pasuję do tej imprezy jak pięść do oka, wół do karety czy jakkolwiek inaczej. nie zmienia to jednak faktu, że było godnie. co prawda gacie prałem trzy razy i nadal widoczny jest na nich osad z tamtejszego piasku, ale chuj w to. podobno za rok jest plan, by udać się tam na 4 dni, ale nie wiem, czy to aby na pewno pomysł dobry. się zobaczy w przyszłości.

poza tym chujem wieje, bo czas na helen. i do wieczerzyckiego trzeba iść. i ogólnie zacząć się ogarniać. a jakoś weny nie mam. chujnia.