czuję się tu jak na wakacjach. niby jakaś praca (w sumie trening, dalece zaskakujący, bo na wysokim poziomie, taki w sumie jak w krajach zachodnich), niby obowiązki, ale jakby luz, bo tu jakaś randka, tam browar, a gdzieś indziej jaka kolejna animacja.
co do randek, to miałem bardzo udaną w sobotę. wszystko jest z nim zajebiście, tylko ma 19 lat. ale ma brodę, nie jest pokurczem i całkiem fit. niestety, dziś była randka numer 2 i zapał mi ostygł. podobnież mamy się spotkać po raz trzeci w czwartek, ale średnio to widzę. a w sumie to nawet mało to widzę.
nie muszę chyba dodawać, że ciepło tu, słońce i generalnie milusio. bardzo milusio. aż chce się żyć.
Tuesday
Friday
Wednesday
Wieści z podnóża Witsohy czyli rozesłany newsletter
Szanowne Panie, Szanowni Panowie oraz Szanowna-Cała-Reszta-Nieuważająca-Się-Za-Przedstawicieli-Tychże-Grup,
Uprzejmie Szanownych Państwa informuję, iż dotarłem do Sofii, stolicy Bułgarii (to dla tych, co z geografii wiedzą, gdzie jest najbliższy monopol). Dotarłem cały, prawie szcześliwy, acz dość konkretnie wymęczony rajdem przez hitlerowskie lotniska. Niemniej jednak warto było.
Sofia miejscem najpiękniejszym nie jest, należy jednakże podkreślić jej walory płynące z położenia geograficznego, czyli:
urodni mieszkańcy (co jest prawdziwą zmianą jakościową po UK),
ciepło,
słońce,
urodni mieszkańcy,
ciepło,
słońce.
Z czynników niegeograficznych, to warto odnotować Davidoffy po 5.30 leva i że litr Finlandii można nabyć za 22 leva (co też uczyniłem i czegóż konsumpcji dokonywać będę dziś) i że leva to tak około 2 PLN. Czyli, że jest bardzo miło i sympatycznie.
Widziałem również swoje biuro i mają tam klimatyzację o mocy ciągu Moniki Levinsky oraz palarnię zaraz za oknem. Więc same plusy. No może poza jednym – 10 minutową wycieczką trolejbusem. A niektóre z nich pamiętają jeszcze jak się Breżniew z Honeckerem obściskiwali.
Lokal mieszkalny, z którego tego oto maila nadaję również ma pewien walor historyczny. Oraz klasyczny, bułgarski rys. Tak... Jest w nim coś między Gierkiem a Jaruzelskim, z szafą na wysoki połysk włącznie. A jak pamiętam meble w tej stylice to znak wielce dobry.
Cóż jeszcze dodać mogę... Ano tyle, że na nudę w obszarze szeroko pojętych stosunków międzypersonalnych narzekać nie będę. If you know what I mean.
Namiary kontaktowe (dla odświeżenia pamięci):
Skype – proszę szukać osobnika o mailu szanownypanlukasz@hotmail.com. Tak się składa, że to ja.
Telefon – a i owszem, mam tutejszy i wygląda on następująco 00359892767873.
Mail – wiadomo.
Gdyby ktoś miał pytania jakie, to proszę śmiało.
Wizyty proszę anonsować z około dwutygodniowym wyprzedzeniem, jako że muszę obadać wpierw dostępność swą.
Z poważaniem niemając w poważaniu,
Pan Łukasz
Kierownik ds. zbytecznych i innych.
Tuesday
zemsta nie-to-kurwa-perza
ciocia lusia i jej pracownicy zalecieli w chuja. wielkiego, czarnego chuja. zaczelo sie w burminghamowie od check-inu. mila (to trzeba jej oddac) pani zaczela mnie czekowac. i padlo pytanie, gdzie spedze noc. odpowiedzialem, zgodnie z prawda, ze na lotnisku w DUS, jako ze tam overnighta mam i nie bookowalem hotelu bo na wuj? pani na to, ze ona musi sprawdzic, czy ona mozna mnie tytki do sofiji zaczekowac, bo ona nie wie, czy ja tak sobie moge po lotnisku hulac, kiedy tyty beda tam przechowywane (wtf pomyslalem, gdzie kto widzi problem, skoro w DUS mozna se walize na late night check-in wrzucic nawet, czyli ze sie wpada o 20 czy nawet 21 i nadaje bagaz na poranny lot). no i pani sie udala do fladry siedzacej na biznesowym check-inie (nawet chcialem tam podejsc i sie zaczekowac, ale fladra z kims jakies issue miala i zaproszono mnie na economy) z pytaniem cóz poczynic nalezy. a rybsko na to, ze idz w chuj, znaczy nie mozna zaczekowac tyt do SOF i musze je sobie zebrac i rano zrobic akcje check-in ponownie. kiedy próbowalem wytlumaczyc, ze niekoniecznie tak trzeba, fladra stwierdzila, ze ona wie, a ja nie i mam isc w pyre. wkurwilem sie. bo jakby nie patrzec wycieczka na peta z bambetlami jest srednio wygodna.
uznalem jednakowoz, ze chuj wam pizdy w nos i powetuje sobie strate. to znaczy zrobie ponownego claima na zofie. bo czemuzby nie? przeszla zosia przez czekin ladna, a odebralem ja niezbyt ladna. tak tez poczynilem na DUS airport.
niestety, bilans jest 2:1, bo sie okazalo, ze ta kreatura, co mnie czekowala do DUS jednoczesnie wyczekowala mnie z miejsc na dwa kolejne loty. dzieki temu do MUC mam miejsce na srodku w jakims chujowym srodkowym rzedzie. ja na serio wiele zniese, ale nie srodek. zastanawiam sie tylko ile sztuk bachorów wrzeszczacych bedzie w okolicy. bo ze lot bedzie zjebany do granic, to pewien jestem. na locie do SOF mam niby okno, ale nie jest to ostatni rzad. wiec tez wkurw.
jakby nie patrzec jestem malo uraczony. jak mi jeszcze zaczna brachac, ze znowu robie claima o walize to ich chyba zajebie. i przerzuce sie na LOT.
_____________________________________________________
update z MUC. dzieci nie bylo. i nawet czekujac sie pan postanowil mi dac miejsce przy oknie, bo 4 rzad byl dostepny. przespalem caly lot w sumie.
poza tym wzialem prysznic i jestem ready to go. chuj, ze prawdopodobnie za 5 godzin nie bede wiedzial jak sie nazywam i po co w tej sofiji sie znalazlem.
Monday
walizko zapnij się!
trwa akcja finalne pakowanie. i nie idzie łatwo, choć widać światełko w tunelu. jeszcze tylko w zasadzie jakaś drobnicas pozostała, parę skarpet i będzie po robocie. znaczy prawie, bo trzeba będzie jeszcze zrobić rodeo na walizce i jakoś ją zapiąć. a to jest trochę wyzwanie.
ogólnie to jestem z lekka posrany. bo chuj wie, co mnie tam czeka i jaki będzie wynik tego całego show. a ja zwykłem się nastawiać na opcje mało optymistyczne. znaczy realistycznie patrzę na sprawę.
poza firma, co to dla mniej będę pracę świadczyć jakoś się mnie supportive zrobiła i radź sobie sam. chuj, nie mam wyjścia, poradzę sobie. w końcu nie takie animacje się ogarniało.
jeszcze 6 godzin i 49 minut do wylotu. kurwa.
ogólnie to jestem z lekka posrany. bo chuj wie, co mnie tam czeka i jaki będzie wynik tego całego show. a ja zwykłem się nastawiać na opcje mało optymistyczne. znaczy realistycznie patrzę na sprawę.
poza firma, co to dla mniej będę pracę świadczyć jakoś się mnie supportive zrobiła i radź sobie sam. chuj, nie mam wyjścia, poradzę sobie. w końcu nie takie animacje się ogarniało.
jeszcze 6 godzin i 49 minut do wylotu. kurwa.
Friday
Sun Alliance House
dziś nastąpiło pożegnanie z zakładem pracy. było miło, symaptycznie i nawet niesztucznie. gdyby nie pojebany system tam panujący i cały ten korpocyrk można by uznać, że miejsce to wcale nie jest aż takie złe.
wczoraj zaś żegnałem portugalskiego absztyfikanta, który rozczarowan jest faktem mego wyjazdu. ja trochę mniej, choć trzeba przyznać, że chłopina ma zadatki na porządnego absztyfikanta, bo i niegłupi, i niebrzydki, a i moc ssąca całkiem konkretna. cóż, było, minęło, zoabczymy co sofia zaoferuje.
obecnie zaś trwa akcja pakowanie. zofia już poniekąd na full upchana. okazało się, że wcale nie o kilogramy martwić się należy, ale o objętość. bo ona stanowi pewne wyzwanie - znaczy, że należy walizkę dosiąść i metodą na upych zapiąć. finalne pakowanie zaś nastąpi w poniedziałek i wtedy spodziewam się perturbacji, cyrków i klęcia na czym świat stoi. albo i leży.
odnośnie klęcia to żem dziś pokurwował na nowy zakład pracy, bo trochę późno mnie zapdejtowali o jakichś pierdołach, które mam załatwić zanim zacznę. niby pełny support oni oferują, ale jakby nie do końca. chujaszki złamane.
ponadto sobie uświadomiłem (fakt, trochę późno, ale lepiej niż wcale), że ja trochę daleko jadę i znowu trzeba się wszystkiego uczyć. nie żebym był przerażony czy coś, ale radosna ekscytacja się skończyła i pojawiła się faza o stary, aleś umoczył. zobaczymy co się we wtorek wydarzy.
wczoraj zaś żegnałem portugalskiego absztyfikanta, który rozczarowan jest faktem mego wyjazdu. ja trochę mniej, choć trzeba przyznać, że chłopina ma zadatki na porządnego absztyfikanta, bo i niegłupi, i niebrzydki, a i moc ssąca całkiem konkretna. cóż, było, minęło, zoabczymy co sofia zaoferuje.
obecnie zaś trwa akcja pakowanie. zofia już poniekąd na full upchana. okazało się, że wcale nie o kilogramy martwić się należy, ale o objętość. bo ona stanowi pewne wyzwanie - znaczy, że należy walizkę dosiąść i metodą na upych zapiąć. finalne pakowanie zaś nastąpi w poniedziałek i wtedy spodziewam się perturbacji, cyrków i klęcia na czym świat stoi. albo i leży.
odnośnie klęcia to żem dziś pokurwował na nowy zakład pracy, bo trochę późno mnie zapdejtowali o jakichś pierdołach, które mam załatwić zanim zacznę. niby pełny support oni oferują, ale jakby nie do końca. chujaszki złamane.
ponadto sobie uświadomiłem (fakt, trochę późno, ale lepiej niż wcale), że ja trochę daleko jadę i znowu trzeba się wszystkiego uczyć. nie żebym był przerażony czy coś, ale radosna ekscytacja się skończyła i pojawiła się faza o stary, aleś umoczył. zobaczymy co się we wtorek wydarzy.
Wednesday
well done
w robocie zakończył się cyrk pod hasłem audyt. było rano trochę nerwów, bo się okazało, że jakby nie wszystko jest, jak być powinno. ale ponieważ było już za późno na jakiekolwiek działania, to tylko zeskanowano packi i nadano drogą mailową. przed 16 przyszedł mail, że jesteśmy zajebiści i audyt zaliczony na 100%. myślałem, że moja szefowa się rozpłacze ze szczęścia.
na terenie włości nic ciekawego. pakowanie w czarnej dupie, logistyka też poniekąd nie należy do rzeczy, na których się skupiam szczególnie. bo raz, że chatę już mam, a dwa, że mam wyjebane. w końcu jeszcze 5 dni do wylotu, więc czasu w chuj i jeszcze kawałek.
poza tym mam przecież to-do list, więc nie zginę. co najwyżej czegoś nie zrealizuję i taki będzie finał. nie ma powodów do stresu.
Monday
Thursday
Subscribe to:
Posts (Atom)
