Saturday
Monday
Friday
Ale co z emeryturą?
Tak się złożyło, że ponownie (któryż to raz) jestem bezrobotny. Tym razem na własne życzenie, bo 9/01 rzuciłem wypowiedzenie, a 10/02 się rozstaliśmy. Dodać trzeba, że w niezwykle przyjaznych stosunkach i w ogóle kwiatki, zajączki i słoneczko świecące (bez nawet grama ironii, na serio).
No i od tegoż 10/02 sobie robię nic. Znaczy napierdalam na kurniku, gotuję Staremu i sprzątam i piorę i ogarniam tzw. ognisko domowe. Dziś miałem szczególnie ciężki atak, bo rzuciłem się na lodówkę (a Staremu przyznać trzeba, że chuja na niej wyłożył aż boli, więc rozmrażanie, wyrzucanie zbędnych produktów itp.) i szafkę pod zlewem. Oraz dwie dwulitrowe butelki Shumensko (ale czy to ważne?).
I tak sobie żyję. Między sprzątaniem a praniem miewam interview. Ale nie zawsze. I ogólnie mam w piździe. Bycie house wife mnie raczy. Tylko czemu nikt za to nie płaci?
No i od tegoż 10/02 sobie robię nic. Znaczy napierdalam na kurniku, gotuję Staremu i sprzątam i piorę i ogarniam tzw. ognisko domowe. Dziś miałem szczególnie ciężki atak, bo rzuciłem się na lodówkę (a Staremu przyznać trzeba, że chuja na niej wyłożył aż boli, więc rozmrażanie, wyrzucanie zbędnych produktów itp.) i szafkę pod zlewem. Oraz dwie dwulitrowe butelki Shumensko (ale czy to ważne?).
I tak sobie żyję. Między sprzątaniem a praniem miewam interview. Ale nie zawsze. I ogólnie mam w piździe. Bycie house wife mnie raczy. Tylko czemu nikt za to nie płaci?
Monday
Przemyślenie - odsłona druga
W tym docinku będzie o komunikacji przez opakowanie i design. Trochę. Zacznijmy od przypomnienia, że FB to ja nie posiadam. Znaczy generalnie nie, ale jakbym szczątkowo miał. No matter. Więc nie mając FB zostaje mi tylko buszowanie po LinkedIn. I ostatnio się zapuściłem w tamtejsze profile.
Przyczynkiem do wycieczki była jaka podpowiedź, że tę oto lasię zna pięciu twoich znajomych, więc i ty dodaj ją do sieci. Dodać nie dodałem, ale obadałem kto zacz. Lasia okazała się być jakimś junior assistant of consultant czy coś podobnego w PwC, KPMG czy innym Deloitte. Czy jakkolwiek się to tam zwie. Bo mniejsza o nazwy, gdyż gwiździem imprezy okazały się zdjęcia. bo poskakałem sobie po tych junior consultantach i innych seniorach cośtamcośtam, co to nawet wypowiedzieć nie potrafiłem, nie wspominając o jakimś sensownym pomyśle na to, co oni mogą w tych wielce poważnych firmach robić.
Więc zdjęcia. Nie samojebki, nie wakacyjne focie z drinem na all-inclusive, ale prawdziwe, profesjonalne foteczki. Takie, że aż człowieka zaduma ogarnia.
Bo typy zdjęć są następujące:
- jestem profejsonalna (pretensjonalna) do bólu - uroczy obrazek utrzymany w szarościach; twarz (czy to jeszcze twarz) mocno obrobiona i jakaś nieobecna. Śmiem twierdzić, że focia strzelona po zamknięciu bilansu.
- zegarzmistrz światła - czyli miś z zegarkiem, co to się pucować lubi jak nieszczęsny minister, były minister. Miś-zegarmistrz ubrany w firmowy kubraczek (mdły garnitur plus nijaka koszula i bezbarwny krawat) z busolą na przegubie. Bo to nie zegarek, a co najmniej zegar słoneczny. Wielki i oczojebny. I zapewne za więcej niż jedną pensję.
- niepweni - biedactwa tak zarobione, że nawet nie wiedzą, gdzie pracę wykonują, w związku z czym mają urocze zdjęcia na tle firmowego logo. Plus 10 do przestiżu i plus 30 do orientacji w życiu.
- jestem z miasta - grupa lansująca się. Mocno. Bo zdjęcie zrobione na tle miasta. Znaczy Warszawy. Tak dla podkreślenie przestiżu i pokazaniu, że o patrzcie złamasy, tyram jak wół, ale mam dostęp do 30. piętra we firmowym wieżowcu. Pytanie tylko czy mają tam windy.
Typów jest oczywiście więcej, ale wciąż chorobą zmożon jestem i mocy nie mam by opisać.
Udałem się dziś do pani doktor laryngolog na kontrolę. Tytułem wtrącenia - wciąż kaszlę. Pani doktor stwierdziła, że gardło jest ok, nos spoko i że ona nic nie widzi. I zawezwała na konsultację internistę. Chłop rad nierad się objawił, obejrzał mnie i zaprosił do swoejgo gabinetu. A tam zaczął psioczyć na panią laryngolog, że jak gardło w porządku, kiedy czerwone i takie tam. Ale osłuchał mnie, obejrzał, wywiad przeprowadził i stwierdził, że on nie wie. Bo płuca ok, nie charczę i krwią nie pluje. Więc stwierdził, że on mnie taki fajny antybiotyk przepisze, co się go podaje po powikłaniach po świńskiej grypie. Bo w sumie nie zaszkodzi, a może pomóc. A, i dwa dodatkowe dni zwolnienia też się przydać mogą.
PS. Antybiotyk numer jeden oprócz działania na gardło służy także do walki z rzeżączką. Antybiotyk numer dwa, dziś otrzymany, dodatkowo z chlamydią. Tak o.
Przyczynkiem do wycieczki była jaka podpowiedź, że tę oto lasię zna pięciu twoich znajomych, więc i ty dodaj ją do sieci. Dodać nie dodałem, ale obadałem kto zacz. Lasia okazała się być jakimś junior assistant of consultant czy coś podobnego w PwC, KPMG czy innym Deloitte. Czy jakkolwiek się to tam zwie. Bo mniejsza o nazwy, gdyż gwiździem imprezy okazały się zdjęcia. bo poskakałem sobie po tych junior consultantach i innych seniorach cośtamcośtam, co to nawet wypowiedzieć nie potrafiłem, nie wspominając o jakimś sensownym pomyśle na to, co oni mogą w tych wielce poważnych firmach robić.
Więc zdjęcia. Nie samojebki, nie wakacyjne focie z drinem na all-inclusive, ale prawdziwe, profesjonalne foteczki. Takie, że aż człowieka zaduma ogarnia.
Bo typy zdjęć są następujące:
- jestem profejsonalna (pretensjonalna) do bólu - uroczy obrazek utrzymany w szarościach; twarz (czy to jeszcze twarz) mocno obrobiona i jakaś nieobecna. Śmiem twierdzić, że focia strzelona po zamknięciu bilansu.
- zegarzmistrz światła - czyli miś z zegarkiem, co to się pucować lubi jak nieszczęsny minister, były minister. Miś-zegarmistrz ubrany w firmowy kubraczek (mdły garnitur plus nijaka koszula i bezbarwny krawat) z busolą na przegubie. Bo to nie zegarek, a co najmniej zegar słoneczny. Wielki i oczojebny. I zapewne za więcej niż jedną pensję.
- niepweni - biedactwa tak zarobione, że nawet nie wiedzą, gdzie pracę wykonują, w związku z czym mają urocze zdjęcia na tle firmowego logo. Plus 10 do przestiżu i plus 30 do orientacji w życiu.
- jestem z miasta - grupa lansująca się. Mocno. Bo zdjęcie zrobione na tle miasta. Znaczy Warszawy. Tak dla podkreślenie przestiżu i pokazaniu, że o patrzcie złamasy, tyram jak wół, ale mam dostęp do 30. piętra we firmowym wieżowcu. Pytanie tylko czy mają tam windy.
Typów jest oczywiście więcej, ale wciąż chorobą zmożon jestem i mocy nie mam by opisać.
Udałem się dziś do pani doktor laryngolog na kontrolę. Tytułem wtrącenia - wciąż kaszlę. Pani doktor stwierdziła, że gardło jest ok, nos spoko i że ona nic nie widzi. I zawezwała na konsultację internistę. Chłop rad nierad się objawił, obejrzał mnie i zaprosił do swoejgo gabinetu. A tam zaczął psioczyć na panią laryngolog, że jak gardło w porządku, kiedy czerwone i takie tam. Ale osłuchał mnie, obejrzał, wywiad przeprowadził i stwierdził, że on nie wie. Bo płuca ok, nie charczę i krwią nie pluje. Więc stwierdził, że on mnie taki fajny antybiotyk przepisze, co się go podaje po powikłaniach po świńskiej grypie. Bo w sumie nie zaszkodzi, a może pomóc. A, i dwa dodatkowe dni zwolnienia też się przydać mogą.
PS. Antybiotyk numer jeden oprócz działania na gardło służy także do walki z rzeżączką. Antybiotyk numer dwa, dziś otrzymany, dodatkowo z chlamydią. Tak o.
Saturday
Przemyślenia - odsłona pierwsza (z trzech zaplanowanych)
Od dłuższego czasu po głowie wątek ten mnie chodził, ale zawsze jakoś umykał później, ginął pośród innych zajęć i nic z pisania nie wychodziło. Do dziś. Bo dziś temat przewodni mnie dotknął mocno. Żywym ogniem zapiekł.
Chodzi o pewną niezwykłą umiejętność nacji bułgarskiej do blokowania. Wszystkiego. Przy czym prym wiodą schody ruchome. Tak. Wydawałoby się, że ludzie w większości krajów świata, gdzie wynalazek ten zaimplementowano, wiedzą że po prawej się idzie, a po lewej stoi. Wydawałoby się. Bo w BG mają pewne braki edukacyjne. Polegają one na tym, że na schodach ludzie zachowują się w sposób losowy, przy czym zawsze sprawiają wrażenie bezmózgich.
Losowość przedstawia się następująco (i dodam, że jest to wersja skrócona, gdyż wszystkich możliwych kombinacji opisać w stanie nie jestem):
- w uścisku pytona - znaczy stoimy wężykiem - lewo, prawo, lewo, prawo. Nie sposób ominąć, wyminąć, trzeba stać do końca.
- strzała amora - opcja ta dotyczy najczęściej osobników płci mieszanych w wieku do lat 40. Stoją oni parami, obok siebie, dla podniesienia poziomu romantyzmu trzymając się za ręce lub czule sobie do ucha romantyczne zgłoski szepcąc. Magiczne słówko izvinete nie zawsze pomaga.
- nawet klasówka nas nie rozłączy - młodzież w wieku szkolnym blokująca trakt mechaniczny parami. Bo one muszą stać koło siebie, bo nie daj bóg jedną coś porwie albo wchłonie i druga z rozpaczy uschnie. W tym wypadku pomaga basowe excuse me wyryczane zza ich pleców. Odskakują z reguły jak drzwi w ikarusie.
- grupa amortyzująca upadek - jak nazwa wskazuje jest to grupa, najczęściej w wieku szczeniackim blokująca schody w pizdu. Łatwiej byłoby skoczyć w dół niż ich ominąć. Czasem excuse me pomaga, przy czym w większości przypadków skuteczniejszy jest zestaw typu valium i seta.
- ja i moje skarby - czyli pan bądź pani i jej/jego wózek zakupowy (taka dwukółka). Bo wiadomo, że w dwukółce są rzeczy dalece cenne i nie może ona jechać przed lub za właścicielem. Ona musi jechać obok pańskim okiem tuczona. Jak dotąd próba ominięcia tegoż zjawiska nie powiodła się.
- papużki-nierozłączki - czyli dwie najlepsze psiapsiółki biorące udział w misji ratowania świata. Ponieważ misja to poważna muszą się i poważnie naradzić. A nie ma lepszego miejsca i czasu niż schody ruchome.
I tak dalej... Gdyby ktoś chciał dokonać jakiegoś bezkrwawego aktu mającego na celu paraliż dużej metropolii, to może śmiało użyć losowo wybranej gruby Bułgarów. Wystarczą ich dwie setki (byleby ich strategicznie rozlokować) i miasto leży. A raczej stoi. Oczyma wyobraźni widzę schody w londyńskim metrze... Ach... Co to by był za show...
Oprócz schodów Bułgarzy potrafią także skutecznie zatarasować chodniki (przecież chodzenie ławą nikomu nie powinno przeszkadzać), przy czym opcja chodnik jest dostępna również dla kierowców, którzy gdzieś muszą swoje wielce ważne samochody poupychać (bo kto to widział żeby do osiedlowego marketa, 300 metrów od chaty, z papcia ciągnąć. Pan/Pani samochód ma, stać jego/ją, to i pojedzie i chuj plebsowi do tego).
Do blokowania świetnie nadają się również alejki w sklepach i innych galeryjach handlowych. Tu można się nawet bardziej popisać, bo ma się do dyspozycji wózek. A wiadomo, że wózek można zostawić w poprzek i iść 20 metrów dalej szukać najtańszej kiełbasy/podpasek/kalesonów. Bo czemuż by nie. A że później inni użytkownicy muszą wykonywać slalom gigant i inne akrobacje? A cóż oni kogokolwiek interesują. Liczy się tylko mój wózek i moje w nim bambetle.
Bo Bułgar z wózkiem (czy też samochodem) to jak chłop na zagrodzie, równy wojewodzie. Albo i kmetowi.
Dziś właśnie doznałem ataku toczenia piany z pyska i wkurwobłędu w jednym z centrów handlowych. Musiałem wyglądać zjawiskowo, bo ludzie aż się rozstępowali na mój widok. Szał, czyż nie?
Chodzi o pewną niezwykłą umiejętność nacji bułgarskiej do blokowania. Wszystkiego. Przy czym prym wiodą schody ruchome. Tak. Wydawałoby się, że ludzie w większości krajów świata, gdzie wynalazek ten zaimplementowano, wiedzą że po prawej się idzie, a po lewej stoi. Wydawałoby się. Bo w BG mają pewne braki edukacyjne. Polegają one na tym, że na schodach ludzie zachowują się w sposób losowy, przy czym zawsze sprawiają wrażenie bezmózgich.
Losowość przedstawia się następująco (i dodam, że jest to wersja skrócona, gdyż wszystkich możliwych kombinacji opisać w stanie nie jestem):
- w uścisku pytona - znaczy stoimy wężykiem - lewo, prawo, lewo, prawo. Nie sposób ominąć, wyminąć, trzeba stać do końca.
- strzała amora - opcja ta dotyczy najczęściej osobników płci mieszanych w wieku do lat 40. Stoją oni parami, obok siebie, dla podniesienia poziomu romantyzmu trzymając się za ręce lub czule sobie do ucha romantyczne zgłoski szepcąc. Magiczne słówko izvinete nie zawsze pomaga.
- nawet klasówka nas nie rozłączy - młodzież w wieku szkolnym blokująca trakt mechaniczny parami. Bo one muszą stać koło siebie, bo nie daj bóg jedną coś porwie albo wchłonie i druga z rozpaczy uschnie. W tym wypadku pomaga basowe excuse me wyryczane zza ich pleców. Odskakują z reguły jak drzwi w ikarusie.
- grupa amortyzująca upadek - jak nazwa wskazuje jest to grupa, najczęściej w wieku szczeniackim blokująca schody w pizdu. Łatwiej byłoby skoczyć w dół niż ich ominąć. Czasem excuse me pomaga, przy czym w większości przypadków skuteczniejszy jest zestaw typu valium i seta.
- ja i moje skarby - czyli pan bądź pani i jej/jego wózek zakupowy (taka dwukółka). Bo wiadomo, że w dwukółce są rzeczy dalece cenne i nie może ona jechać przed lub za właścicielem. Ona musi jechać obok pańskim okiem tuczona. Jak dotąd próba ominięcia tegoż zjawiska nie powiodła się.
- papużki-nierozłączki - czyli dwie najlepsze psiapsiółki biorące udział w misji ratowania świata. Ponieważ misja to poważna muszą się i poważnie naradzić. A nie ma lepszego miejsca i czasu niż schody ruchome.
I tak dalej... Gdyby ktoś chciał dokonać jakiegoś bezkrwawego aktu mającego na celu paraliż dużej metropolii, to może śmiało użyć losowo wybranej gruby Bułgarów. Wystarczą ich dwie setki (byleby ich strategicznie rozlokować) i miasto leży. A raczej stoi. Oczyma wyobraźni widzę schody w londyńskim metrze... Ach... Co to by był za show...
Oprócz schodów Bułgarzy potrafią także skutecznie zatarasować chodniki (przecież chodzenie ławą nikomu nie powinno przeszkadzać), przy czym opcja chodnik jest dostępna również dla kierowców, którzy gdzieś muszą swoje wielce ważne samochody poupychać (bo kto to widział żeby do osiedlowego marketa, 300 metrów od chaty, z papcia ciągnąć. Pan/Pani samochód ma, stać jego/ją, to i pojedzie i chuj plebsowi do tego).
Do blokowania świetnie nadają się również alejki w sklepach i innych galeryjach handlowych. Tu można się nawet bardziej popisać, bo ma się do dyspozycji wózek. A wiadomo, że wózek można zostawić w poprzek i iść 20 metrów dalej szukać najtańszej kiełbasy/podpasek/kalesonów. Bo czemuż by nie. A że później inni użytkownicy muszą wykonywać slalom gigant i inne akrobacje? A cóż oni kogokolwiek interesują. Liczy się tylko mój wózek i moje w nim bambetle.
Bo Bułgar z wózkiem (czy też samochodem) to jak chłop na zagrodzie, równy wojewodzie. Albo i kmetowi.
Dziś właśnie doznałem ataku toczenia piany z pyska i wkurwobłędu w jednym z centrów handlowych. Musiałem wyglądać zjawiskowo, bo ludzie aż się rozstępowali na mój widok. Szał, czyż nie?
Subscribe to:
Posts (Atom)