kolejnym argumentem przemawiającym za szybkim departurem z tych parchatych wysp stała się pogoda. bo obecnie temperatura osiąga szałowe 6 stopni na plusie, pada, wieje i ogólnie chujnie w wersji hard. a jak słyszę, że w PL stopni ponad 20, słońce, animacje i eventy, to mnie krew zalewa i chuj jasny zza szafy strzela.
pomarudziłem, więc mogę wrócić do animacji językowych. niestety, nie są to animacje francuskie, acz niemieckie.
Sunday
Wednesday
ogarnij pan ten burdel w koncu
no i zaczalem ogarniac. na pierwszy rzut poszly zdjecia i filmy. zdjecia poszly na skydrive, sa zahaslowane i ogolnie bezpieczne. a jest co chowac, bo na zdjatkach pojawia sie sporo imprez z OWW, a tam jak powszechnie wiadomo sodoma, gomora i cholera wie co. w ogole takie kompromitujace zdjecia to sie zawsze przydac moga. nie zebym planowal, ale kto wie. wiec zdjatka sie aplouduja, pozniej sie wyjebie reszte filmow na chomika i po bolu (albo i bulu, jak kto woli).
w miedzyczasie, ktory to miedzyczas jest czasem poszukiwania roboty (a idzie tak se) kombinuje w co sie przyodziac na wesele Anny w bezie i jaki chce tatuaz i gdzie i w jakiej ilosci. wazniejszy jest jednakowoz outfit na wesele, bo tam trzeba blysnac. a nie bardzo mam wizje na blyszczenie i nie wiem, w jaka stylistyke pojsc. bo raczej nie wypada panstwa mlodych przycmic i stac sie gwozdziem imprezy. wiec trzeba bedzie utemperowac swe pomysly i nie epatowac niczym, za co jaki grzmot w kosciele pierdolnac by mnie mogl.
no i to na tyle. stay tuned.
w miedzyczasie, ktory to miedzyczas jest czasem poszukiwania roboty (a idzie tak se) kombinuje w co sie przyodziac na wesele Anny w bezie i jaki chce tatuaz i gdzie i w jakiej ilosci. wazniejszy jest jednakowoz outfit na wesele, bo tam trzeba blysnac. a nie bardzo mam wizje na blyszczenie i nie wiem, w jaka stylistyke pojsc. bo raczej nie wypada panstwa mlodych przycmic i stac sie gwozdziem imprezy. wiec trzeba bedzie utemperowac swe pomysly i nie epatowac niczym, za co jaki grzmot w kosciele pierdolnac by mnie mogl.
no i to na tyle. stay tuned.
Tuesday
Saturday
Wednesday
dupą, dupą myśl!
i myśli usilnie (jednocześnie dokształcając się w mańce językowej), jak się na kontynent przenieść. na razie wymóżdżył tyle, że okres swych animacji na wyspach (a planowane one są tak do końca roku, ewentualnie do momentu sensownego ogarnięcia się z niemieckim i jebnięcia legitymacji pilota) może wrzucić do kategorii "gap year". że w sumie taki research, kombinowanie i że poznawanie i w ogóle nic, ale jakby coś. i to by było na tyle z kategorii "sprawy zawodowe".
w niedzielę okazało się, że ciocia lufa jest kobietą. bo zmienna jest i niepewna swych decyzji. kiedym to 1 stycznia bookował flajta na akcję "Anna w bezie" ciocia lufa dawała samolot wieczorem z BHX (coś po 19). następnie po trzech tygodniach ciocia uznała, że ona wieczorem nie leci, a jednak w południe i zmuszony byłem zadzwonić do ichniej fligh centre i zrobić reebooking. reeboking zrobiłem w jedną stronę (na powrót znaczy), bo wylot rano w piątek nawet mnie raczył. w niedzielę zaś wchodzę na checkmytrip, a tam info, że ciocia znowu zmieniła godziny lotu i że znowu operuje wieczorem. więc znowu dzwonię do flight centre i mówię, że ja chcę rano jednak lecieć. no i pani w centre znowu mnie przerzucała po lotach. tym sposobem mam 4 loty (bo wiadomo - frequent flyer ma się zdobyć) w atrakcyjnych dla mnie godzinach za jedyne 78 funia w dwie mańki. myślę, że trzeba będzie jeszcze jakie dwa berliny do końca roku klepnąć, bo może ciocia znów postanowi coś zmienić i będzie można na tym skorzystać.
Friday
Ich wuensche einen angenehmem Tag.
uswiadomilem sobie, czemu nie lubilem uczyc sie niemieckiego w gimnazjum. i nie chodzi o to, ze nauczyciel tego jezyka byl oblesnym fiutem z krzywym zgryzem, jebalo mu z papy i zarywal do mojej ciotki (znaczy zony mojego chrzestnego ojca). nie, wcale nie to. otoz chodzi o te kurwa ichnie odmiany z chuja. ze der, ze die i ze das. i ze kutas.
ale, ale, ale. nie poddajemy sie i walka na froncie jezykowym trwa. bo kurwa trzeba bedzie zrobic teleport z kraju brzydkich ludzi. a i zeby nauka sprawniej szla, to se nawet kontunio na fejsbuniu zdeaktywowalem. co prawda nie zmienia to faktu, ze w necie przepierdalam miliardy godzin. coz.
poniewaz za dwa miesiace z kawalkiem akcja ZAD bedzie miala miejsce, to postanowilem poszukac sobie noclegu. a przy okazji wrzucilem "travel advert" na pedalskim portalu. i to posuniecie (slowo-klucz) okazalo sie nad wyraz skuteczne, gdyz otrzymalem kilka ofert noclegowych w korzystnych cenach. w niektorych przypadkach poza sniadaniem w cene wliczone jest wesole ruchanie. a zasob ludzki tam nawet nie brzydki. jest wiec zacnie.
niestety z praca jest jakby gorzej, ale nie nalezy sie martwic. sie wszystko zorganizuje i wyanimuje. jak zwykle. bo potencjal mam i chuj.
Wednesday
ja jebie
nie, ruchania nie bylo. ale za to posprzatalem. w komnacie mej panuje kurwa lad i porzadek, co odczytywac nalezy, ze trzeba mnie sie za cos zabrac, ale jak wiadomo (patrz sesja i chata na blysk) mam z tym problem. nie mniej jednak opracowalem pewnego rodzaju sposob motywacji. bardzo prosty i mam nadzieje skuteczny. w szczegoly wdawac sie jednakowoz na razie nie zamierzam, bo moglyby one o mnie zle zaswiadczyc.
zanabylem dzis maly zestaw. zestaw znajduje sie na foto. zestaw oznacza, ze priorytety zostaly ustalone.
zanabylem dzis maly zestaw. zestaw znajduje sie na foto. zestaw oznacza, ze priorytety zostaly ustalone.
Monday
postanownienia
pozostale animacje na terenie ojczyzny najukochanszej przyniosly pare kolejnych przemyslen (nie wiem, moze ja za duzo mysle albo mnie jaka intelektualna obstrukcja dopadla i tworze jak popierdolony) z gatunku "o zycie! o egzystencjo! o kurwa". spotkawszy sie z Pania Majorowa doatrlo do mnie, ze najbardziej teskno mnie do OWW. moze niekoniecznie do tego gierkowskiego osiedla, ale klimatu, jaki sie tam na chacie unosil (i nie mam tu na mysli smrodu petow i alkoholu, ktory tam za kolniez wylewan nie byl), takiego luzu i sporego przemialu zasobow ludzkich.
nastepnie zas dotarla do mnie bolesna prawda, ze jesli chce powrocic na sciezke grzechu, rozpusty i ogolnie animacji seksualnych, to musze spierdalac na kontynent, bo na wyspie to ja nie narucham sie za bardzo. nie ma co sie oszukiwac, ale wyladowalem w krainie ludzi brzydkich, spasionych i takich, co nie krzycza do mnie "poruchajmy sie". zaczalem wiec kombinowac nad kolejna destynacja w ramach akcji "find your own way i przy okazji nie wdepnij w gowno". co prawda z tym gownem sie srednio jak na razie mi udaje, ale sie staram. ale wracajac do meritum, to skoro kontynent, to wybor duzy nie jest. hitlerowcy, denmarki i specjalisci od polderow. najatrakcyjniej jednakowoz wygladaja ci pierwsi, wiec jasnym sie stalo jak moja dupa po zimie, ze czas sie ogarniac i zrobic akcje "refresh your german". uczylem sie kiedys, ale niestety, zbyt wiele nie pamietam, poza przydatnymi zwrotami typu "hende hoch!", "Ich liebie Lufthansa" i "zwei biere bitte". musze wiec poznac pare innych przydatnych wyrazen (preferowane te z czasownikami flicken i bumzen, czy jak to sie tam pisze).
poza tym widze (a siedze obecnie pod G20 na MUC Airport), ze wspolczynnik potencjalnego wyruchu wynosi tu jakie 30%, gdzie w UK nie przekracza on 5%. no i ogolnie niemcy nie wydaja sie byc takie najgorsze - maja ladne lotniska, niezle dworce, sa w europie i istnieje spora szansa, ze bym mogl sie uraczyc tu.
robie wlasnie odsluch MDNA. mam takie jakies ambiwalentne odczucia. niby zle nie jest, ale ten disko klimat mnie nie przekonuje w pelni.
pierwsza wizyta na lotnisku w BRU nie spowodowala, ze padlem na kolana. zeby nie powiedziec, ze kurwa sie nabiegalem troche. bo zeby sie z manki schengen do nieschengen przedostac, to trzeba niemalze linie maginota sforsowac. plus 6 kompletow schodow ruchomych i jeszcze security control, co oznacza, ze wody z PL czy innego MUC/FRA do BHX sie przeteleportowac nie da. dopiero teraz, lecac kukuryznikiem-kurwa-jego-mac do BHX doszla mnie mysl, ze przecie ja swoj ZAD zabookowal wlasnie z changem w BRU, gdzie na change'a miec bede 50 minut. mowiac szczerze jakos tego nie widze. bo raz, ze daleko i security, to dwa, ze flybe tez sie jakos slabo ogarnia. swoja droga te hocki-klocki w brussel airlines z tabliczkami gdzie jaka taryfa, to troche zenada. ja rozumiem cost cutting, ale SAS co tej metody probowal (znaczy ze nie dawali kawy i buly), uznal ze koncepcja ta nie do konca ma raczki i nozki, w zwiazki z czym ponownie daja tam papu.
Wednesday
dziwki, alfonsi i fryzjer
lodz przyniosla kilka pytan, ktore z kolei poskutkowaly paroma przemysleniami. takich wcale nie przyjemnych i milych. takich, ktore uswiadomily mi, ze jestem w dupie. z chujowa robota, praktycznie bez znajomych i bez sprecyzowanego celu w zyciu. nie bede zaprzeczac, ze takowe mysli przebijaly mi sie do swiadomosci, ale nigdy jeszcze nie tak... bolesnie tak.
kurwa, powinienem dostac jakas nagrode - na grawerze widze juz ten napis "za niezwykle umiejetnosci udawania przed wszystkimi, ze jest ok, choc tak naprawde jebie kiszonym sledziem".
ale coz, nie ma sie co rozczulac nad soba, choc to poniekad perwersyjnie przyjemne, a czas sie zaczac jakos organizowac. co prawda pojawia sie tu magiczne-slowo-klucz-wytrych "jakos", co oznacza mniej wiecej tyle, ze chuja wiem i absolutnie nie posiadam planu na siebie.
------------------------
zanim jednak pojawili sie byli owi pytania, to trzeba bylo sie przemiescic miedzy COV a Lodzia. A byla to podroz nad wyraz ciekawa. do DUS lecialo sie bardzo milo, z kultura i bula z maslem oraz kawa, co je na pokladzie dawali. jak tylko objawil zem sie na lotnisku szwabskim byl, to od razu wzrosl mi odsetek osob, co mnie racza swym wygladem. nie sadzilem, ze niemce takie ladne i z tyloma bym sie ruchac chcial. ale coz, po wyspach jakby mi wymagania spadly. no to juz wyladowalem, zebralem walizke i udalem sie na Dusseldorf Flughafen Bahnhof, co by oczekiwac tam na ICE, co mnie wiezc dalej mialo. no doczekalem sie i do Berlę jechalo sie dalece milo, choc trasa poniekad z pizdy, bo via Koeln, Frankfurt i Kassel. musze przy okazji nadmienic, iz serwis on board w klasie erste, to bardzo ladny niemcy maja i az sie wysiadac nie chce. no ale trzeba bylo, bo w Berlę byly powazny change na treni do WRO, czyli najsyfniejszy EC Europy, czyli 248 Wawel. to byl dramat. bo nie dosc, ze jedynka (szwabska) jakas taka jakby z krzakaow wyjeta, to jeszcze tlok niezmierny, brod, smrod i ogolna zenada. niemniej jednak, silnie zmotywowany dojechalem jakos do WRO, a nastepnie do LCJ.
------------------------
teraz, kiedym to koncze tworzenie notuni, urzeduje w warszawskim starbuniu, co go przy centralnym postawili, siorbajac cappucino. WAW ogolnie mnie nie uraczylo jakos wielce, choc bliny byli klasy pierwszej. zas za ponad godzine akcja "GDN" z Pania Przewodnik.
------------------------
doszedlem do wniosku, ze se jebne legitymacje pilota/przewodnika. kurs via net da sie zrobic.
------------------------
w tak zwnaym "meanwhile" padl mi byl dysk zewnetrzny. duzo rzeczy poszlo sie jebac. niestetyz.
------------------------
Subscribe to:
Posts (Atom)
