Tuesday

i po balu

dzis, godzina 9:03 (czyli 4 minuty po tym, jak zalogowalem sie do swego sluzbowego komputera) dopadla mnie szefowa. i zaczela sie zabawa z gatunku sto pytan do oraz ogolny wyklad o tym, gdzie ja jestem, co ja jestem i co ja w zasadzie robie. nie zeby z ryjem, czy cos, tak o, po prostu, z gospodarskiej troski. dodam, ze tak zabawiala mnie konwersacja do 10:45. i coz sie okazalo? ano to, ze mi jakby obowiazkow przybylo. bo juz nie mam tylko swoich sprzataczek, kitchen assistants, ale cala galerie rekrutacji. i nie powiem, przerazilo mnie to dalece. bo nie taki byl uklad i na takie juble, to zem sie ja nie pisal. ale jakos nie mialem sposobnosci zareagowac. tak wiec dzis spedzilem jedyne 5 godzin ryjac w aplikacjach i szukajac project managera. bezskutecznie. jutro powtorka z rozrywki.

Monday

wiec lece. 5 kwietnia o 18:40 nakurwiam na zurich, by nastepnego dnia rano obrac destynacje warsiawa. i tu zaczynaja sie schody. no nie wiem, czy udac sie do torunia i tam sie zaszyc na dwa dni, czy tez moze zaszyc sie w WAW, albo moze na POZ uderzyc i pozniej gdzies kombinowac z czasem tylko dla siebie. wracam zas z PL 14.04 o 14:50. z WRO via FRA.

poza tym sie kreci. robota, winiacza jakiego sie ojebie domowej roboty, poprokrastynuje sie i tak leci.

byle do wiosny.

Sunday

marzec miesiacem ruchania.

idzie wiosna. zdecydowanie. bo choc pogoda dalece chujowa (czyli dokladnie taka sama jak zawsze), to jednak w naturze ruch wystapil. znaczy sie koty byli zaczeli sie gzic. dra te ryje swoje za oknem jak opetane i tylko procy brak, co by im w tylki strzelac. a dodac nalezy, iz sama sasiadka ma tych kotow 7 czy 8, a na kwadracie sie ich spokojnie ze 30 zbierze. wiec koncert na wiele kocich glosow. i tak do wrzesnia bedzie.

poza tym idzie nowe. w sumie to przyszlo, a nawet i przyjechalo. mariola. mariola bardzo godnie zastapila barbare i sluzy mi jak na razie bardzo oddanie. jutro zadzwonie do banku, co by ja ubezpieczyc i wtedy juz bede calkowicie o nia spokojny. a wracajac do marioli to jest ona ladna, zgrabna i powabna (czyli odwrotnie niz ja). i gdyby nie bateria to mozna by ja za ultrabooka wziac. 


PJCh*

cóż... okazało się, że aktywność fizyczna to mi pisana nie jest. bo z tym cyrkiem pod hasłem szóstka weidera pożegnałem się po dwóch dniach z uwagi na braki motywacyjne i ogólną niechęć do nadmiernego wysiłku. znaczy, że zadziałać można tylko manipulując żarciem. i to też mi idzie jakby po wuju, bo orzechy, pomimo tego, że zdrowe, to jednak w ilości 200 gramów dziennie, to jakby za dużo. a szkoda, bo dobre w chuj. jutro będę musiał się udać do marksa sprawdzić, czy tam jakiej zieleniny obiadowej nie dają. bo praca na cv1 ma ten minus, że wokół greggsy i cała reszta tego chujstwa z niezwykle smacznym, ale raczej nie zdrowym żarciem. no i to tyle z odcinka walki o wiosenny look.

znalazłem sobie nową barbarę. co prawda mocą ona nie grzeszy, ale ja też nie zamierzam wyjebać nie wiadomo ile na nowy sprzęt. poza tym jest ładna, slim (nie to co ja), ma 14 cali i jestem acerem. co prawda za rogiem czai się jeszcze lenovo z lepszą baterią, ale słabszym procesorem.

odnośnie zakupów (znaczy w sumie bardziej karty płatniczej), to założyłem sobie konto w barcalys'ie w sobotę. przy czym akurat mój udział jakby słaby był, bo w piątek z Szanowną Współlokatorką się nałupaliśmy wódą (niestety smirnoff) i sobotni poranek był trudny. 4 alka seltzery, helikopter we łbie i mocne postanowienie, że już w życiu smirnoffa nie ruszę. no ale że appointment był, to się zatarabaniłem jakoś do tego banku i sobie pokonwersowałem z panią prawie dwie godziny.
sama zaś idea nowego konta to wynik dalece chujowego poziomu customer service w lloyds'ie. bo tak - za każdym razem, kiedym to się za granicę udawał trzeba mi było do banku iść, żeby mi kartę na tę okoliczność transakcji poza UK odblokowali. i za każdym razem jakaś pokraka tę kartę do łapy brała i jej numer wbijała w system. szkoda tylko, że dopiero przed ostatnim tripem do PL miła pani powiedziała, że tą kartą to ja se mogę w zębie podłubać, bo to cash account i w życiu za granicą mi bankomat kasy nie wypluje. i tak to o. zapytałem więc, czy mogę sobie konto upgrade'ować do jakiegoś cywilizowanego. a w odpowiedzi usłyszałem nie, ale może pan zamknąć konto jeśli sobie pan życzy. i chuj. aż z wrażenia nie wiedziałem co powiedzieć. więc zgodnie z radą konto zamknę. co prawda nie już zaraz, ale nie dłużej niż za dwa tygodnie.

we wtorek mam review w robocie. paniki nie ma na tę okazję. ale nie uważam, żeby ono znowu takie konieczne było.

* Pech Jak Chuj

Wednesday

wtf.

w poniedziałek nastał ten dzień, kiedy powiedziałem sobie jasno i wyraźnie, że dość, że koniec i że basta. znaczy koniec stanu galaretowienia i otłuszczania się i że podjąć tu należy działania na froncie podniesienia poziomu prezencji i upgrade'owania ramion i klatki piersiowej z poziomu "wychudzony 12latek" do poziomu bardziej odpowiedniego. no i znalazł żem ja w internetach kilka koncepcji ćwiczeń, wybrał żem jedną i zaczał żem. że tak powiem, efekt mnie nie do końca uraczył, bo okazało się, że coś co kiedyś było moją kondycją (wiem, nigdy szału to nie robiło, ale jednak było), teraz jest ... hmm... w sumie to tego nie ma. bo kto to kurwa widział, żeby 10 pompek robić seriami., znaczy po dwie, bo inaczej się łapy rozjeżdżały i całość wyglądała żenująco delikatnie ujmując. motywacja jakby mi przez to spadłai rozważam powrót do otłuszczania, ewentualnie zastopowanie go nieżarciem. ale jeszcze nie wiem.

ponadto już minął trzeci dzień w nowym zakładzie pracy. zakład ten ma parę plusów, że blisko, ładne biuro i ogólnie miła atmosfera oraz jeden minus, czyli że w sumie nie wiem, za bardzo co tam robię, bo na razie jakby się nic nie działo. no ale sobie siedzę, płacą i jest sympatycznie. nie wiem tylko ile ów stan potrwa.
dziś nawet jadę do northamptonowa żeby kogoś tam z firmy w jakimś celu poznać, żeby ona mi coś tam wytłumaczyła. jak mawia posłanka kruk - cośtam, cośtam.

oczywiście jestem już na etapie planowania kolejnych ekskursji. w kwietnia PL, bo trzeba dowód odebrać, w czerwcu można by jaką sofię czy inne sarajevo jebnąć i może, o ile posiadać będę stosowny piniążek, to i się jesienią zobaczy, jak klony liście gubią w kanadzie. a że stosowny piniążek się mnie nie trzyma, to chuja zobaczę, a nie kanadę (a i szanse na chuja wysokie nie są).

i to było na tyle obecnie. stay tuned.

UPDATE
przypomniała się mnie historyjka z GDN. biegnę ja se niczem ta sarna przez polaną (do paśnika) po galerii bałtyckiej, a tu niespodzianie (niczem myśliwy zza kniei) wyskakuje panienka, co sie zajmowała wciskaniem kart kredytowych. i panienka ta dopada mnie i takie oto zadaje pytanie: Czy mieszka Pan w  Polsce? i teraz zagwozdka, czy spodnie czerwone, co je miał na sobie ja, wskazują na innostranność, czy też może to takie standardowe pytanie na początek było...