Przyznac nalezy, iz poletko blogowe mocno zaniedbalem ostatnio. Ale jakos weny nie mialem. A pozniej checi. Nastepnie opuscily mnie po kolei zapal, chec i wizja. Ale wrocily. Znaczy juz wczoraj, ale jakos chec byla oslabiona i nic z pisania nie wyszlo.
Zaczynajac od Nowego Roku. Znaczy imprezy, co to polegala na spedzaniu czasu z dwiema paniami o orientacji innej i Lionem. Kici-kici. Bylo milo, o rysunkach sie mowilo i nawet nie tak znowu duzo pilo. Znaczy 1/01 bylem w niezlej kondycji. Na tyle niezlej, ze poczulem bol egzystnecji, ze tu prosze panstwa 1/01, a ja nie mam zadnego lotu jeszcze na ten rok. I zaczalem gmerac. I szukac. I kombinowac. I znalazlem w miare okazyjny Turyn. 28/03 lece tam. Po co? Nie wiem za bardzo.
Pozniej bylo juz mniej fajnie, bo trzeba bylo wrocic do pracy, gdzie permanentnie cisnienie mi podnosza. I tak podniesli, ze 9/01 dostali moje wypowiedzenie. Zostaly mi wiec jeszcze 3 tygodnie tutaj. 3 tygodnie polegajace na robieniu nic (prawie) i byciu za to oplacanym. Deal of the month. Troche mnie tylko szukanie nowej roboty irytuje, bo idzie kiepsko. Ale moze nastapi progres. Oby.
I na koniec Lapki hoch! Wczoraj, w ramach zabaw okoloprzedwstepnych, powiedzialem Lionowi, zeby podniosl lapki do gory, gdyz chcialem go koszulki pozbawic. I powiedzialem po polsku, zeby lapki podniosl. A on na to: Lapki hoch? Przyznaje, byla chwilowa przerwa. Musialem sie uspokoic.