Sunday

pomieszanie chuja z palcem




u gory kartka od moich szefowych. tej direct, i tej regionalnej. do kompletu byla dorzucona litrowa flacha smirnoffa, co podnioslo walor calego przedsiewziecia. z drugiej strony smirnoff to dalece kacorodne ustrojstwo, wiec walor jakby opadl. pewnym jednak jest, ze flache i tak sie ojebie.

a w sumie do ojebania flach powod jest. robota sie nazywa, a sluzbowy telefon to najwieksze przeklenstwo jakie czlowieka dopasc moze. bo skazuje ono na prace ciagla. nawet sie spokojnie nalupac nie mozna, bo cholera wie, kto zadzwoni, po co i z czym.
poza tym pracuje w warunkach dalece seksulanych, ze tak to ujme. bo wszyscy mnie ruchaja. i firma, w ktorej pracuje, i klient, u ktorego stacjonuje, i wesole misie, ktore pracuja dla mnie. chyba nawet w burdelach o sporej mocy przerobowej takiego rzniecia nie ma.

za miesiac zas sie bede chillowac, zen lapac i ogarniac towarzysko. poniewaz ma strona na miles and more (obecnie w kolorze srebrnym) wygladala jakos tak smutno bez zadnego bookingu, to zem klepl PL. bo w sumie poswiatecznie tak by trzeba bylo wjechac, pospotykac sie, pochlac etc etc. i we zwiazku z tym 22.01 laduje w KTW. 31.01 wylatuje z GDN. bedzie zacnie nadzieje mam.

a jutro, wigilijnie, na 8 rano. bo trza payroll naprostowac.

Monday

umeczon pod payrollem

odlatuje powoli, ale czas nadrobic zaleglosci.

bylem w AMS. chlopy przystojne, hotele chujowe, drinki w cenach powyzej sredniej, ale niehc im bedzie, bo panowie na barze urodni.

mam frequenta. status silver, ale nei od razu sie HONa zdobywa. wszystko przede mna, ale kurs mam obrany.

w robocie audyt. w styczniu co prawda, ale juz mozna zaczac panikowac.

w styczniu rowniez PL. miedzy 22, a 31. grafik juz prawie zorganizowany.

czas spac. odsypiac weekend i reszte jubla.

telegram

praca po 10 godzin dziennie mi nie sluzy. niby powinien z tego jaki profit byc na koncie, ale tez nie bardzo go dostrzegam. poza tym mam pojebana regional manager i nie widze naszej wspolpracy w dluzszej perspektywie. zdecydowanie nie.

w PL troche za krotko. extra dzien w WAW by mnie uraczyl znaczaco. bede musial wziac to pod uwage planujac kolejna ekskursje. w lutym.

nowy telefon mnie raczy. ladny, poreczny i nie tak tandetny jak htc. co nokia, to nokia.

nadal nie mam noclegu w AMS. skonczy sie chyba na hotelu przy lotnisku, bo ceny w miescie dalece skurwiale, a jakosc w przybytkach w zaden sposob z kosztem niekorelujaca.

padam na ryj, a to dopiero poniedzialek.

Sunday

na chwałę imperium

więc zmieniłem miejsce pracy. po raz kolejny. tym razem taki ni to upgrade, ni downgrade, bo z admina wskoczyłem na recruitment consultant, ale z CV1 spadłem do CV21, czyli +1 godzina na dojazd do roboty i -160 GBP z uwagi na koszty dojazdu.

a w tejże robocie śmierdzi jublem, wkurwami i poniekąd obornikiem. bo niestety posiadam ja telefon służbowy i niemniej służbowy laptop, co powoduje, że mogę pracować wszędzie i zawsze, co już zostało mi udowodnione w ten weekend. w sumie to powinienem właśnie zapoznawać się z formularzami i innymi kwitami, ale już mi się oczy kleją i mózg odmawia kooperacji.

w czwartek wieczorem departure na DUS, co mnie raczy dalece, gdyż bardzo pragnę powrócić choć na weekend, gdzie ludzie nie wyglądają jak skrzyżowanie gnoma z morświnem. co prawda plan wizyty napięty, ale kogóż to jeszcze dziwi. chyba tylko mnie.

AMS przybookowany na grudzień okazał się być dalece chujową ideą, gdyż zasób noclegowy tam chujowy, drogi i ludzie często piszą, że śmierdzi do kompletu. mogłem klepnąć MXP.

a na to wszystko mam czarną dziurę. na koncie. bo niby piniędzy zarabiam, ale wcale tego nie widać. wcale a wcale. pewną przyczyną co prawda może być kupno biletów do ww. AMS i zanabycie nowego telefonu, ale nie jestem pewien.

Friday

Gwoli ścisłości

Uprzejmie informuję, iż w korespondencji pisanej, jak i w komunikacji werbalnej, zwracać się do mnie można Wielce Szanowny Panie Account Managerze.

A zawistnym kurwom i podstępnym chujom życzę na tę okazję miłej konsupmcji gruzu (polecam beton zbrojony) i asfaltu (ten płynny ma niesamowity walor).


grupa mocy

dzis byl ostatni dzien mojego assignmentu w agnecji. z jednej strony w kurwe nudny (kto to widzial, zebym dzwonil po firmach i pytal o kontakty do hejdz-arow), a z drugiej zajebiscie fajny, bo mam swiadomosc, ze nie zjebalem tych 6 tygodni i ze nadzieje we mnie pokladane zostaly spelnione. ze sobie poradzilem i  bylem ok. choc, nie ma co ukrywac, byly momenty trudne i spinajace. ostatecznie jednak pan manager powiedzial, ze da mi najbardziej chujowe, jak tylko mozna, wiec w niego wierze.

w piatek najprawdopodobniej mam interview. sie okaze.

poza tym mam zajebisty homor. i nawet niepewna sytuacja zawodowa mnie zupelnie nie stresuje.

a za 22 dni WAW. czekam.

Monday

Wiesz co z toba jest nie tak, Panno Kimkolwiek Jestes? Jestes tchórzem. Nie masz odwagi. Boisz sie powiedziec "OK, zycie jest jakie jest". Ludzie sie zakochuja, naleza do siebie, bo to jedyna mozliwosc, zeby byc szczesliwym. Nazywasz siebie wolnym duchem, dzikim stworzeniem, przeraza cie to, ze ktos wsadzi cie do klatki. Ty juz jestes w tej klatce. Sama ja zbudowalas. I nie jest ograniczona przez Tulip, Teksas czy inne miejsce. Jest wszedzie tam gdzie ty. Bo niewazne gdzie pobiegniesz, skonczysz w tym samym miejscu.
Cytat ze Sniadania u Tiffany'ego

Tuesday

strzykajac jadem i plujac zolcia

wyspa jebiaca kiszonym sledziem doczekala sie kolejnego okreslenia. mianowicie jest to III swiat. i niestety nie jest to okreslenie moje, a pewnej lasi z kraju hitlerowcow, co jej przyszlo pol roku w manchesterze spedzic. i nie sposob sie z owa dama nie zgodzic.
bo tak:
- brudno (powiedzmy ze COV reprezentuje poziom gdzies miedzy Kairem a Kalkuta),
- narod wyjatkowo prosty (nie wiem, skad sie wzielo przeswiadczenie, ze angole tacy posh, z manierami i w ogole),
- narod bez gustu (dzis natknalem sie na podpasionego lokalnego tucznika z obsiurpanymi tipsami z logo Chanel),
- narod nieurodny (motyw wielokrotnie walkowany),
- chujowosc klimatyczna porownywalna z chujowowscia ogolna,
- i tak dalej.

oczywiscie nie odkrylem tych rzeczy wczoraj ani dzis, ale coraz bardziej mnie one irytuja. zeby nie powiedziec, ze do ciezkiej kurwicy doprowadzaja. a jak jeszcze ludnosc tutejsza zacznie sie produkowac, umiejetnie szczuta przez rzad, w kwestii EU to mnie chuj strzela. okreslenie tego mianem "nie znam sie, to sie wypowiem", to zdecydowanie delikatne okreslenie. skoro sie chujom tak unia nie podoba, to niech zrobia z niej wymarsz, zyja w przeswiadczeniu o wlasnej mocarstwowosci i wspanialosci. ciekawe, kiedy ich to po kieszeni uderzy. dodatkowo zamiast sily roboczej ze wschodu Europy polecam sprowadzic sobie jeszcze wiecej Pakistanu, Nigerii i Kamerunu. na pewno bedzie im lepiej.

do kompletu porzygam sobie jeszcze na misia, co to juz nawet konsumpcja byla i wydawal sie sensowny,lecz jednakowoz okazal sie byc ostatnia cipa. bo, uwaga!, opcja "friends with benefits" jest zobowiazujaca. zastanawialem sie do czego opcja ta zobowiazuje, jednakowoz wykoncypowac sie mnie nie udalo i zyje w takiej bolesnej nieswiadomosci.

prawdopodobnie na cos jeszcze chcialem ponarzekac, ale zapomnialem.

Sunday

wracam do formy

mozna powiedziec, ze po roku w tym parchatym kraju zaczynam zyc. co prawda nie jest to jeszcze level poznanski, ale jestem na dobrej drodze. o ile jutro nie okaze sie, ze opcja pod haslem "sypiajmy ze soba, ale nie robmy z tego cyrku z cyklu "milosc, wiernosc i inne braterstwa" nie jest akceptowna przez druga strone. najwyzej trzeba bedzie mnie w dyskusji argumenta jakos inaczej rozlozyc.

ponadto korzystajac z zajmowanego obecnie stanowiska zaczalem se kontakta wyrabiac po innych agencjach. i w takiej jednej juz moje zacne CV sie juz znajduje. i zostało przekazane panu branch menagerowi. co z tego wyjdzie, to sie zobaczy, ale działam.

trip "PL na 6 lotow" klepniety juz calosci, wczoraj udało sie mnie po dwoch godzinach dumania wybrac hotel we warsiawie. pozostalo jedynie umowienie sie z paxami w GW.

a tymczasem wracam do gmerania na monsterze. trza CV zapedjtowac.

Monday

jeszcze jeden i jeszcze raz

w nie do konca jasnych okolicznosciach doszlo do tego, ze wlasnie dzis strzelil rok, jak zem zladowal na wyspie sledzia i innych kiszonek. 8 pazdziernika roku panskiego 2011 zalecialem tu po raz pierwszy i siedze.
z okazji owej rocznicy mialem wyjatkowo chujowy dzien - strzelajacy z pizdy telefon (pizde telefon ma tam, gdzie sie karte pamieci wklada), ujebanie sie pasta, zalanie sie kawa, przejeb w robocie, spierdolenie torby i zajebiste obtarcie stop przez nowe buty.
na plus zaliczyc mozna fakt iz strawberry.net sie ogarlo w koncu i po 6 tygodniach zwrocilo mnie vat za perfume.

w czwartek randka numer 2. jaram sie.

dawno sie tak nie uraczylem.

fajne chlopaki

Friday

obrazek dnia.

Bluntcard.com

że szał.

proszę państwa, muszę obwieścić, że po raz pierwszy od roku (tak kurwa, roku) całowałem się z facetem. nie że ogólnie, ale że na wyspie tej parchatej. nawinął się taki jeden misiu całkiem tego i tamtego i będziem hulać. będziem nawet bardzo hulać. mam nadzieję oczywista.

ponadto okazało się, że wcale nie pracuje w recruitment agency, ale w szpitalu dla takich, co mają z garem. dziś laski się masowały na ten przykład. a dwa dni temu było przymierzanie kiecek. i miliard innych rzeczy, które mnie rozpierdalają we wsie strony. po prostu burdel aż miło. szkoda tylko, że dodatku nie mam za szkodliwe.

otrzymałem dziś również paczusię. po 10 dniach dodam. przyszły ku mnie chinosy i merynos. bardzo ladne i zacne. jutro zaś się udaję na łowy do tkmaxxa co by odpowiedniego papcia zanabyć, by jeszcze lepiej się we biurze prezentować. bo wiadomo lans, szanse etc etc.

na koniec zaś dodać należy, iż waga mi chuj wie czemu spadła do 68 kilo i wyglądam fuckin' awesome. nic, tylko się ze mną ruchać. 

po reklamie.

Sunday

sylwester z jedynka

moje zycie jest so fuckin' exiting. jak emeryt jakis w lesnej gluszy. i nie bede ukrywac, jakos nie mam ochoty na razie tego zmieniac. bo sie przynajmniej skupic moge w pelni na prokrastynacji i rozrywkach na poziomie dna, typu facebook i inne pudelki. oraz praniu, sprzataniu i gotowaniu.

poza tym trzeba mnie znalezc jaki bilet na samolot na listopad i zapoznac sie blizej z oferta hotelowa stolicy, bo czuje ze to bedzie moja nowa, czesta destynacja. bo wiadomo.

ponadto swiat jest pelen idiotow, a ja urodzilem sie pare lat za pozno.

Wednesday

Bo ci sprawdze referencje!

Wiec siedze pod krawatem, we koszuli i generalnie w opcji business outfit. I dzwonie, mailuje i piane z pyska tocze. Bo tak psze panstwa prezentuje sie moje obecne zajecie - Pan Lukasz siedzi se w agencji rekrutacyjnej i ma misje, z gatunku tych jakby samobojczych i na marsa, polegajaca na weryfikacji informacji zawartych w formularzach rejestracyjnych. A jest to tym bardziej chujowe, ze generalnie wszyscy maja lache wylozona i "yes, of course, we will email/fax/srax/chujax it to you", po czym ja chuja mam, a nie potwierdzenie referencji i musze znowu dzwonic i sie produkowac jak ta pizda. Z drugiej strony o tyle fajnie, ze wiadomo, ze to chujowa robota i w sumie jak mi nie wyjdzie, to mnie nikt nie zajebie (byleby widac bylo, ze cos w danym przypadku robilem) i zle nie placa. wiec dzialam.

i to w sumie tyle. czyli nic.

Thursday

It's time

Wczoraj przeczytałem Upiory Jo Nesbo i była to chyba jedna z najsmutniejszych książek, jakie mnie w ręce wpadły. Nesbo jak zwykle poprowadził fabułę świetnie, popisał się kunsztem i talentem, ale gdybym wcześniej wiedział, że to koniec serii z Harrym Hole może nie zabrałbym się do tej książki tak szybko.
Istnieje obawa, że to poniekąd koniec mojej przygody ze skandynawskimi krymiałami. Bo raz, że czuję pewien przesyt, dwa, że wszyskie co ciekawsze książki mam przeczytane, a trzy, że czas na coś nowego - w moim wypadku będzie to literatura iberyjska, którą przywiozłem z PL.

Poza tym to nie jedyny koniec, jaki ma/będzie miał koniec. Bo trzeba się też wziąć za uporządkowanie pewnych kwestii personalnych. Akurat ostatni tour de pologne był dobrą okazją do wysondowania co i jak.

No i generalnie czas spiąć dupę i zabrać się za to, co ważne i sensowne. Przede wszystkim czas ożywić Your Next Trip.

Monday

Wracamy do rzeczywistosci

Wywczas sie zakonczyl, czas wracac do codziennosci. Nad czym bardzo boleje co oczywista, choc akurat moja watroba ma inne zdanie na ten temat, bo ekscesów alkoholowych bylo sporo i tylko w sumie jeden wieczór bylem trzezwy.

Wywczas przyniósl mi koncepcje zalozenia firmy. Bo skoro nie moge znalezc sobie pracy, która mnie raczy, moze nalezy sobie te prace stworzyc? Poniewaz na wielu rzeczach sie nie znam, uznalem, ze najlepszy pomysl to pójscie w strone bookingów i takich tailored tripów. Pytanie tylko, czy znajda sie chetni by za takowa usluge zaplacic? Ale koncepcja jest, bedziemy dumac dalej.

Poza tym jubla emocjonalnego ciag dalszy i istnieje powazna obawa, ze szybko sie to nie skonczy. Kurwa.

Przydaloby mi sie wejsc w posiadanie paru milionów funtów. Tak z 5 by mnie uraczylo i zdecydowanie pozytywnie wplynelo na moje zycie. Naprawde.

Saturday

Przejebane jak w ruskim czolgu

PL jest wykanczajaca, ale jednak mniej niz UK. I musze, nawet nie ze chce, ale musze z tej wyspy spierdolic. Bo mnie dobija siedzenie tam.
Do kompletu mam jubel emocjonalny prima sort, z ktorym nie bardzo wiem, co zrobic.

Historia pewnej wycieczki

Element, o który najbardziej się obawiałem, czyli autobus linii 900 kursujący na lotnisko w Birmingham przyjechał w piątek o czasie. I chyba była to jedna z niewielu sytuacji, kiedy wszystko poszło zgodnie z planem w czasie mej radosnej wycieczki do Gorzowa, przez Brukselę i Berlin.

O godzinie 5:01 ustawiłem się w kolejce do check-inu, by zdobyć karty pokładowe na lot via Bruselę, na który to lot przebookowałem się dzień wcześniej. Po jakichś dziesięciu minutach stanąłem face-to-face z osobnikiem, który na owym check-inie, dodam że premium) urzędował. Kiedy podałem mu paszport i po 2 minutach nie uzyskałem kart, a Zofia tagu jasnym stało się, że coś nie hula. Moje przypuszczenia dodatkowo potęgował fakt, że u Pana-Checin w oczach pojawił się jeden wielki napis "fatal error" i klikał on nerwowo w klawiatuę, co jednak nie przyniosło żadnych efektów. Pan ów po kolejnych 5 minutach poinformował mnie, że mój etix number trochę nie działa i miłoby było gdybym udał się do Brussels Airlines desk celem uzyskania owego numeru. Udawszy się tam okazało, że to ciekawszy event jest, gdyż pierwszym pytaniem pani z SN* było co ja właściwie robię na lotnisku i czemu chcę się czekować na samolot do Brukseli? Wytłumaczywszy, że dzień wcześniej się przebookowałem na ów lot do BRU pani wykazała dość spore zaskoczenie, gdyż według posiadanych przezeń informacji wynika jasno, że ja się udaję do MUC zgodnie z planem pierwotnym. Pokazawszy pani mail z LH z rezerwacją i kodem na SN nastąpiła dalsza konfuzja i nerwowe klikanie po raz drugi. Po 10 minutach, 3 telefonach i 5 uśmiechach podszytych stresem drukarka wypluła kartkę z nowymi numerami etixów, w związku z czym ponownie udałem się do stanowiska odprawy. A tam, u tego samego pana, ponownie pojawił się fatal error. Bo numery jednak nie działały. Po kilku próbach spytał ów kolegi ze stanowiska obok, co teraz należy poczynić. Ten powiedział mu coś o wprowadzaniu osobnym czy czymś tam, co jednak okaząło się być skutecznym rozwiązaniem, bo karty się wypluły. Pan jeszcze tylko spojrzał na mój paszport i ponownie postanowił się konsultować z panem obok. Otóż zapytał on, a było to pytanie tygodnia, uwaga: This passenger is flying to Berlin and he is Polish. Does he need a visa? W tym momencie umarłem, zachciało mi się jeszcze bardziej palić i ujrzałem gwiazdy. Zgarnąłem więc szybko karty, paszport i biegiem udałem się przed terminal. Spaliwszy, szybkim krokiem pomaszerowałem do security control, gdzie oczom mem ukazały się tłumy przypominające statystów do bitwy pod Grunwaldem, tyle że bez broni, koni i całego tego jubla. Ujrzawszy ich miałem już wizję, że utknę na wieki w tej kolejce i do dupy polecę, by gówno obejrzeć. Okazało się jednak, ze te economy premium flex+ co je miałem, upoważniało mnie do fast lane do kontroli, co w pewien sposób skróciło czas tego cyrku. W pewien, gdyż dostęp do tej kolejki postanowiło również wykupić pół samolotu Thomasa Cooka do jakiejś egzotycznej wsi. A wiadomo, jak to z bydłem czarterowym - ogarnięcie na poziomie mało ogarniętego pasterza krów, oczywiście nie umniejszającym tamtym, czyli litry płynów, pilniki i inne mało dopuszczalne cuda w torebkach. Mnie zaś spotkało nawet wyróżnienie, czyli zostałem wymacany, bo dostałem czerwone światło na bramce. Gdyby pominąć okoliczności było nawet i przyjemnie.

Będąc już w departure area udałem się na poszukiwania gate'a 62, który okazał się być Wilczym Szańcem II, gdzieś na 5 poziomie piwnic za 568 zakrętem. Ale dotarłem i nawet się priorytetowo zboardowałem. Co prawda aż do autobusu, bo uznano, że spacer mógłby nam zaszkodzić i że lepiej nas zawieźć pod drzwi kukuryźnika. Więc wsiadłem i czekam na odjazd. Po 5 minutach nic, bo boarding trwa. Po 10 kolejnych minutach sytuacja się nie zmieniła. A dodam, że kukuryźnik to nie Airbus 380 i całej wsi z dobytkiem nie da się tam spakować. Finalnie, po 30 minutach bus ruszył z kopyta po płycie lotniska, dzięki czemu udało się nam wylecieć z opóźnieniem raptem 15 minut, przy czym byłem im to w stanie wybaczyć, bo Flybe serwis on board ma bardzo dobry, zawsze mili, uśmiechnięci i ogólnie kultura.

Lądowanie w Brukseli on time nawet. Co prawda zaraz później okazało się, że autobus co stoi pod samolotem nie czeka wcale na nas, więc my musimy poczekać na nowy. 10 minutek. A na przesiadkę miałem mieć minutek 55. Więc trochę wkurw, ale czekamy. Wtarabaniwszy się już do budynku brukselskiego lotniska chciałem biec zapalić do strefy non Schengen, która jak myślałem, będzie dla mnie dostępna, gdyż przyleciałem z UK. Niestety, okazało się, ze a i owszem, przypalić peta mogę, ale kiedy uprzednio przejdę security i passport controls. Więc se nie popaliłem. Pobieżyłem za to w kierunku swego gate'a, co wymagało sforsowania 3 par schodów, 3 taśm po których się idzie i security. Dodam, że na jednej z takich taśm miałem przyjemność wytłumaczyć w sposób poniekąd dosadny parze młodych Brytoli, że na taśmie owej nie chodzi się trzymając za rączki i blokując przejście, tylko trzymać się należy strony prawej. A jak chcą się migdalić, to proszę bardzo, ale obok, idąc normalnym chodnikiem. Rzuciłem też swojską kurwą na koniec, bo mnie zen drastycznie opadł. Odbywszy security trzeba było biec szukać gate'u. A wiadomo, że w BRU łatwo nie jest i w cenie jest własna kreatywność i umiejętność znalezienia własnej drogi. Coś prawie jak w życiu. We BRU jest jebitny znak po wejściu do terminalu A od strony non-Schengen, że gate'y do 39 są na lewo, a i inne na prawo, przy czym nie napisano dokładnie gdzie na prawo, więc trzeba trochę iść, a po drodze nie ma żadnych znaków motywujących i wskazujących, że obrana droga jest właściwą. Też coś jak w życiu. W końcu znalazłem się pod gate'em, gdzie tłumek spory już czekał. A wśród niego młody Niemiec, który na swym Macbooku chwalił się zdjęciami z jakiejś biednej afrykańskiej wioski swej koleżance, która z wrażenia aż chciała zdjątka na jej Ipada w modnym case'ie. Takie trochę zderzenia miałem - biedna Afryka, bogata Europa, pojechali, foty pocykali, są bardzo offowi, ale poza zdjęciami zrobili nic. Ja przynajmniej nawet zdjęć nie cykam. No ale pies ich drapał czy innien afrykański kot, bo zaczął się boarding i w sumie tyle z lotu pamiętam, że obudziłem się nad Berlę.

A w Berlę, na światym lotnisku Tegel, które powinno się nazywać Kurnik Internaszynal in Berlę, zamiast podpiąć nas pod rękaw uznano, że większy fun będzie, kiedy zapewni się nam wycieczkę busem po płycie i zwiedzanie wszystkich tamtejszych kątów. Po 10 minutach zwiedzanie jednak zakończono i wypakowao pasażerów pod drzwiami terminalu, co by się udali oni bagaż odebrać. Po kolejnych 15 minutach pierwsze walizki zaczęły wesoło kursować po karuzeli. Następne 10 minut nie przyniosło zaś pojawienia się Zofii**. Kolejne 15 też nie. A po w sumie 35 minutach ujrzałem na wyświetlaczu komunikat, że wszystko z Brukseli już wyrzucono i można iść do domu. Oznaczało to tyle, że Zofia została zagubiona. Te skurwiałe patafiany z SN zagubiły mi Zofię. Uznałem, że bez peta to nawet nie idę nawet tego zgłaszać, bo primo, że mogę pozabijać z radości, a secundo, że ni chuja nie wiedziałem, gdzie owego claim'a zrobić, więc trzeba było informacji zasięgnąć uprzednio. I tym samym samą informację namierzyć. Zlokalizowawszy ją dowiedziałem się, że punkt zgłaszania podobnych przypadków znajduje się przy wyjściu numer 12, czyli z drugiej mańki lotniska. Uradowawszy się niczym dziewica pierwszym wsadem pobieżyłem niczem jeleń po tym lesie czy innej polanie reklamację składać. Nie muszę chyba dodawać, że nie byłem jedynym, który owego chciał dokonać, więc musiałem swoje w kolejce odstać. Raptem 10 minut. I już mi to w sumie dyndało koło lewego jądra. Kiedy już przyszła moja kolej na opowiadanie o Zofii pojawił się problem. Poważny bardzo, jak się później okazało, ale nie ma co wydarzeń uprzedzać. Otóż koniecznym było podanie adresu, gdzie Zofię dostarczyć. A ja jak wiadomo na urlop mobilny się udałem, więc lokalizacji trochę dużo. Ale uznałem, że Zosia szybko do mnie wróci, więc podałem adres gorzowski. Poczyniwszy wszystko teleportowałem się na Dworzec Lichtenberg, by tam zetknąć się ze słowiańską bracią w dyliżansie do Kostrzyna. A później Gorzowa.

W dyliżansie owym do miasta docelowego mnie wiozącym zacząłem również dokładniej organizować kwestię Zofii. Pani z Berlę podała mnie numer do biura lost and found w POZ, gdzie zadzwoniłem i okazało się, że w sumie to oni mają 24 godziny na dostarczenie walizki od momentu jej przylotu. Czyli, że do niedzieli w sumie 8:55, gdyż Zofia została nadana miała być kolejnym samolotem do Berlę, by z Berlę LOTem do WAW, by tam ją nadac do POZ. Nie powiem, info mnie nie ucieszyło, więc zapytałem o możliwość odebrania Zofii w WAW przez osobę trzecią. Pani powiedziała, że ogólnie spoko, tylko ma być upoważnienie i będzie bosko. Podobno. Zadzwoniłem więc do osoby tzreciej, która zgodziła się na taki deal i nawet konieczność fałszowania mego oświadczenia woli o odebraniu Zofii jej nie przeszkadzało. I w sumie tylko jej, gdyż po kolejnym telefonie do POZ okazało się, że w POZ to nie może i pomoć i dostałem dwa numery do WAW, gdzie mam zadzwonić bo oni pomogą. Chuja pomogli, ale o tym zaraz. Bo okazało się, że obu numerów nikt nie odbiera. Nawet kiedy dzwoni się ciągiem przez 2 ponad godziny. Nikt. W końcu, w akcie wkurwienia odpaliłem stronę Chopin Airport i tam znalazłem numer numer 3. Tam nawet ktoś odebrał, ale miła pani po drugiej stronie linii powiedziała, że ona, a i owszem, lost and found, ale fanty typu telefony i okulary znalezione na pokładzie. Ale nie mam się co martwić, bo ona mi poda inny numer do tych od bagażu. Dodam, że też nikt przez 40 minut nie odbierał. Kiedy wkurw osiągnął zenit postanowiłem zadzwonić na ogólną informację Chopina, a tam świergocząca pani powiedziała, że w sumie to oni są po przeprowadzce i mają nowe numery. Bardzo inne numery, które mi podała. Tam bez problemu się dodzwoniłem. I znowu wkurwiłem. Gdyż pan buc do którego się dodzwoniłem, powiedział, że oni mi tej walizki nie zatrzymają w WAW i że mogę sobie tylko do Berlę dzwonić, i że generalnie po chuj dzwonię. Podziękowałem więc grzecznie za rozmowę, pograulowałem niezwykłych customer skills i życzyłem miłego wieczoru, a w rewanżu usłyszałem tylko jebnięcie słuchawką. Ot, kultura. Zadzwoniłem więc do Berlę, wyjaśniłem sprawę, a pani mnie, przepraszając i jeszcze raz przepraszając, powiedziała, że sprawa w systemie zamknięta, walizka nadana i niestety oni już nie mogą, ale żebym do WAW dzwonił, oni mogą mi pomóc. Kiedym streścił rozmowę z WAW pani po raz kolejny przeprosiła i powiedziała, że walizka już otagowana i Zofia jest on her way to WAW. No chuj pomyślałem i zdzwoniłem po raz kolejny do POZ informując, że sam odbiorę Zofię. I po raz kolejny mały stres, bo pani w zamian za podanie jej nowych numerów do WAW, sprzedała mi newsa, że lepiej gdybym jeszcze potwierdził kolejnego dnia, czy Zofia dotarła, bo gdyż może ona:
- zniknąć na sortownii,
- ktoś ją przeoczy,
- ktoś jej nie wsadzi do samolotu,
- samolot przekierują,
- wyślą ją do Rzeszowa, bo ktoś źle tag zczyta.
Uarczywszy się dalece tymi sympatycznymi informacjami postanowiłem już nie myśleć o tym, co może się stać.

Dziś udałem się do POZ Zofię zgarnąć. Pobiegłem radośnie do nowego terminala, gdzie arrivale są ulokowane, a tam pustka. I info, że lost nad found są wciąż na starym terminalu, czyi departure'ach. Co w końcu logiczne, czyż nie? Udało się mnie jednakowoż tam dotargać i bez problemu Zofię w stanie nienaruszonym odebrać.

Na koniec zaś wkurwiło mnie poznańskie MPK, bo przystanek odjazdu busów do miasta jest przy arrivale'ach, ale informacja o tym raczej biedna i ciężko ją znaleźć. Więc kolejne 500 metrów zapierdalania zupełnie w gratisie.

Żeby zaś uzupełnić opis mego szczęścia i niesamowitego farta dodam, iż zablokowałem kartę kredytową. Bo zapomniałem PINu, a w związku z zagubieniem bagażu i posiadaniem wszystkich ważnych fantów weń musiałem owe fanty nabyć ponownie, co skutkowało wycieczką do szacownego centrum handlowego Nova Park w Gorzowie Wielkopolskim. Na szczęście dziś udało mi się ów PIn przypomnieć, a miła pani z infolinii ING powiedziała, że oni kredytówek permanentnie nie blokują, tylko do 22:00, więc mam po 3 próby każdego dnia.

A teraz z Zofią jedziemy śmierdzącym InterRegio Portowiec do Warszawy, by raczyć się rieslingami. Przewozy Regionalne były nawet tak miłe, że w trosce o me nogi i ogólne bycie fit, zapewniły mi miejsce stojące na odcinku POZ - Konin. Czyż to nie wspaniały gest?

* kod Brussels Airlines
* moja piękna czerwona walizka

Thursday

Poradnik praktyczny - jak planować zdradę.

Zdarza się czasem, iż człowiek nieusatysfakcjonowanym czuje się we związku swem, w związku z czym przychodzi na myśl idea małego skoku w bok. Czasem idea ta ma źródło w jakichś ekscesach, co to one miejsce w przeszłości miały i pomimo uzwiązkowienia człowiek chciałby je kontynuować. Wiadomo, dobry seks raczej się samopas drogą nie szwęda, a jak się już takowy ma, to pilnować trzeba go jak oka w głowie, co by w siną dal nie spierdolił.
Podchodząc do tematu od strony praktycznej o paru rzeczach pamiętać należy.
Po pierwsze primo zabawa w one night standy jest rozwiązaniem słabym. Ja wiem, że niektórych kręci i oszałamia ta potencjalna mnogość doznań, rożnorodność i inne pierdoły, ale nie ukrywajmy - jakościowo pożycie będzie słabe. Bo raz, że każdego w łóżku trzeba się uczyć, a dwa, że naród w materii tej często prezentuje poziom żenujący i w szkole czy innym ośrodku edukacyjnym dostałby za swą postawę, wiedzę i umiejętności papcia lepszego niz ja od Cioci Heleny.
Po drugie dobrze, żeby obiekt zdradzany wraz z obiektem zdradzającym nie posiadali wspólnych znajomych. Bo to często tak jest, że coś się bokiem wysypie, ktoś kogoś gdzieś widział i heca typu miałeś być w tesko, a ruchałeś się kuresko gotowa. A to tylko stres, łganie bezczelne i niesmak. Więc nie.
Trzecim punktem jest planowanie. Planować należy bardzo dokładnie, biorąc pod uwagę pierdyliard różnych rzeczy, które się mogą niespodzianie, czem królik z kapelusza, pojawić. Typu strajk LH, pożar lasów na Kamczatce, huragan w Koziej Wólce czy też brak alkoholu w lokalnym monopolu. Należy rozważyć wszystkie opcje, przekalkulować ryzyko i przejść do kolejnego punktu.
Miejsce, czyli numer cztery. Im dalej tym lepiej, im bardziej odludne tym jeszcze lepiej. Mniej potencjalnych znajomych znajomego cioci Krystyny, co ma za długi jęzor i chlapnąć lubi newsem na prawo i lewo. Więc Bory Tucholskie, wyspy wszelakie i inne Puszcze Białowieskie.
Element numer pięć jest cover. Czyli jakiś znajomy/rodzina/obiekt, co to chcemy się doń udać, ale koniecznie bez drugiej półówki. Że niby chcemy troche sami pobyć, życie pokontemplować, wódki się napić. Dobrze, by nasze kochanie miało w tym czasie jakiś ruski cyrk na karku, typu występ mongolskiego chóru kobiet z brodą ujeżdżających jaki. Im poziom ogarnięcia burdelu trudniejszy, tym lepiej.
Ostatni element to wrodzone lub nabyte umiejętności aktorskie. Im wyższe zdolności w kategorii łżenie jak bura suka, tym lepiej. Trzeba być przygotowanym na wszystko.

Na koniec zaś wskazówka najważniejsza - kombinować tak, żeby nie trzeba było zdradzać. Ale to już wyższa szkoła jazdy.

Wednesday

między strajkiem a fryzjerem

czyli przygotowania do wycieczki do PL w pełni. choć jubel przy tym wyjątkowy i nie tylko z mojej winy, bo i UFO swoje 5 eurocentów dołożyło. UFO, czyli związek zawodowy cabin crew, co organizuje w LH strajk w piątek. Jak nietrudno sie domyślić, spowodowało to już odwołanie jednego z moich lotów i ogóle bycie me w dupie. bo tak po prawdzie to nie wiem jak i kiedy Berlę osiągnę. jest niby plan, by próbować się jutro na SN przebookować i via BRU na TXL uderzyć, ale ciężko powiedzieć, co z niego wyjdzie.

do kompletu walizka sama się nie chce spakować, noclegu na sobieszewie nie zaklepałem jeszcze, wszystkich spotkań nie poumawiałem. przy czym raczy mnie, że pogoda na SOP zapowiada się nieźle i będzie można girę i inne członka ku słońcu wystawić.

jutro zaś jeszcze fryzjer, final fight with suitcase i chuj wie co.

urlopy męczą. jeszcze nie wyleciałem, a już mi się nie chce.

update, 6/09/12, 22:25
zrebookowany jestem na świniowóz Brussels Airlines o 6:30. żeby mi się przyjemniej leciało jestem klasa U, co oznacza b. economy flex +, czyli paszę dadzą i mam fast lane do security w BHX. zapowiada sie urocza podróż, o ile 900 mnie dupę na lotnisko zawiezie. nie wiedzieć, a może wiedzieć, czemu jakoś nie wierzę w travel coventry czy jak się ten burdel zwie. po moich doświadczeniach z linią 6 czy też 8 poważnie się obawiam. ale nie chce mi się spędzać trzech godzin na lotnisku, więc nationalem nie jadę. no risk, no fun, jak mawiają górale zza Uralu.

Friday

o abbie, cukrze i lotach

po paru tygoniach badań, obserwacji i analiz doszedłem do wniosku,. iż abba, poza tym, że to klasyk disco, to jeszcze jeden z lepszych podkładów muzycznych pod mycie garów. lepszy nawet niż madonna, bextor i inne zwjozdy. myślę o jebnięciu doktoratu z wpływu muzyki na sprzątanie. jakiego antynobla powinienem za to zgarnąć.

tematem numer dwa jest cukier. konkretnie ów zawarty w produktach spozywczych. z racji wykonywanej pracy napatrzę się ja dżo na etykiety produktów spożywczych konsumowanych w tym śmierdzącym kraju. i taki na ten przykład lucozade, co to niby energii dodaje i w ogóle, zawiera 76% dziennego średniego spożycia w 500 ml. czyli najpopularniejszej butelce. litrowa zawiera tego cukru odpowiednio więcej jak nietrudno się domyślić. enerży drynki to kolejny super wynalazek. zwłaszcza monstery i inne boosty. nie dość, że pleśń na tym rośnie szybciej niż na kanapkach w plecaku w 39 stopniowym upale, to jeszcze wyżerają farbę (taką specjalną, co nam nią na zakładzie ścieżki dla pieszych powyznaczali). nic tylko pić.
o cudownych ciatkach, crispach i innych orzeszkach nawet nie wspominam. nie ma się więc co dziwić, że nacja tutejsza jest fit inaczej. obawiam się, że konsumpcja tego syfu im jakoś geny zjebała i będzie tylko gorzej.

dziś też zarobiłem pierwszy piniądz na działalności w branży lotniczej. tydzień temu jedna z moich współpracowniczek wspomniała, iż na urlop wybiera się syna odwiedzić w jueseju, co skutkuje koniecznością nabycia biletu na jaki dyliżans lotniczy, co było o tyle skomplikowane, że lot w wersji multi-city do jakiejś wsi w pensylwanii. zaproponowałem więc, że mogę poszukać jej owych lotów poszukać, bo lubię, iże no problem. pogmerałem, pokombinowałem i znalazłem. lot nie dość, że w wersji pożądnaej, to jeszcze 50 funia taniej od sztuki, niż cena jaką dali w travel lodge'u. więc dziś otrzymałem równowartość 10% różnicy na biletach dwóch, czyli 10 funiów w formie karty podarunkowej. raz, że się tego nie spodziewałem, a było to miłe, dwa, że jednak mam talent i jest to robota dla mnie. zdecydowanie.

w cyklu meteorologia w domu i zagrodzie - dziś rano było stopni ile? całe kurwa 5. jak żem wyszedł peta przyćmić, to aż mnie pogilgało po plecach z tego ciepła.

Thursday

zostać burdelmamą

mam wielkie szanse sądzę. bo talent do ogarniania burdeli mam niezwykły, a me zdolności organizacyjne i planistyczne są na najwyższym poziomie. właśnie po raz kolejny mam możliwość zrobić z nich użytek, gdyż okazało się, że Pani K. jedzie się szkolić do France, co oznacza, że wypada mi jedna z zasadniczych części eventu poznańskiego. przy okazji okazało się, że Pan M. brącha i stęka, że czemu robię depart z SOP już 11, skoro mógłbym później. i w sumie teraz mogę, ale oznacza to, że muszę dokonać update'ów noclegowych (w sumie to bardziej muszę coś w POZ znaleźć, gdyż ewentualne wydłużenie SOP będzie poza moim zainteresowaniem), spotkaniowych i takie tam. generalnie jubel classic.
tak a propos, to szukanie noclegu w POZ to orka na ugorze i mysli samobójcze. albo drogo, albo chujowo, albo na plewiskach, albo jedno i drugie. i trzecie. w porównani z tym SOP był prosty, łatwy i przyjemny nawet, choć wymagał pewnego nakurwowania się.

w robocie busy, busy, busy. co jest o tyle dobre, że nie skupiam się na tym, że już za tydzień urlop i trzeba się faktem owym ekscytować. bo ekscytacja pełna, ogarnianie trwa i takie tam.

i to by było na razie tyle. stay tuned, bo może być ciekawie.

Monday

do zmian podejście numer 183049794217974

może tym razem okaże się skuteczne, a może nie.  wolałbym jednak, by się udało. rewolucji nie będzie, nowych, zajebiście fantastycznych pomysłów również.

jest cel - chcę znaleźć sobie robotę w działce planowanie i organizacja. raczej w PL, niż na wyspie. na razie tylko tyle, bo szczegółów określić nie potrafię.

inne elementy, które chcę zmienić:
- plany dnia - dobrze byłoby takowe mieć i ich przestrzegać - tylko po to, żeby nie marnować czasu.
- zacznę jednak dokształcać sę językowo. codziennie, przez minimum godzinę dziennie.
- zracjonalizuję pochłanianą paszę - na początek zmniejszenie ilości konsumowanego mięsa i alkoholu.

pozostaje mieć nadzieję, że się uda.

BO KURWA MUSI SIĘ UDAĆ.

Saturday

burza w majtach

zacznijmy od faktu, ze do urlopu coraz blizej, ale pewne niewiadome zlosliwie zniknac nie chca. na ten przyklad Pani Przewodnik sie slabo bardzo ogarnia i nie wiem, czy szczecin bedzie w planie animacji i eventow, czy tez go tam nie bedzie.

poza tym dalece wkurwila mnie tutejsza Border Agency dopierdalajac mi 15 funia VATu za perfume. pomimo faktu iz perfuma zakupiona byla na terenie Szwecji (bo tam sie sklep internetowy miesci), czyli jakby nie patrzec UE i podwojne ovatowanie jakos chujowo mnie wyglada. jeblem claima, ze chcialbym, aby ten piniadz do mnie wrocil,. ale jakos zero odzewu jak do tej pory.

mialem jeszcze pare wazkich tematow poruszyc, ale zapomnialem. kurwa.

na koniec zas zagadka. robiac reserczyk w filmach przyrodniczych na pewnej stronie xxx znalazlem kategorie happy ending. nie zajrzalem, bo sie poniekad boje. wie ktos, co tam byc moze?

Friday

Wydumawszy

Zacznijmy moze od rzeczy przyjemnych - fajki doszli. Znaczy mam 18 paczek ruskich cygarjetow roznych, przy czym dominuja davidoffy classic w ekskluzywnej wersji slim. Oznacza to tyle, do wylotu fajkami spinac sie nie musze.
Mialem rowniez nadzieje, ze i perfuma sie uracze, ale ta utknela w parcelu, na internaszynalu, i nie wiadomo kiedy zen ruszy. Najwyzej przyszly weekend, znaczy niedziele, spedze lezac i pachnac.

Poza tym doszedlem do wniosku, ze trudno, bede chuj, ale screw you postaci, co na obrazku wystepujesz liczac piniazka. Nie wykazujesz zainteresowania, a ja nie bede imiennych invitation wysylac.

I to tyle. Jutro wesole nadgodziny i walka z winem. Bedzie fucking exciting.

Sunday

przejebane jak w ruskim czolgu.

weekend mozna uznac za zrodlo strat.wcale kurwa nie malych. bo wczoraj moj zajebisty telefon postanowil sie zeslizgnac z kompa, ktory to byl in motion i spasc na grunt. twardy. skutiem tego jest pekniecie ekranu. dodam, ze juz drugie w karierze tegoz htc. koszt wymiany ekranu to jakie 30 funia wzwyz.
ponadto moje zajebiste sluchawki sie jakby spsuly, bo sie kabelek zerwal (tam, gdzie kurwa zawsze) przy wtyczce do wtykania tej wlasnie onej. watpie, zeby klejenie duzo dalo. kolejne 30 funia w dupe.
do kompletu zrobilem pranie. tym razem w praniu pojawil sie marker, ktory zajebal tylko bojowki, skarpete i koszulke. bo reszte zajebal jakis tajemniczy glut. skutkiem czego pranie do powtorki. a jak znam zycie po jego wyciagnieciu okaze sie, ze glut nie zszedl, rozpada sie i kurwa tyle z tego bedzie.straty w sumie nieznaczne, ale zawsze.

jest przechuj.

Wednesday

update

zacznijmy od kontynuacji wczorajszego posta. bo ta piesn, co sie nia ekscytuje obecnie, to sie jakos nie zlinkowala. a powinna byla byla pojawic sie tu. piesn urocza i wielce zyciowa.

poza tym napisala do mnie dzis kelly z mojej bylej agencji. jak kelly pisze, to opcje sa dwie - albo powazny gnoj, albo sle payslip. tym razem bramka numer 2 - przypomnialo sie im, ze wypadaloby mi za moj niewykorzystany urlop zaplacic (o czym ja juz w sumie zapomniec zdazylem). i takim oto sposobem wpadlo mnie  gratisowe 100 funia, z ktorych posiadam obecnie tylko 60, bo zdazylem poczynic juz zakup na strawberry.net, a niedlugo nie bedzie nic, bo trzeba jeszcze knizki zamowic (koszyczek na gandalfie juz peka w szwach, bo sie nowy Nesbo pojawil, a poza tym zainteresowala mnie literatura hiszpanska i na te okazje zakupic postanowilem pana Mendozy proze.

a poza tym jeszcze 30 i lece. zajebiscie w chuj.

Tuesday

z dupy

moja piosenka dnia. optymistyczna taka.

musze po raz kolejny pochwalic zakupy via net. bo i torba, co mi sluzyc bedzie za bagaz podreczny, jak tez i nowe papcie, okazaly sie ladne, pasujace i lepsze, niz zdjecia przedstawiaja na stronach. tylko kurierzy tacy jakos na poziomie srednioogarnietego pastucha, ale nie mozna miec wszystkiego, wiec nie stekam nadmiernie.

poza tym to troche nuda. bo praca, bo opierdalanie sie, to znowu praca, to nic, i tak jakos leci. byleby jeszcze ten miesiac jakos zlecial, bo juz naprawde musze usadzic dupsko w jakiem samolocie i udac sie do europy. a tu jeszcze 31 dni do wylotu.

ponadto coventry okazalo sie wsia. nie zebym teraz sobie to uswiadomil, ale na sobotnich balach udalo sie mi (reszcie ekipy rowniez) spotkac co najmniej 15 sztuk paxow zapoznanych w okolicznosciach roznych. 3/4 z nich jednakowoz to przypadki, ktorych spotkac by sie nie chcialo. i pizda.

i w sumie tyle. czyli nic. wegetuje.

Saturday

run, lola run!

a ja kurwa jak ta lola wte i we wte. tylko okolicznosci przyrody mam slabe, bo poniekad magazyn. jak ktos mi powie, ze admin position to tylko siedzenie przy biurku, popijanie kawy i pierdzenie w stolek, to jebne. przykurwie, ze ino gwiazdy ow/owa zobaczy. bo ja moze siedze z godzine dziennie, moze dwie, z czego 45 minut na przerwie. bo kurwa niczym strzala mykam miedzy alejkami szukajac rzeczy najrozniejszych. jedynym plusem tego calego usportowienia sie jest -3 na wadze. w sumie zupelnie niepotrzebne, ale skoro jest, to nie bede pyszczyc.

do kompletu moge dodac, ze system na ktorym glownie pracuje nazywa sie sun, jest w DOSie i co trzy godziny wszyscy musza z niego wychodzic, co by sie back up dokonal. ocipiec mozna z nadmiaru szczescia.

poza tym mam pi razy drzwi plan urlopy - taki o:

7.09 - arrival to TXL

7-8.09 - Gorzów
9-11.09 - Sopot (przez Warszawe)
11-13.09 - Poznan (przez Warszawe ponownie)
13-15.09 - Warszawa (chyba przez Wroclaw)
15-16.09 - Lodz (raczej)
16.09 - departure z WAW

mam juz prawie wykombinowane noclegi (pozostal mi jeszcze jeden, ale to sie bedzie w niedlugim czasie zalatwiac), mniej wiecej obmyslony transport i takie tam.

a teraz niech Szanowni Panstwo zgadna, ile taki event w PL kosztowac mnie bedzie. otoz, po dokonaniu budzetowania projektu (na cos sie UEP przydal), wyliczeniu poszczegolnych zmiennych i takie tam otrzymalem kwote, UWAGA, 599 GBP. tak, 3-kurwa-tysiace-zlotych za 9 dni. 175 GBP samolot, fajki kolejne 130, transport ponad 100 i tak sie jakos uzbiera. taniej znacznie byloby pod palme jaja wygrzac na all inc w jakiej last minecie.

a dzis czas przykurwic w parkiet. nie wiem, jak to sie skonczy, ale czas isc powic sie dziko i szalenie, a takze w sposob dalece nieskoordynowany.

canti rosato

przyznac otwarcie musze, iz wzmiankowany winiacz na poczatku mnie nie do konca uraczyl, gdyz smak jego odebralem jako plaski. po 4 kieliszku jednakowoz walor wzrosl. prawdopodobnie za sprawa wbudowanych 12%.  w lodowie zas stacjonuje druga butelunia, tym razem czegos bialego i chilijskiego. bo sobota.

poza tym doszedlem do wsniosku, ze do czasu wylotu do PL (na razie w wersji return) postacjonuje w obecnym przybytku. bo w sumie wstawanie rano jest strasznie chujowe, ale zle nie placa, nie bija i nie gryza. co prawda admin taskow tam z lekka mniej, niz oczekiwalem, ale coz poczynic. poza tym za lekko bezsensowne uznac nalezy szukanie pracy na miesiac z kawalkiem.

chodzi za mna rzym. nie miasto, ale FCO bym obadal ponownie. czuje silny ciag i obawiam sie, ze koniecznym bedzie klepniecie jakiegos tiketa, bo moge nie przezyc. a sa oni ladni te bilety, bo za 170 funia jest 5 lotow, w wersji LX i LH, wiec nie parchaty SN, co paszy nie daje. mysle. bylebym tylko nie klepnal lota po pijaku.

Tuesday

Quando Deus fecha uma porta Ele abre uma janela!

moze i tak, nie wiem. ale tak stwierdzila wczoraj w mailu Pani Przewodnik, ktora udaje sie eksplorowac grecje z nowozapoznanym mezczyzna. zawsze to jakas opcja.

ja zas dochodze do wniosku, ze it's time i ze trzeba podjac jakies decyzje, bo moj gap year zbliza sie do konca, a ja nie bardzo wiem co i jak i gdzie i kiedy i po co. a stan tymczasowosci srednio mi sie podoba.

kurwa.

Saturday

bo to kurwy i zlodzieje sa

musze sobie znalezc inne zrodlo finansowania ekscesow. bo mnie nie raczy dalece poranne wstawanie. nie ma chuja we wsi. w nocy pracowac moge, popoludniami, ale nie kurwa rano. nie, i wuj.

zakonczylem tez (mam szczera nadzieje) walke na froncie biletow lotnicznych toczona z expedia. w sumie lepiej byloby napisac, ze ze skurwialymi gamoniami i klamcami, ale to dluzsza nazwa expedii po prostu. w piatek tydzien temu zakup biletow poczynilem - BHX - TXL, via HAM i CGN. i tak jakos kolo srody buszuje po swoim Miles and More i patrze w te rezerwacje sobie z nudy, a tam maly update. ze juz nie lece do TXL ale do MUC (skad kurwa MUC?). i ze na TXL tez sie objawie, ale na innym bilecie. czyli, ze w MUC wzmiankowanym trzeba by bagaz odebrac i ponownie zaczekowac, co przy czasie na change wynoszacym 1 godzine i minut 10 jest w chuj awykonalne. wiec napisalem maila do customer service expedii, ze wtf i zadam zmiany rezerwacji. a oni (z indii na dodatek) do mnie, ze Lufthansa mi rezerwacje zmienila, ale mam byc spokojny, bo oni to zalatwia, przebookuja i bedzie bosko. z ciekawosci postanowilem zadzwonic do Cioci Lufy i zapytac, czy cos grzebali w moim bilecie, a jezeli tak, to po co. mily pan z LH powiedzial mi, ze po pierwsze to oni nie grzebia z zalozenia, chyba, ze sie rozklad zmieni, a wtym konkretnym przypadku zmiany dokonala parchata expedia. wiec mnie wkurw chwycil, bo oklamywany byc nie nlubie, a jesli juz ktos zamierza to robic, to przynajmniej niech odbywa sie to tak, zebym faktow nie pokleil. wiec ja znowu mail do indii, ze jestescie klamcy i domagam sie telefonu i przebookowania. telefon ustawilem na 5 PM i nie powinno byc dziwnym, ze nikt nie zadzwonil. wiec znowu mail i tym razem callback request na 9 PM (bo zem sie na kolacje udawal, ale o tym zaraz). i zadzwonil pan ciapaty o 8:20 PM. co to byla za rozmowa... a raczej dwa monologi, bo ni chuja sie nie rozumielismy.  znaczy rozumialem tylko tyle, ze mi usilnie proponuje TXL via FRA (czyli jeden change, a ja chcialem dwa), na co ja usilnie odmawialem. kiedym juz sie wkurwil i powiedzial, ze mnie lekko piss off takie pierdolondo pan hindus w cudownych okolicznosciach znalazl mozliwy lot via MUC i CGN. wiec od razu powiedzialem, ze tak chce, poprosze i nie ma dyskusji. oczywiscie pan nie mogl obiecac, ze to sie uda zrobic, bo to musi jego supervisor zaakceptowac i takie tam, ale w dupie to mialem i w razie czego bylem gotowy zadzwonic tam w piatek i im zrobic jubel, uprzednio co oczywista nasmarowac im na FB, ze sa chuje, klamcy i jelopy. udalo im sie jednak tego unikac, gdyz o 14 (a dodam, ze potwierdzenia mialo byc rano - tylko w sumie nie wiem, czyje rano, bo indie to troche inna time zone) dostalem maila (na dodatek zgodnego z tym, co wyswietlilo sie na M&M i checkmy trip), ze a i owszem jest TXL i na dodatek w znacznie wyzszej taryfie. wiec sukces. jednakowoz gdyby ktos pytal, to stanowczo nie polecam expedii. bardzo stanowczo.

a co do kolacji to byla. zwolala ja pani em wu, bo jej kolezanka na mauri-kurwa-tius wraca myslec nad losem, a poza tym, to tez wypadaloby sie spotkac i popierdolic o marynie i jej dupie. wiec na kolacji rzeczonej kolezanke rzeczona z mauri-kurwa-tiusa poderwalem. tak o jak zwykle, czyli robiac nic. trzeba mi przyznac, ze mam talent. nie wiem tylko co teraz z tym fantem zrobic, bo mnie dziewoja raczej nieuzyteczna jest. ot, kleska urodzaju czy cos.


nabylem bilet do polszy. na razie return, ale kto wie, co sie wydarzy pozniej. tak wiec zgodnie z zakupionym owym biletem 7 wrzesnia o 8:15 udaje sie do Berlina, via HAM i CGN, co by 16ego tego samego miesiaca powrocic z WAW, via MUC i FRA.

zakup tegoz biletu spowodowal, iz zastanawiac sie poczalem z kimze ja chcialbym sie w PL spotkac. i lista taka troche short, bo tak w praktyce, to w sumie z jednym paxem bardzo i z czterema innymi mniej troche. POZ najchetniej w ogole wyjebal z planu, ale nie wiem, czy sie uda. bo moze koniecznym bedzie omowienie co tam w Azji i czy zbierac na singapur. bo w sumie tam mnie nie bylo, a uwazam, ze udac sie powinienem. poza tym na pewno odwiedze GDN. bo mnie kusi sobieszewo i sopot.

jednakowoz chuj dumanie nad losami ekskursji, kiedy w lodowce prosecco, a i cava czeka na konsumpcje.

Wednesday

kombinujac

projekcik motoryzacyjny, a w zwiazku tez z tym i wesole wycieczki stagecoachem do warwick, zakonczyli sie byli. wracam wiec do, prawie permanentnego, stanu poszukiwania nowego zrodla finansowania ekscesow. na razie zweksluje sobie piniadz na niewykorzystane urlopy. troche tego w sumie byc powinno.

przy czym pewne novum stanowi miejsce poszukiwania owych zrodel, bo poczynilem zem wysilki i potworzylem se kontka na serwisach polskich, a to z racji dalece skurwialej tutejszej pogody (bo na przyklad wczoraj bylo tak zajebiscie cieplo na zewnatrz, ze az w chacie ogrzewanie zostalo zalaczone) i oczywiscie niskiej urodnosci mieszkancow.

poza tym nuda, WIN8 hula (co prawda barbara czasem sie oburza, ze jak to moglem jej tak bez pytania OS zmienic i sie podwiesza na te okazje, ale szybko jej przechodzi i dalej plynnie funkcjonuje), znowu mam burdel w pokoju, a moje bilety do PL co byli w ladnych cenach owe stracili i musze szukac dalej.

ot, nuda.

Saturday

antydepresanty

otrzymalem wczoraj informacje, iz trunki na bazie piolunu i innych ziol skutecznie poprawiaja nastroj i przeciwdzialaja depresji. wiec loje martini z tejze przyczyny. co prawda nie wiem, czy cala butelka bardziej szkodzi, czy tez pomaga, ale loje. bo dobre, czerwone i wchodzi.

puscilem sie dzis bylem poza tym. na shopping. bo mnie sie ubranka robocze skonczyli i trzeba bylo zanabyc jaka nowa szmate. i sie skonfundowalem. bo mierze ja w sklepie szwedzkiej sieci h&m cwetr w rozmiarze standardowym, znaczy s, a on okazuje sie worem pokutnym mocno zbyt duzym. mysle sobie "pewnie chujowy kroj" i biore xs. a tenze cwetr w rozmiarze xs nawet lezy. ale ze mnie nie uraczyl, to sie udalem do gapa. i tam tez ladna wyprzedaz, odzien masa i biore ja sweterki w rozmiarze s, co by je przymierzyc i obadac ich ladnosc na mnie. cos mnie jednakowoz podkusilo, by wziac rowniez xs rozmiar. bo byl. okazalo sie, ze xs mnie bardziej lezy. i teraz nie wiem, czy cos przy rozmiarowce pogrzebali (znaczy dostosowali ja do potrzeb miejscowych), czy o co chodzi. bo ja wymiary mam constans i nie ma wuja, bym schudl/skurczyl sie/whatever.

back up plans creating in progress.

Thursday

toughie

Nie ma juz pytania czy spierdalac z tej parchatej wyspy, pojawilo sie za to pytanie gdzie? Bo ze spierdalac, ino szybko, mowi mi za kazdym razem pogoda (ostatnio wieje, pada, wieje, pada, pada, pada i jest 15 stopni), urodnosc ludnosci tutejszej i moje ogolne nieuraczenie sie tutaj. Jebie po prostu kiszonym sledziem z taka intensywnoscia, ze ochujec idzie i ocipiec do kompletu. Niestety problemem jest wyznaczenie miejsca, gdzie sie udac mam. Bo kurwa ni chuja nie mam wizji, co mnie nie cieszy.

Poza tym moj projekt z gatunku 'Market Researcher' sie powoli konczy i trzeba szukac nowej roboty.

Do kompletu zas zainstalowalem sobie Win8 Costam Preview. Co prawda walczylem trzy dni ze sterownikami do grafiki, ale teraz juz hula.

spieklszy sie

opalanie u mnie wyglada tak, ze najpierw pale sie na czerwono, pozniej skora zlazi i pojawia sie ladny, brazowy odcien. i tak bylo zawsze. znaczy do chorwacji. bo w chorwacji udalo mi sie spalic dwa nowe miejsca. o ile kolana jakos jeszcze zrozumiem, to drugie jest dla mnie ponieakd zaskakujace. otoz gdyz poniewaz zjaralem sobie (dosc konkretnie, lacznie z wystapieniem lekkiej opuchlizny) kostki. tak, obszar miedzy stopa, a lydka. jestem pod kurwa wrazeniem.

Monday

urlop


08:10, 23/06/2012

lecimy. ja, barbara i reszta ekipy. obecnie przelecielismy nad kanalem brytyjskim/la manche (co kto woli), ktory to pierwszy raz ujrzalem z okna samolotu. lot bardzo milo (moze glownie z uwagi na przystojnego pana stewarda), a i sluchaweczki z gatunku helmofon swietnie sie sprawuja, choc Q400 nie nalezy do najcichszych maszyn.
za jakie 20 minut powinna sie obajwic memu cudnemu obliczu bruksela, gdzie biegac trzeba bedzie, bo czas transferowy slaby, a i blisko nie jest. mam tylko nadzieje, ze skurwialy samolot do TXL nie zrobi takiego numeru, jak LH182 w ostatni piatek, ktory to sie postanowil opoznic, gdyz nie przepadam ja za bieganiem bez sensu.

10:07, 23/06/2012
odcinek bru - txl. czyli zdazaylem i nawet sie nie nabiegalem. zaluje jedynie, ze nie przycmilem pecika na terminalu B, bo czasu bylo sporo. ogolnie locik bardzo mily. czuje sie prawie jak biznes, bo mam caly rzad dla siebie, kiedy reszta siedzien zajeta na full. szkoda tylko kurwa, ze nikt mnie nie poinformowal, ze w tym parchatym airbusie nie ma okien w rzedzie 24. no ale chuj, te 90 minut jakos przetrzymam.
a, i jest to prawdopodobnie moj ostatni lot z SN. bo raz, ze z paleniem kiep w BRU, a dwa, ze nie karmia. flybe daje pasze, a SN nie. choc oba loty w tej samej taryfie i pod bandera tego samego przewoznika. pojebani sa.

17:03, 23/06/2012
moge powiedziec tylko tyle, ze niechec do nauki niemieckiego w okresie mlodzienczym uznac musze za jeden ze swoich najwiekszych bledow. porazke okrutna. bo berlin jest w kurwe sexy. zyje. ludzie sa ladni. miasto jest niezle. nie to, co to jebane coventry, ktore powinno zostac zrownane z ziemia, co by wstydu nie robilo nikomu.
oczywiscie nie musze dodawac, ze najwiekszy walor to chlopy. przystoje, urodne i zapowiadajace, ze mozna by jakich animacji dokonac. nie jak ci jebani spasieni brytole.
za pol godziny zaczyna sie boarding na LH3070 do ZAD. czyli glowna czesc wesolego eventu. nie powiem, zjebany jestem jak kon i chetnie bym sie w wyrze uwalil, ale chodzi za mna tez pojscie w miasto i balet jaki. musze to przemyslec.

08:52, 25/06/2012
jest jakby inaczej. goszcze w innym przybytku, niz bylo to pierwotnie planowane (wydalem na to tez sporo wiecej, co nie do konca mnie uraczylo). ale nie oznacza to, ze jest zle. bo jest zajebiscie. spalony jestem juz na swinski roz (raptem 5 godzin na plazy), bo goraco tu i slonecznie. i tak poludniowo.
do kompletu strzelilo mi lat 25. ot, tak.

Sunday

15:53, 17/06/2012


Wesele troche konfundujace. Bo sie mnie myslenie wlaczylo, ze jak to sie ludziom dzieje, ze sie zakochuja i decyduja sie byc ze soba przez cale zycie (przynajmniej w zalozeniu i dla lepszego brzmienia przysiegi) i takie tam inne. Gdyby nie to, byloby zajebiscie. Kultura byla, sztuka, nikt sie nie najebal, nikt w ryja nie wyhaczyl i ogolnie poziom dosc wysoki, choc nie powiem, pare osob, co oczywista, wkurwic mnie musialo. Bo jakze by inaczej. Lache jednakowoz polozylem i w pizdzie mialem. Poza tym mam nowy nickname operacyjny "Lukasz Piotr Brzeszczot, pseduo Czesc". Wszystko przez niemoznosc co poniektorych ludzi do zapamietywania imion, luzne skojarzenia i pasek z "czesc" na klamrze.

Co prawda dzis juz tak zajebiscie nie jest, bo poniekad niewyspany jestem (wrocilem po 3, a tu juz o 8 wstac nalezalo, bo samolot z Berlina) i jeszcze cole przedawkowalem. Rano myslalem, ze mnie zoladek odpadnie/wypadnie/zapadnie sie, pozniej nie bylo lepiej. Z tegoz stanu nieciekawego az sie do apteki w Kostrzynie udalem, co by pomoc fachowa otrzymac. I rzeczywiscie, pomoglo. Bo juz spoko jest, choc od rana ciagne na plynach, bo jakos zapedow do konsumpcji pokarmow stalych za bardzo nie mam.

Warunki podrozy tez generalnie niezle. Generalnie. Bo mnie TXL dalece przed chwila rozczarowal. W necie znalazlem opinie, ze lotnisko jest "cosy" i jest to jedna z tych sytuacji, kiedy ludzie jak te bure suki łżą po tych internetach. Bo Tegel psze panstwa jest tak naprawde malym kurnikiem, ktory jest w kurwe idiotyczny (na ten przyklad - otoz na kazde 2 gate'y przypada security control, ponadto po przejsciu takowej mozna sie poruszac tylko w obszarze tych dwoch gate'ow, wiec takie duty free jest zaopatrzone chujowo i martini czerwonego sie na nim nie uswiadczy. Ot, rarytas.) i wizja pojawienia sie tutaj za tydzien niecaly wcale mnie jakos nie raczy. Bo planowalem ja poczynic jakies drynkowe zakupy przed arrivalem do Zadaru, ale widze, ze chuja kupie (choc chuj tak btw bylby jakims milym akcentem).
Obserwuje wlasnie boarding LH 191 (181?) do FRA i musze przyznac, ze show dosc ciekawe. Od 15 minut pani rzuca announcement'em, ze zaraz sie zacznie i jakos sie ow nie zaczyna. Ludzi troche czeka i raczej nie sa oni z bardzo uradowani. Ale kto by sie tym przejmowal...

Swoja droga juz sie nie moge doczekac osiagniecia swojego frequent flyer status. Bo smiem przypuszczac, ze jakies cywilizowane business lounge by moglo znaczaco poprawic moja sytuacje.

Wizja pojscia jutro do pracy strasznie mnie nie raczy... Ja nie chce. Chce juz piatek i pelne ekscytacji i wkurwow pakowanie sie na event "Cwierczwiecze".

Update - 18:55, gdzies nad UK
Eurowings ma zdecydowanie lepszy service on board niz ciocia Lufa. Cabin crew tez ladniejsze. Gdyby jeszcze latali na E195 zamiast na CRJ900 byloby cudownie.

Saturday

17:07, 15/06/2012


Jade wlasnie dylizansem kolei NEB z Berlina Lichtenberg do Kostrzyna, co by tam change'a dokonac i udac sie dalej nach Gorzow, ktory jest finalna destynacja podczas animacji przewidzianej na ten weekend. Nie bede ukrywac, ze podroz ta od poczatku, znaczy do BHX dosc stresujaca i permanentnym opoznieniem. Bo najpierw z rzeczonego BHX wylecialem jakie 20 minut po czasie, gdyz obsluga jakos nie mogla sie ogarnac z rozpoczeciem boardingu. We FRA opoznienie spadlo do minut 5, ale i tak zapierdalalem jak pojebany, zeby zdazyc na flight do TXL, ktory rowniez okazal sie opozniony (niestety, nie wiedzialem o tym lecac na leb na szyje) w sumie 30 minut. W Berle bylem jakie 15 minut w plecy, jednakowoz mialem nadzieje, ze pozniej bedzie lepiej. Chuja bylo lepiej. Najpierw trzeba bylo zlokalizowac prztstanek busa TXL, co by mnie cos na Hautbahnhof zawiozlo, ewentualnie na Alexanderplatz. I przyznam, ze poleglem. Zadnej sensownej informacji, zadnych znaczkow, Nic. Uratowala mnie sympatyczna pani z AirBerlin wskazujac mnie droge. Pozniej bylo jeszcze fajniej, bo jebany automat biletowy nie chcial nawiazac koooperacji z zadna z moich trzech kart (dodam, ze brytyjska odblokowalem, wiec hulac powinna, zas polskie nigdy takich problemow nie robily, wiec zakladam, ze zjebane automaty maja), nalezalo mnie wiec znalezc bankomat, bo z gotowki, to ja jedynie funty posiadalem, gdyz zabrac zapomnialem euro i zlotowki. W tym momencie pogodzilem sie juz z tym, ze na pociag, ktorym jechac mialem nie zdaze i bedzie dosc spora obsuwa w planie eventu. Nie moglem sie udac direct na Lichtenberg, bo po drodze musialem wpasc do ZARY przy Alexanderplatz (wiem, brzmi jakbym byl pojebanym zakupoholikiem, ale sprawa byla powazna, bo musialem nabyc ciemne spodnie, co to w UK zbyt wiele ich nie ma). Do rzeczonego sklepu wpadlem spocony jak swinia (bo prawie bieglem) i nieomalze staranowalbym ekspedientke, na szczescie udalo mi sie jakos wymanewrowac moja czerwona bestie (walizunie znaczy) i uniknalem zderzenia. Spodzien nabylem (w ogole kosztowal 26 euro, kiedy w UK kosztuje 26 funtow, wiec poniekad roznica jest) i wio z powrotem na AP, co by zlapac jaki S-bahn na Licht. Dojechawszy na ww dworzec okazalo sie, ze treni do Kostrzyna 15 minut w plecy, wiec caly pospiech byl absolutnie niepotrzebny i tylko sie bezsensownie zmeczylem. Tak, mozna sie wkurwic.

W ogole na Lichtenberg zetknalem sie z tym, czego jak ognia unikam, czyli polactwem. Klasycznym kurwowaniem, paleniem gdzie popadnie i ogolnie wsia straszna. W tym momencie zalowac zaczalem, ze za bagaz podreczny robi mi torbami z napisem "Sprawunki dla domu".

Poza tym wystapily tez elementy standardowe - ladni ludzie na kontynencie, wzrastajacy zen i tego typu atrakcje.

Do kompletu pan, ktory jedzie w kabinie maszynisty (choc maszynista nie jest) ma bardzo ladne nogi i niezly tylek. Ogolnie jest tak przyjemnie zbudowany. Z twarzy troche gorzej, ale i tak jest na czym oko zawiesic. Chociaz jak sie pan usmiechnie, to zaczyna wygladac zdecydowanie interesujaco. Taaak... na kontynecie jest przynajmniej na czym oko zawiesic, a nie to co w tej zaparchacialej Anglii.

Wednesday

dzieje sie

rozpoczeto akcje pakowanie. walizka bedzie wypchana, jakbym na dwa tygodnie jechal w tropik, a nie na wesele do polandowa. buciki, koszule, spodnie i masa innych fantow, co by w sobote wygladac godnie, zacnie i z kultura prezentowac sie. chuj, ze na razie walizka jest spakowana w 20%. jutro bedzie krzyk, raban i bieganie, bo o kurwa, czy mam wszystko?!.

robota dalej jest spoko. bo i napoja (kawa i innymi napojami bezalkoholowymi), bo nakarmia (ten katering codzienny spowodowac moze, ze szybko odzyskam to, co stracilem w parcelu), i na peta wyjsc mozna o dowolnej porze. ogolnie milo, sympatycznie i bardzo kulturalnie. poniewaz to warwick, a nie cov, to nawet mowia zrozumiale. nie mam na co narzekac, a i moze nawet lepiej bedzie. sie zobaczy.

poza tym mlyn psze panstwa, dzieje sie i jest wesolo. oby tak dalej.

Monday

usrawszy sie

mozna powiedziec, ze jestem w czarnej dupie. organizacyjnej czarnej, wielkiej dupie. i nie bardzo jest nadzieja na wyjscie z niej. znaczy na razie jej nie ma, ale moze po paru telefonach okaze sie, ze znow slonce zawita w zyciu mem.

bo zaczalem dzis nju dzob. z gatunku troche ambitniejszych, bo bede polish speaking market researcher. chuj jednakowoz w prace, zajebiste biuro, darmowa kawe i inne atrakcje, bo mi sie wszystkie weselne przygotowania zawalily. bo tak: fryzjer, karta, naprawa roweru (nieweselne, ale jednak na czasie), waluty obce, zakupy odziezowe zalegle itp, itp i w dupe.
o ile czesc rzeczy moge jeszcze jakos przearanzowac, to niestety do wiekszosci zadan trzeba bedzie kogos wydelegowac. i spinac sie w sobote na pare godzin przed slubnym eventem. na ten przyklad fryzjer. w gorzowie. taki co nie spierdoli moich trzech klakow na krzyz. albo gdzie kuny i ojrosy kupie przed chorawacja (dodam, iz nie ma opcji, bym zrobil to po weselu, bo niestety pracuje w chujowej lekko lokalizacji i jest problem.

ogolnie to ja pierdole.

ale z roboty i tak sie ciesze.

Saturday

internet jest lepszy

zakupy w pierdolonym bull ringu zmeczyly mnie bardziej niz caly dzien w parcelu. oczywiscie na internaszynalu, choc do poziomu naszynala niewiele brakowalo. ale jest on, spodzien granatowy, prosty i ladny. z zary. do tego mam tez trampki cudem upolowane (moj rozmiar byl tylko na wystawie, pozniej okazalo sie, ze nie mozna znalezc drugiego buta od pary i takie tam wianki i cuda), krotkie spodenki (nie mierzylem, wiec moze byc beka po zalozeniu), ktore sa krotkie, a nie takie standardowe do kolana i pare innych fantow (bo wiadomo, ze w hmie na wyprzedazy to ja zawsze cos znajde).
ogolnie jestem wyjebany jak kun po wielkiej pardubickiej i chilluje sie z martini.

przed weselem musze jeszcze fryzjera obskoczyc i wykonac pare innych rzeczy, na ktore moge nie miec czasu.

co prawda chorwacja lekko w dupe, ale mam nadzieje sie ogarnac. mam nadzieje.

Monday

dupa pizda chuj

z cyklu dlaczego nalezy opuscic UK. przedwczoraj wieczorem poznym (po 23) z Panem B. zapragneli my alkoholu. za nim chodzilo martini, za mna drugie wino. na te okazje wsiedli my w samochod Pana B i udali sie na poszukiwania czynnego off licence. pojechali my najpierw do costcuttera, ktory okazal sie byc pozbawiony off licence jednak, tam sie jednakowoz okazalo, ze alkoholu tam niet, bo licence oni sa out. wiec dalej my do tesko-tanio-kuresko, ktore w zalozeniu ma dzialac 24h/doba. oczywiscie tylko w teorii, bo w praktyce w soboty tylko do polnocy, a my tam zajechali byli jakie 30 minut po. po tesko jakby ilosc mozliwych wyjsc spadla do zera, wiec zarzadzono powrot na wloscia. po drodze mineli my byli cos, co moglo byc zrodlem alkoholu, ale cholera wie, bo tlum stal tam dziki, a w okolicy panowie policjanty. i kiedy juz nas nadzieja opuscila zupelnie udali sie my na jeta, co by Pan B tankowania dokonal. i kiedy my zajezdzali pod stacje ukazal sie nam wielki napis "off licence" na stacyjnym wyswietlaczu z cenami. nadzieja ponownie sie w sercach naszych ukazala. niestety, szybko umarla ona, bo po polnocy to alkoholu niet. wniosek jest jeden - chcesz sie spontanicznie najebac - zrob zapasy wczesniej.

poza tym czas na powaznie zajac sie przygotowaniami do wesela. bo ogolnie w dupie jestem i garderoby jakby niet. na razie zamowilem pasek. czyli po chuju fest. w planie jest wycieczka do BHM w sobote, co by sie po bullringu poszwedac i moze cos tam upolowac. jaki spodzien czy inny element. bo sam nie wiem, w co sie ubrac. i jak. i tak dalej.

zamowilem tez knizki, co je w PL odbiore sobie z domu. i kubeczek zamowilem z Pan tu nie stal.

i tyle.

kurwa, chorwacja za niecale trzy tygodnie, a ja w sumie tez w dupie.

kurwa.

Saturday

to break fresh ground

I need a hint.

There is still a lot of questions, but unfortunately, without any answers. And yes, it's fucking annoying.

Thursday

siedz i ani kurwa sie waz myslec o powrocie

chwilowy kryzys mialem i zastanawialem sie, co bym mogl robic w PL. ale kryzys minal i juz nie mysle o PL. wystarczyly do zmiany mej optyki komentarze nt. promocji flimu Trzy i akcji warszawskiego ZDM. 

bolanda ma sie swietnie jak widac, wiec nie ma po co tam wracac. no moze ewentualnie po peta.

no i do GDN bym sie udal. jak sie ogarne roboczo i finansowo, to se jebne jaki locik na wrzesien. 

Wednesday

informacyjnie

okres ciszy nastac moze. bo za bardzo nie ma sie czym ekscytowac obecnie. procesy rekrutacyjne in progress, pogoda raz bardziej chujowa, raz mniej. poza tym nie mam mocy jakos. i to na tyle.

Saturday

wydarzenia bieżące

będzie skrótowo, bo jakoś intelektualnie to ja dziś słabo przędę. nie mogę dojść do siebie po lambrusco i zakonnicy, co je żem wczoraj ojebał. o ile zakonnica nie wywołała żadnych efektów, o tyle lamrusco na hejnał (bo inaczej się nie dało, nawet cytryna nie neutralizowała tego słodkiego smaku) pogilgało mnie pod czachą.

przechodząc zaś do meritum, to tak:
- rozpocząłem akcję "skręć se wiosennego romansa". kręcę więc i kombinuję. nie oszukujmy się, to nie ma być romans długoterminowy, ot animacja, co by mi pewne części ciała od nieużywanie nie poodpadały.
- okazało się, że mój level of English jest na tyle niezły, że jestem considered jako kandydat na recruitment consultant w nie najsyfniejszej agencji.
- zrobiłem małe przemeblowanie we komnacie, co by fengszuj się lepiej układał. efektów (poza wizualnymi) nie ma, ale zawsze coś.
- uznałem także za konieczne znalezienie sobie własnego dyplomaty w ramach akcjji "jebnij paszportem dyplomatycznym na security control i miej w piździe". akcja ta wymaga relokowania się do jakiegoś cywilizowanego miasta (w grę wchodzi BRU i BER) i rozpoczęcia łowów. i to tyle z ustaleń. oczywiście przyczyną takowych postanowień są zanabyte drogą internetową informacje dotyczące stosunków polsko-niemieckich.
- POZ wypadł z planów animacyjnych na czas nieokreślony. bo tam się jakieś "relationship" porobiły, a ja się na krzywy ryj w ten cyrk pchać nie będę (wepchnąłem się w parę innych w trakcie swych rozlicznych tournee i nie jest do końca praktyczne rozwiązanie).
- znalazłem sobie również nową najfantastyczniejszą na świecie piosenkę. o tę http://www.youtube.com/watch?v=2kEYVKB6P2Y

edit. odnośnie tych... no... relationships. jeśli kiedy-kurwa-kolwiek najdzie mnie na jakieś takie sfiksowane zabawy i na dodatek zechcę się tym chwalić publicznie po fejsbukach i innych, to proszę uprzejmie o odstrzelenie mnie, gdyż oznaczać to będzie, że mnie mózg wyżarło, nie ma nadziei i lepiej ukrócić moje męki. wcale nie żartuję. i jeszcze to pierdolone fejsbukowe tagowanie każdego pierdnięcia.

Sunday

dlaczego należy spierdalać z UK.

kolejnym argumentem przemawiającym za szybkim departurem z tych parchatych wysp stała się pogoda. bo obecnie temperatura osiąga szałowe 6 stopni na plusie, pada, wieje i ogólnie chujnie w wersji hard. a jak słyszę, że w PL stopni ponad 20, słońce, animacje i eventy, to mnie krew zalewa i chuj jasny zza szafy strzela.

pomarudziłem, więc mogę wrócić do animacji językowych. niestety, nie są to animacje francuskie, acz niemieckie.

Wednesday

ogarnij pan ten burdel w koncu

no i zaczalem ogarniac. na pierwszy rzut poszly zdjecia i filmy. zdjecia poszly na skydrive, sa zahaslowane i ogolnie bezpieczne. a jest co chowac, bo na zdjatkach pojawia sie sporo imprez z OWW, a tam jak powszechnie wiadomo sodoma, gomora i cholera wie co. w ogole takie kompromitujace zdjecia to sie zawsze przydac moga. nie zebym planowal, ale kto wie. wiec zdjatka sie aplouduja, pozniej sie wyjebie reszte filmow na chomika i po bolu (albo i bulu, jak kto woli).

w miedzyczasie, ktory to miedzyczas jest czasem poszukiwania roboty (a idzie tak se) kombinuje w co sie przyodziac na wesele Anny w bezie i jaki chce tatuaz i gdzie i w jakiej ilosci. wazniejszy jest jednakowoz outfit na wesele, bo tam trzeba blysnac. a nie bardzo mam wizje na blyszczenie i nie wiem, w jaka stylistyke pojsc. bo raczej nie wypada panstwa mlodych przycmic i stac sie gwozdziem imprezy. wiec trzeba bedzie utemperowac swe pomysly i nie epatowac niczym, za co jaki grzmot w kosciele pierdolnac by mnie mogl.

no i to na tyle. stay tuned.

Wednesday

dupą, dupą myśl!

i myśli usilnie (jednocześnie dokształcając się w mańce językowej), jak się na kontynent przenieść. na razie wymóżdżył tyle, że okres swych animacji na wyspach (a planowane one są tak do końca roku, ewentualnie do momentu sensownego ogarnięcia się z niemieckim i jebnięcia legitymacji pilota) może wrzucić do kategorii "gap year". że w sumie taki research, kombinowanie i że poznawanie i w ogóle nic, ale jakby coś. i to by było na tyle z kategorii "sprawy zawodowe".

w niedzielę okazało się, że ciocia lufa jest kobietą. bo zmienna jest i niepewna swych decyzji. kiedym to 1 stycznia bookował flajta na akcję "Anna w bezie" ciocia lufa dawała samolot wieczorem z BHX (coś po 19). następnie po trzech tygodniach ciocia uznała, że ona wieczorem nie leci, a jednak w południe i zmuszony byłem zadzwonić do ichniej fligh centre i zrobić reebooking. reeboking zrobiłem w jedną stronę (na powrót znaczy), bo wylot rano w piątek nawet mnie raczył. w niedzielę zaś wchodzę na checkmytrip, a tam info, że ciocia znowu zmieniła godziny lotu i że znowu operuje wieczorem. więc znowu dzwonię do flight centre i mówię, że ja chcę rano jednak lecieć. no i pani w centre znowu mnie przerzucała po lotach. tym sposobem mam 4 loty (bo wiadomo - frequent flyer ma się zdobyć) w atrakcyjnych dla mnie godzinach za jedyne 78 funia w dwie mańki. myślę, że trzeba będzie jeszcze jakie dwa berliny do końca roku klepnąć, bo może ciocia znów postanowi coś zmienić i będzie można na tym skorzystać.


Friday

Ich wuensche einen angenehmem Tag.

uswiadomilem sobie, czemu nie lubilem uczyc sie niemieckiego w gimnazjum. i nie chodzi o to, ze nauczyciel tego jezyka byl oblesnym fiutem z krzywym zgryzem, jebalo mu z papy i zarywal do mojej ciotki (znaczy zony mojego chrzestnego ojca). nie, wcale nie to. otoz chodzi o te kurwa ichnie odmiany z chuja. ze der, ze die i ze das. i ze kutas.

ale, ale, ale. nie poddajemy sie i walka na froncie jezykowym trwa. bo kurwa trzeba bedzie zrobic teleport z kraju brzydkich ludzi. a i zeby nauka sprawniej szla, to se nawet kontunio na fejsbuniu zdeaktywowalem. co prawda nie zmienia to faktu, ze w necie przepierdalam miliardy godzin. coz. 

poniewaz za dwa miesiace z kawalkiem akcja ZAD bedzie miala miejsce, to postanowilem poszukac sobie noclegu. a przy okazji wrzucilem "travel advert" na pedalskim portalu. i to posuniecie (slowo-klucz) okazalo sie nad wyraz skuteczne, gdyz otrzymalem kilka ofert noclegowych w korzystnych cenach. w niektorych przypadkach poza sniadaniem w cene wliczone jest wesole ruchanie. a zasob ludzki tam nawet nie brzydki. jest wiec zacnie.

niestety z praca jest jakby gorzej, ale nie nalezy sie martwic. sie wszystko zorganizuje i wyanimuje. jak zwykle. bo potencjal mam i chuj.

Wednesday

ja jebie

nie, ruchania nie bylo. ale za to posprzatalem. w komnacie mej panuje kurwa lad i porzadek, co odczytywac nalezy, ze trzeba mnie sie za cos zabrac, ale jak wiadomo (patrz sesja i chata na blysk) mam z tym problem. nie mniej jednak opracowalem pewnego rodzaju sposob motywacji. bardzo prosty i mam nadzieje skuteczny. w szczegoly wdawac sie jednakowoz na razie nie zamierzam, bo moglyby one o mnie zle zaswiadczyc.

zanabylem dzis maly zestaw. zestaw znajduje sie na foto. zestaw oznacza, ze priorytety zostaly ustalone.


Monday

postanownienia



pozostale animacje na terenie ojczyzny najukochanszej przyniosly pare kolejnych przemyslen (nie wiem, moze ja za duzo mysle albo mnie jaka intelektualna obstrukcja dopadla i tworze jak popierdolony) z gatunku "o zycie! o egzystencjo! o kurwa". spotkawszy sie z Pania Majorowa doatrlo do mnie, ze najbardziej teskno mnie do OWW. moze niekoniecznie do tego gierkowskiego osiedla, ale klimatu, jaki sie tam na chacie unosil (i nie mam tu na mysli smrodu petow i alkoholu, ktory tam za kolniez wylewan nie byl), takiego luzu i sporego przemialu zasobow ludzkich.

nastepnie zas dotarla do mnie bolesna prawda, ze jesli chce powrocic na sciezke grzechu, rozpusty i ogolnie animacji seksualnych, to musze spierdalac na kontynent, bo na wyspie to ja nie narucham sie za bardzo. nie ma co sie oszukiwac, ale wyladowalem w krainie ludzi brzydkich, spasionych i takich, co nie krzycza do mnie "poruchajmy sie". zaczalem wiec kombinowac nad kolejna destynacja w ramach akcji "find your own way i przy okazji nie wdepnij w gowno". co prawda z tym gownem sie srednio jak na razie mi udaje, ale sie staram. ale wracajac do meritum, to skoro kontynent, to wybor duzy nie jest. hitlerowcy, denmarki i specjalisci od polderow. najatrakcyjniej jednakowoz wygladaja ci pierwsi, wiec jasnym sie stalo jak moja dupa po zimie, ze czas sie ogarniac i zrobic akcje "refresh your german". uczylem sie kiedys, ale niestety, zbyt wiele nie pamietam, poza przydatnymi zwrotami typu "hende hoch!", "Ich liebie Lufthansa" i "zwei biere bitte". musze wiec poznac pare innych przydatnych wyrazen (preferowane te z czasownikami flicken i bumzen, czy jak to sie tam pisze).
poza tym widze (a siedze obecnie pod G20 na MUC Airport), ze wspolczynnik potencjalnego wyruchu wynosi tu jakie 30%, gdzie w UK nie przekracza on 5%. no i ogolnie niemcy nie wydaja sie byc takie najgorsze - maja ladne lotniska, niezle dworce, sa w europie i istnieje spora szansa, ze bym mogl sie uraczyc tu.

robie wlasnie odsluch MDNA. mam takie jakies ambiwalentne odczucia. niby zle nie jest, ale ten disko klimat mnie nie przekonuje w pelni.

pierwsza wizyta na lotnisku w BRU nie spowodowala, ze padlem na kolana. zeby nie powiedziec, ze kurwa sie nabiegalem troche. bo zeby sie z manki schengen do nieschengen przedostac, to trzeba niemalze linie maginota sforsowac. plus 6 kompletow schodow ruchomych i jeszcze security control, co oznacza, ze wody z PL czy innego MUC/FRA do BHX sie przeteleportowac nie da. dopiero teraz, lecac kukuryznikiem-kurwa-jego-mac do BHX doszla mnie mysl, ze przecie ja swoj ZAD zabookowal wlasnie z changem w BRU, gdzie na change'a miec bede 50 minut. mowiac szczerze jakos tego nie widze. bo raz, ze daleko i security, to dwa, ze flybe tez sie jakos slabo ogarnia. swoja droga te hocki-klocki w brussel airlines z tabliczkami gdzie jaka taryfa, to troche zenada. ja rozumiem cost cutting, ale SAS co tej metody probowal (znaczy ze nie dawali kawy i buly), uznal ze koncepcja ta nie do konca ma raczki i nozki, w zwiazki z czym ponownie daja tam papu.

Wednesday

dziwki, alfonsi i fryzjer


lodz przyniosla kilka pytan, ktore z kolei poskutkowaly paroma przemysleniami. takich wcale nie przyjemnych i milych. takich, ktore uswiadomily mi, ze jestem w dupie. z chujowa robota, praktycznie bez znajomych i bez sprecyzowanego celu w zyciu. nie bede zaprzeczac, ze takowe mysli przebijaly mi sie do swiadomosci, ale nigdy jeszcze nie tak... bolesnie tak.

kurwa, powinienem dostac jakas nagrode - na grawerze widze juz ten napis "za niezwykle umiejetnosci udawania przed wszystkimi, ze jest ok, choc tak naprawde jebie kiszonym sledziem".

ale coz, nie ma sie co rozczulac nad soba, choc to poniekad perwersyjnie przyjemne, a czas sie zaczac jakos organizowac. co prawda pojawia sie tu magiczne-slowo-klucz-wytrych "jakos", co oznacza mniej wiecej tyle, ze chuja wiem i absolutnie nie posiadam planu na siebie.

------------------------

zanim jednak pojawili sie byli owi pytania, to trzeba bylo sie przemiescic miedzy COV a Lodzia. A byla to podroz nad wyraz ciekawa. do DUS lecialo sie bardzo milo, z kultura i bula z maslem oraz kawa, co je na pokladzie dawali. jak tylko objawil zem sie na lotnisku szwabskim byl, to od razu wzrosl mi odsetek osob, co mnie racza swym wygladem. nie sadzilem, ze niemce takie ladne i z tyloma bym sie ruchac chcial. ale coz, po wyspach jakby mi wymagania spadly. no to juz wyladowalem, zebralem walizke i udalem sie na Dusseldorf Flughafen Bahnhof, co by oczekiwac tam na ICE, co mnie wiezc dalej mialo. no doczekalem sie i do Berlę jechalo sie dalece milo, choc trasa poniekad z pizdy, bo via Koeln, Frankfurt i Kassel. musze przy okazji nadmienic, iz serwis on board w klasie erste, to bardzo ladny niemcy maja i az sie wysiadac nie chce. no ale trzeba bylo, bo w Berlę byly powazny change na treni do WRO, czyli najsyfniejszy EC Europy, czyli 248 Wawel. to byl dramat. bo nie dosc, ze jedynka (szwabska) jakas taka jakby z krzakaow wyjeta, to jeszcze tlok niezmierny, brod, smrod i ogolna zenada. niemniej jednak, silnie zmotywowany dojechalem jakos do WRO, a nastepnie do LCJ.

------------------------

teraz, kiedym to koncze tworzenie notuni, urzeduje w warszawskim starbuniu, co go przy centralnym postawili, siorbajac cappucino. WAW ogolnie mnie nie uraczylo jakos wielce, choc bliny byli klasy pierwszej. zas za ponad godzine akcja "GDN" z Pania Przewodnik.

------------------------

doszedlem do wniosku, ze se jebne legitymacje pilota/przewodnika. kurs via net da sie zrobic.

------------------------

w tak zwnaym "meanwhile" padl mi byl dysk zewnetrzny. duzo rzeczy poszlo sie jebac. niestetyz.

------------------------

Thursday

LH 3449

dzis byl ostatni dzien akcji "Pan Lukasz w krainie kwiecia". poniekad sie ciesze, bo te niecale dwa tygodnie pracy spowodowaly, ze stracilem jakies 2 kilo na wadze i nabylem przezacnej urody poludniowo-europejskiej opalenizny. na zakladzie bylo pewne niepocieszenie z powodu mego diparczera, bo zem sie okazal nad wyraz kompetentny, ogarniety i w ogole cudowny taki. no ale mnie juz starczy i czas na akcje "jajo w polszy".

a do akcji przygotowania, jak nie trudno sie domyslec, w pizdzie. bo ubranka, to po czesci leza na podlodze w pokoju i oczekuja na ulokowanie ich w walizce, a po czesci wlasnie zostaly z pralki wyciagniete i susza sie. tak wiec jutro bedzie pokrzykiwanie, ze kurwa sie nie wyrobie, nie zdaze i takie tam.

poza tym jest 19:45, a ja juz na pysk padam. a tu trzeba jeszcze co najmniej godzine wytrzymac, by se miejsce wygodne w kukuryzniku przyklepac. o ja biedny, o ja nieszczesny.

Sunday

ruchalbym

wiosna nakurwia

przyznac nalezy, iz dalece uraczon jestem ostatnio, na co wplyw czynnikow kilka ma. sposrod nich pierwszym jest fakt, ze za 5 dni bede juz sie wesolo zbieral do final suitcase packing, gdyz o 18:02 w najblizszy piatek startuje moj treni na BHX airport internaszynal. wszystko jest juz ready, nawet zem walizke na okazje podrozy zanabyl. co prawda przekroczylem budzet nan zalozony dosc znacznie, ale bardzo ladna jest i juz od wejscia krzyczala "wez mnie, wez mnie! nie te zdzire czarna obok, ale mnie. jestem ladna, czerwona, mam cztery kolka i zamek szyfrowy". ten ostatno element juz z reszta zablokowalem nawet i bede musial go jakos odblokowac. ubaw bedzie po pachy cos czuje.

poza tym bardzo sie racze praca, co ja tymczasowo wykonuje, by zarobic na te wszystkie walizki i inne bilety. pracuje bowiem we firmie, co sie kwiatkami zajmuje. wiec siedze sobie w ciszy i spokoju (bo naczelna zasada na zakladzie, to no stress) w szklarni kolekcjonujac zamowienia lub robiac mal movement. praca na swiezym powietrzu sluzy mi wielce, zen mi wzrosl znacznie, obwod w pasie spadl poniekad i na dodatek zem opalenizny nabyl. swoja droga opalic sie w UK to wyczyn, choc pogoda ostatnio wiosenna wielce i nie pamietam nawet kiedy opad mial miejsce ostatnimi czasy.

chcialem cos jeszcze napisac, ale juz nie pamietam co. ide gary myc.

update. walizka odblokowana. 5 minut i po krzyku.

Thursday

gazetki

dobra, wyczochralem tempa. nie ma co kryc, ani on ambitny, ani fantastycznie platny, ale nie o to w tempach chodzi. grunt, ze jaki piniadz na wojaz w PL wpadnie.
tak wiec czas radosnego wypowiedzenia slow "i want to terminate my contract" oraz "screw you fucking utl and fucking gi" sie zbliza. moze w poniedzialek tam zajade w glorii i chwale.

Saturday

add to friends

niech mnie ktos wytlumaczy skad sie waginosceptykom bierze trend do dodawania na fb kazdego misia, co sie z nim ruchali/chcieliby ruchac?

za odpowiedz na to pytanie nie jest przewidziana zadna nagroda. sorry.

Friday

bede przynudzac

wiem, to moze byc poniekad nudne, ale mam jakas permanentna ostatnio faze zadumy intelektualnej nad sensem istnienia w dzikich kapitalizmu czasach. bo z jednej strony swiadomosc, ze time goes by so fast, a z drugiej jest ten jebany nakaz zyciowej racjonalnosci, ze praca, ze trzeba i ze to bardziej wskazanym jest. a ja w sumie to nie wiem. znaczy wiem tyle, ze nie chce sie za kilka lat obudzic z raczka w nocniku i miec swiadomosc, ze czas mija a ja wciaz w czarnej dupie pracujac w chujowym miejscu nad rzeczami, ktore sa dla mnie absolutnie niesatyfakcjonujace.

a teraz to juz w ogole. bo rozstanie z junipart teknolodzy and lodzistik to tylko kwestia dni i mojego "i want to terminate my contract" oraz znalezienia nowego zrodla finansowania ekscesow. bo ekscesy to moja mocna strona. zaczynajac od 'polish jajo trip", przez "croatia welcome to", nastepnie "pogilgaj faro z Pania Przewodnik" i byc moze jakos w to wskoczy akcja "jak unikanc skrobanki, czyli Jadzia uczy zakldac gume". no wiec jak widac plany sa szerokie (bo nie mozna zapomniec o koniecznosci zdobycia w miedzyczasie frequent flyer status), a gorzej jakos z finansowaniem owych projektow. nie wiem, moze unia daje jaki piniadz, a ja jeszcze nie odkrylem z jakiego o projektu mozna kase wyczochrac i gdzie wniosek malowac.

tak wiec generalnie jebie sledziem.

fuck.

Tuesday

ku przestrodze.

czasem zastanawiam sie, czy to nie powinien byc moj nowy awatar.


Saturday

rio del bio bio

taka mnie spokojnosc ogarnela byla. moze przez bio bio, a moze przez takie pogodzenie sie z sytuacja.
bo prace trzeba bedzie sobie nowa znalezc, a to w sumie jest wykonalne. bo jakies tam skillsy mam i inne experience'y. poza tym moge przyczaic pieniazka z jobcentre, bo sie mnie nalezy.

poza tym za niecaly miesiac lece do polszy sie regenerowac, wpierdalac bliny, pic alkohol i spotykac sie z ludzmi, z ktorymi chce sie spotkac. calkiem sensownie to wyszlo.

i gdyby nie jebany katar, przez ktory kicham, prycham, smarkam i lzawie, byloby w ogole bosko.

Monday

fukc off my dear.

wiec robocie jestem zawieszony. nawet nie tyle zawieszony, co zredukowany. do osmiu godzin tygodniowo.  czyli mniej niz nic i jasna wskazowka, zebym sam zrezygnowal. ot, taka atrakcja.

do tego przeprowadzka wykonana. wszystko gra i styka, ale wizja tlumaczenia komus, ze wlasnie stracilem robote jest malo radujaca me serce.

ogolnie mam jakby dosc.

Sunday

success

dwie sprawy z gatunku urgent and important zalatwione. bo i lokal mieszkalny jest (poniekad troche gierek, ale wspoltowarzysze w lokalu wydaja sie byc bardzo ok) i lot na cwierczwiecze tez jest. co prawda w kwestii cwierczwiecza, to tylko lot, a trzeba jeszcze ogarnac accommodation, ale wszystko jest na dobrej drodze.


Wednesday

najszczesliwszy dzien w roku

jeszcze kurwa jeden taki dzien w robocie i wyjde. albo eksploduje. albo kogos zajebie. a najlepiej wszystko na raz. bo przegieto. i iloscia fantow do obrobienia, jak i totalnie olewatorskim stosunkiem. juz dawno mnie nikt tak cisnienia nie podniosl.

poza tym lokal mi spierdolil. bo ktos cos tam wczesniej.

jeszcze dwa takie dni i kurwa bookuje flajta na wyspy cooka. wole kokosa gilgac, bo przynajmniej ow mi pyszczyc nie bedzie.

Tuesday

rozumiem finow

ostatniej niedzieli uswiadomilem sobie, czemu finowie maja taki wysoki odsetek samobojstw. sam bylem bliski tegoz kroku. no prawie. bo ile do chuja waclawa mozna znosic ciemnosc, wilgoc, mgly i inne atrakcje pogodowe. zdecydowanie tutejszy klimat mnie nie raczy.

poza tym moze sie okazac, ze lokal co go najac mialem w COV moze mi spierdolic z przed nosa, bo sie jakis inny klient nawinal. no mozna sie wkurwic.

i na kurniku lece na pysk. strasznie.

nie jest dobrze.

zaplanowawszy

planowanie akcji "polsza" zakonczone. harmonogramy pozgrywane, terminarze posynchronizowane i wszystko ustalone. najpierw dwie noce w lcj (31.03-01.04), pozniej kolejne dwie waw (2-04.04), nastepnie szybkie przemiszczenie dylizansem (wiem, ze oksymoron) do gdn (4-6.04), a nastepnie nach landsberg. tez jakie dwa dni. finalnie 9.04 wylot z poz. i jakby nie patrzec, bedzie to moj jedyny kontakt z poz. zgodnie z reszta z powzieta idea wygaszania popytu na poz.

w lcj bedzie cykliczna impreza "lcj baj najt", czyli najebka z kultura i sztuka. pozniej "warszawskie lansy i sransy". w gdansku zas akcja "jestesmy europejczykami", czyli jak sie szlachta bawi, to koszta sie nie licza.

zapowiada sie niezle.

Thursday

pompony i tampony

trip do polszy zaczal sie na powaznie planowac. co prawda nadal nie znam paru dosc zasadniczych elementow ekskursji owej (typu np. pewne spotkania mam nie poplanowane), ale planuje. bo kurwa czyms sie zajac musze, a kombinowanie i tworzenie planow mnie jakos uspokaja, co biorac pod uwage moje wkurwy w robocie bardzo cenne i przydatne.

wiec wczoraj na ten przyklad kupilem kupona-tampona-z-grupona. co prawda talon nie jest z grupona, ale grupera czy innego badziewia, ale kij w to. dwa noclegi w gdn mam za 199 polskich pieniazkow. co prawda lokalizacja noclegu nie szalowa, bo miedzy przymorzem, a oliwa, ale do eskaemki nie az tak znowu daleko. i tam tez, znaczy do gdn bym Pania A. sciagnal, bo szz to ja niekoniecznie chce wizytowac. musze ja jakos sprytnie podejsc.
oczywiscie zakup nie odbyl sie bez wpadek, bo na ten przyklad mnie konto dwa razy zczardzowano. w sumie nie konto, a kredytowke, ale jeden chuj.

no i stracilem watek...

czasem chce byc bobrem


Saturday

pytanie egzystencjalne

dlaczego po trzech drinkach swiat jest mniej wkurwiajacy, a i komunikacja po angielsku idzie lepiej?

Thursday

jeblszy

bo kupiwszy bilety na polish trip on april. nie wiem, co mnie jeblo, ale opcja dus - lcj via fra, ber i wro (gdzie odcinek od dus bedzie po szynach, a nie w powietrzu) nie jest sensowna. choc byla najbardziej ekonomiczna i jest dalece przygodo (i gnojo) tworcza, bo takie kombinacje kolejowo - samolotowe nie sa dobre. ale zobaczymy.

poza tym wciaz spie, nie moge sie ogarnac i ogolnie chce do cieplego kraju. przykro mi, ze tak nudze.
albo i nie.

Sunday

z pola walki


wiec lece (znaczy jak opublikowane, to lecialem i nawet dolecialem) i powinienem narzekac na kukuryznika. bo kurwa huk jak w kombajnie marki bizon w sierpniowe popoludnie gdzies na rdzennie polskim polu jeczmienia. ale nie bede narzekac, pomimo tego, ze mysli swoich nie slysze. nie bede, bo sie jaram. stewardem sie jaram. taki kurwa niby nic, ale jak sie radosnie usmiechcnal (albo z politowaniem, co swietnie ukryc mu sie udalo, gdyz mialem problem z otwarciem overhead compartment) to bylbym gotow rzucic sie na niego z miejsca. jakie metr osiemdziesiat, troche ciemnawy ze specyficznymi rysami. no kurwa, ruchalbym bez marudzenia.

ale nie porucham, to ponownie zaznacze, ze kukuryznik marki crj 200 to ladnie na zdjeciu wyglada albo jak na plycie stoi.

i jeszcze kurwa ryczacy bachor. nosz ja pierdole.
_______________________


poznan byl zobaczony. spotkania towarzyskie bez szalu. jakos w sumie ochoty nie mialem. smiem twierdzic, ze cos zaczyna sie sypac.

_______________________


lufthansa i jej embraery mnie uraczyli. co prawda na drugiego bym sie spoznil, bo mnie sie gejty pojebali (nie wiem skad mi sie ubzduralo G39, kiedy w rzeczywistosci bylo to H39, ale w ostatniej chwili zaczailem, ze cos jest nie tak).
w samolocie zas mnie mysl dopadla, ze czas cos zmienic. ze ten poznan to w sumie warto juz tak calkowicie pozostawic, ze nie ma co sie marnowac i trzeba znalezc nowa robote. i takie tam.

_______________________

kurwa.

gicz cieleca

ledwo zem gicz umoczyl we misce, co by pediciury dokonac, a juz mi sie szczac zachcialo. no wkurwic sie mozna.

a tak poza tym, to trwa akcja przygotuj trip do polszy. rezerwacje podrukowane (bo check in on line to tak nie zawsze mozna), bilety pokupowane i ogolnie wszystko (oprocz spakowania sie) wydaje sie byc ready. mily by bylo, gdyby sie do srody nic nie zesralo. bo sie fajki koncza i na serio jechac trzeba.

poza tym zadzwonil byl wlasnie Pan M, ze on w polszy bedzie i czy moze by my sie jakos nie spotkali, bo on ma stosunkowo luzny grafik. no nie powiem, nie ma to jak sie odezwac pozno w czas. no ale z drugiej strony to nie pierwszy takowy wybryk jego.

moze sie w kwietniu zobaczymy. a moze i nie. sie zobaczy.

poza tym Halinka koszulki produkuje. jak tylko wyprodukuje, to zostanie zaprzegnieta do obfotografowania ich (i bym moze mnie w nich), co by pozniej mozna bylo sie zdjeciami pucowac po necie. a koszulkami po swiecie.

i tym wesolym rymem wielce wybitnym koncze wywod.

bez odbioru.

na nowy rok

zalozenie jest takie, ze na davidoffy, chanela, samoloty i wodke ma nie brakowac. takie moje priorytety.

poza tym musze sie ogarnac wewnetrznie, egzystencjalnie i poniekad przez to zawodowo.

i po swiecie bym sobie polatal. na razie mam tylko berlin kupiony na akcje "anna w bezie". 16 czerwca animacja weselna. na razie badam tokyo. a niedlugo zaczne eksplorowac rynek pracy.