Tuesday

Update

Nie, wcale nie umarlem. Ani tez nie porzucilem pisania (stety lub nie). Nie wiedziec czemu, czy to przez fegszuje kiepawa, czy tez pewne problemy z praca szarej brei we lbie mym, pisanie mi nie idzie. Znaczy moze by i szlo, ale jakos po robocie jestem tak sprany mentalnie, ze nie wiem co 5, a co 10. A w robocie z kolei nic mi sie nie chce. Nie tylko z reszta mi, caly zespól wespól jakos sie do pracy przylozyc nie moze. Tak sobie siedzimy, marudzimy jak to nam sie okrutnie nie chce, jak to weny nie mamy i takie tam. A ze robimy raczej nie malo, to nasze medzenie nie jest zbyt dobrze uzasadnione.

No i to tak. Teraz sie troche mentalnie ogarnalem, ale to dlatego, ze siedze w samolocie. Mialem siedziec wczoraj, ale troche burza, wiatr i deszcz nakurwiajacy, ze ja jebie, uniemozliwily to. Znaczy mój OS794 do Wiednia odwolany zostal. Bo OS793 zamiast wyladowac w SOF polecial do Plovdivu. Wiec taka troche mala heca, ale w miare sprawnie poszlo. Grzecznie przebookowali na Ciocie Lufe via MUC, a na check-inie dostalem w gratisie miejsce w emergency row. Milusio.
W ogóle to destynacja jest Gorzów. Bo w sumie wypada sie juz tam odmeldowac, a pózniej moze byc ciezko z uwagi na loty w inne miejsca. Taka...

Stay tuned!

W skrócie

Żyję i mam się nawet nieźle. Pracuję jak i również. Zeszły tydzień był poniekąd katastrofą z powodu anginy, zapalenia spojówek, permanentnego niewyspania i tego typu atrakcji. Na szczęście sytuacja ogarnięta. Planuję wakacje.

Saturday

o borze zielony!

z uwagi na pewne problemy z officem, takie z pogranicza licencji, a raczej jej braku, zmuszony byłem ww. offica się pozbyć. a w pakiecie z nim outlooka. i szukałem dziś replacementa dla owego. na pierwszy ogień poszedł thunderbird, bo kiedyś korzystałem i był spoko, ale okazał się on być kiepski. synchronizacja z gmailem mu nie szła, a ja jakoś nie miałem weny do gmerania. więc wywaliłem i znalazłem eMClient. całkiem spoko, prawie outlook, hula i w ogóle. i to jak hula... zassał mi wszystkie maile. tak, takie od początku utworzenia skrzynki. i zacząłem je przeglądać. i strach w serce me wstąpił. bo czegóż tam nie ma... na serio, wszystko jest. wujaszek googiel wie o mnie bardzo dużo...

poza tym żyję. i mam się nawet nieźle.

Thursday

TRN - opis eventu

Jak zaplanowanym było, 28 marca roku pańskiego udałem się do Turynu. Jak wiadomo miłe złego poczatki, więc pierwszy odcinek pokonałem bez przeszkód. Lot z Ciocią Lufa do Frankfurtu był nader miły - wpadlem na lotnisko o 6:05 (bo musiałem jeszcze zapalić, to chyba jasne), o 6:15 przeszedłem przez security i o 6:20 byłem przy bramce. Dodam, że wylot był o 6:30  i nie byłem ostatnim paxem. We Frankfurcie miała nastąpić przesiadka na pociąg do Dusseldorfu, bo Ciocia Lufa współpracuje chętnie z Deutsche Bahn. Tak, miała nastąpić. Bo już byłem na peronie, już nawet widziałem pociąg. Ale... Coś mi nie grało - numer się niby zghadzał, ale skład za krótki, jedna jednostka zamiast dwóch i coś nie bardzo ten tego. Więc postanowiłem zapytać. Nie tylko ja, ale i trzy inne osoby również. Pierwsza zapytana osoba - pani konduktor - powiedziała, że ona nic nie wie i wskazała kierownika pociągu jako źródło informacji. I cała czteroosobowa grupa udała się do niego. Ów stwierdził, że o niczym nie wie, ale to na pewno nie jest ten pociąg i należy czekać na kolejny. Grupa się lekko zdziwiła, ale cóż. Nie muszę chyba dodawać, że ten kolejny pociąg to trochę widmo, bo się nie pojawił.
Udałem się więc do Ticket Desk, żeby dowiedzieć się co z tym fantem zrobić. A tam okazało się, że rozwiązanie sprawy kosztuje 240 EUR - koszt przebookowania i upgrade do economy flex. Czy muszę dodawać, że chuj mnie strzelił? Chyba nie. Rad nie rad zapłaciłem i doleciałem do TRN. A po powrocie wysmarowałem skargi do LH i DB. DB już nawet odpisało i wskazało drzewo, jako miejsce gdzie mogę się udać. Ciocia LH jeszcze procesuje mój email. Chujom nie popuszczę. Bo gdybym się spóźnił, nie pojawił czy cokolwiek innego to rozumiem. Ale zostałem zwyczajnie źle poinformowany.

Co do Turynu to miasto takie sobie. Szału nie ma, ale tragedii też. Takie typowe duże włoskie miasto, z ładną architekturą, zadbane i czyste. Parę fotek mam, na życzenie mogę podesłać. Tak więc spędziłem dwa dni szwędając się do okoła i racząc się odmiennymi walorami wizualnymi.

Powrót zaś, też z Ciocią LH, odbył się już bez żadnych scen. Wszystko prawie na czas, nikt mnie nie wkurwił i nie okłamał. I to tyle.

Friday

Żydzi, kopytka i inne sceny

Wszystko miało miejsce wczoraj. Znaczy historyjki część pierwsza. Bo druga wcześniej. Ale o tym za chwilę. Tak więc no… Wczoraj przed południem otrzymałem email ja. Zdarza mi się takowe otrzymywać, jednakże zadziwił mnie nadawca. Bo okazał się nim Żyd. Tak, ten Żyd. I właśnie napisał on był, a raczej zapytał, czy ja żyję i co ze mną. Nie zdziwiłbym się, gdyby nie fakt, że ostatni email do mnie nadany był jakoś w listopadzie. Raptem pięć miesięcy temu. I na dodatek był on odpowiedzią na mój list elektroniczny. Zapytać można skąd się Żydowi owo zainteresowanie wzięło. Bo to w sumie clue całej tej historyjki. Otóż śniłem się. Nie tylko że Żydowi, ale i Rebece (Jadwini znaczy). I jak się im przyśniłem to uznali oni, że to znak jest i koniecznym jest skontaktowanie się ze mną i sprawdzenie jak się mam. Bo wiadomo, po prawie pół roku można by. Nie będę ukrywać, dla mnie to jakaś aberracja i pomylenie chuja z palcem. Przy czym nie mój palec, a chuj to już tym bardziej.

Rzecz druga. Otóż jakie 3 dni temu Stary zapytał mnie po powrocie z roboty czemuż to kolacji nie ma. Spojrzałem na niego jak na idiotę i zapytałem, że jaka kolacja. I czy ja jestem zobowiązany takowe przygotowywać. Stary zaraz, że nie, dowcip taki i tym podobne pierdolondo. Ale uznałem, że skoro się gnida domaga, to i mu tę kolację zrobię. Bo w sumie i tak czas spędzam czytając i oddając się grze w scrabble. Więc zajebałem wczoraj wieczerzę. Nie wiem ki chuj mnie podkusił, żeby to aż tak na bogato zrobić. Bo ubździły mi się kopytka, sos grzybowy, zasmażane buraczki i do kompletu mięso (taki tam malusi schabik pieczony). Jebałem się z tym wszystkim chyba ze trzy godziny, bo to buraki ugotuj, to mięso przygotuj, to tamto, to sramto. Efekt finalny zły nie był. No może oprócz kopytek bo nie posoliłem i jakieś trochę mączne wyszły. Ale Stary wszystko wpierdolił ino mu się uszy trzęsły.

No i to by było na tyle z historyjki.

Saturday

Perypetie bezrobotnego

Dalej pozostaję bezrobotnym. Po ponad miesiącu od opuszczenia ostatniego przybytku i w sumie ponad trzech miesiącach poszukiwań. Sytuacja taka sobie szczerze mówiąc, momentami nawet wkurwiająca. Ale za to mam czas na literaki i czytanie książek (bo tablet już działa, więc można pdfy hurtem rzucać i pochłaniać) - moje ostatnie odkrycie to Joanna Chmielewska, której sarkastyczne poczucie humoru mnie urzekło.
Bułgarskiego się nie uczę, bo nie bardzo mam ochotę. Jakoś wyjebane mam, albo inaczej, wolę marnotrawić czas. Bo czemuż by nie, nieprawdaż?
Żeby nie było - jakieś tam sukcesy na polu poszukiwań są - co najmniej 10 rozmów odbytych, tylko szkoda, że nie otrzymałem żadnego letter of offer. Poza tym czekam na feedback z jednego przybytku, a do innego chciałbym troszkę na krzywy ryjek się dobić. Zobaczymy.
Ale poszukując tegoż wymarzonego stanowiska mam kontakt ze sporą liczbą tzw. rekruterów. Co to za zaraza jest to chyba nie muszę nikomu uświadamiać. Na ten przykład w czwartek dzwoni do mnie lasia. Lasia taka trochę sepleniąca, więc nie bardzo zrozumiałem o co jej chodzi i skąd dzwoni. Ale perorowała ona o jakimś customer service, że forex company i tak dalej. W tym momencie zaczęło mi świtać, że chyba z kimś to już omawiałem, ale że w zakres obowiązków wrzucone jest aktywne poszukiwanie nowych klientów, to powiedziałem, że nie, dziękuję, postoję. No i lasia, Pepi jej na imię, pyta czy może mi mailem job spec posłać i czy mogę jej na pare pytań odpowiedzieć pisemnie. I że czemu opuściłem ostatnią firmę. Ja na to, że wszystko było fajnie, ale tam była sprzedaż wrzucona, o czym nie byłem do końca uświadomiony i że ja sprzedawać nie chcę. Pepi mówi, że rozumie. I posłała maila. A w mailu jak kurwa wielki czarny chuj stoi, że sprzedaż. Więc w pierwszym zdaniu piszę, że nie dziękuję, ale na pytania odpowiedziałem. Niech ma dziewoja. Po 50 minutach, bo tyle jej zajęło przeprocesowanie wiadomości, Pepi dzwoni i pyta, kiedy chciałbym sobie to schedule the interview. Ja do niej, że w sumie to nigdy, bo wiadomo sprzedaż. Więc Pepi ponowiła pytanie kiedy. Ja że nigdy, bo sprzedaż. A Pepi znowu swoje, znaczy kiedy i jak i co w ogóle. Ja już lekko poirytowany mówię, że zarówno w mailu, jak i w poprzedniej rozmowie zaznaczyłem, że mnie sprzedaż nie interesuje. Pepi jakby zadziwiona mówi, że ok i że w sumie to szkoda. I tyle było z niej pożytku.
Wcześniej miałem inną pindę z takiej firmy, co to jest syfem i malarią, a płaci we wszach i kamyczkach. No i panna zadzwoniła. Mówi, że fajna fucha, szybki start date i w ogóle bosko. I pyta czy 1000 BGN mnie satysfakcjonuje. Ja mówię, że minimum to 1200, a najlepiej 1400, bo taka normalna stawka za Polish speaker. I w tym momencie coś na linii zaczyna zgrzytać, trzeszczeć i zrywa połączenie. Myślałem, że cipa oddzwoni, żeby powiedzieć, że ok, że rozumie i że good luck. A taki chuj (znowu wielki, czarny i stojący). Gdyby nie fakt, że dzwoniła z zastrzeżonego, to sam bym zadzwonił i powiedział jej, co myślę o takim zachowaniu. A najchętniej to bym im letter of complaint wysłał, że maja chujowy zasób ludzki. Ale uznałem, że se tym dupę tylko podetrą, więc szkoda czasu i atłasu.
No i to było w tym odcinku na tyle. Wracam do książek.

Friday

Wspominałem, że uwielbiam?

Ale co z emeryturą?

Tak się złożyło, że ponownie (któryż to raz) jestem bezrobotny. Tym razem na własne życzenie, bo 9/01 rzuciłem wypowiedzenie, a 10/02 się rozstaliśmy. Dodać trzeba, że w niezwykle przyjaznych stosunkach i w ogóle kwiatki, zajączki i słoneczko świecące (bez nawet grama ironii, na serio).

No i od tegoż 10/02 sobie robię nic. Znaczy napierdalam na kurniku, gotuję Staremu i sprzątam i piorę i ogarniam tzw. ognisko domowe. Dziś miałem szczególnie ciężki atak, bo rzuciłem się na lodówkę (a Staremu przyznać trzeba, że chuja na niej wyłożył aż boli, więc rozmrażanie, wyrzucanie zbędnych produktów itp.) i szafkę pod zlewem. Oraz dwie dwulitrowe butelki Shumensko (ale czy to ważne?).

I tak sobie żyję. Między sprzątaniem a praniem miewam interview. Ale nie zawsze. I ogólnie mam w piździe. Bycie house wife mnie raczy. Tylko czemu nikt za to nie płaci?

Monday

Przemyślenie - odsłona druga

W tym docinku będzie o komunikacji przez opakowanie i design. Trochę. Zacznijmy od przypomnienia, że FB to ja nie posiadam. Znaczy generalnie nie, ale jakbym szczątkowo miał. No matter. Więc nie mając FB zostaje mi tylko buszowanie po LinkedIn. I ostatnio się zapuściłem w tamtejsze profile.
Przyczynkiem do wycieczki była jaka podpowiedź, że tę oto lasię zna pięciu twoich znajomych, więc i ty dodaj ją do sieci. Dodać nie dodałem, ale obadałem kto zacz. Lasia okazała się być jakimś junior assistant of consultant czy coś podobnego w PwC, KPMG czy innym Deloitte. Czy jakkolwiek się to tam zwie. Bo mniejsza o nazwy, gdyż gwiździem imprezy okazały się zdjęcia. bo poskakałem sobie po tych junior consultantach i innych seniorach cośtamcośtam, co to nawet wypowiedzieć nie potrafiłem, nie wspominając o jakimś sensownym pomyśle na to, co oni mogą w tych wielce poważnych firmach robić.
Więc zdjęcia. Nie samojebki, nie wakacyjne focie z drinem na all-inclusive, ale prawdziwe, profesjonalne foteczki. Takie, że aż człowieka zaduma ogarnia.
Bo typy zdjęć są następujące:
- jestem profejsonalna (pretensjonalna) do bólu - uroczy obrazek utrzymany w szarościach; twarz (czy to jeszcze twarz) mocno obrobiona i jakaś nieobecna. Śmiem twierdzić, że focia strzelona po zamknięciu bilansu.
- zegarzmistrz światła - czyli miś z zegarkiem, co to się pucować lubi jak nieszczęsny minister, były minister. Miś-zegarmistrz ubrany w firmowy kubraczek (mdły garnitur plus nijaka koszula i bezbarwny krawat) z busolą na przegubie. Bo to nie zegarek, a co najmniej zegar słoneczny. Wielki i oczojebny. I zapewne za więcej niż jedną pensję.
- niepweni - biedactwa tak zarobione, że nawet nie wiedzą, gdzie pracę wykonują, w związku z czym mają urocze zdjęcia na tle firmowego logo. Plus 10 do przestiżu i plus 30 do orientacji w życiu.
- jestem z miasta - grupa lansująca się. Mocno. Bo zdjęcie zrobione na tle miasta. Znaczy Warszawy. Tak dla podkreślenie przestiżu i pokazaniu, że o patrzcie złamasy, tyram jak wół, ale mam dostęp do 30. piętra we firmowym wieżowcu. Pytanie tylko czy mają tam windy.

Typów jest oczywiście więcej, ale wciąż chorobą zmożon jestem i mocy nie mam by opisać.
Udałem się dziś do pani doktor laryngolog na kontrolę. Tytułem wtrącenia - wciąż kaszlę. Pani doktor stwierdziła, że gardło jest ok, nos spoko i że ona nic nie widzi. I zawezwała na konsultację internistę. Chłop rad nierad się objawił, obejrzał mnie i zaprosił do swoejgo gabinetu. A tam zaczął psioczyć na panią laryngolog, że jak gardło w porządku, kiedy czerwone i takie tam. Ale osłuchał mnie, obejrzał, wywiad przeprowadził i stwierdził, że on nie wie. Bo płuca ok, nie charczę i krwią nie pluje. Więc stwierdził, że on mnie taki fajny antybiotyk przepisze, co się go podaje po powikłaniach po świńskiej grypie. Bo w sumie nie zaszkodzi, a może pomóc. A, i dwa dodatkowe dni zwolnienia też się przydać mogą.

PS. Antybiotyk numer jeden oprócz działania na gardło służy także do walki z rzeżączką. Antybiotyk numer dwa, dziś otrzymany, dodatkowo z chlamydią. Tak o.

Saturday

Przemyślenia - odsłona pierwsza (z trzech zaplanowanych)

Od dłuższego czasu po głowie wątek ten mnie chodził, ale zawsze jakoś umykał później, ginął pośród innych zajęć i nic z pisania nie wychodziło. Do dziś. Bo dziś temat przewodni mnie dotknął mocno. Żywym ogniem zapiekł.

Chodzi o pewną niezwykłą umiejętność nacji bułgarskiej do blokowania. Wszystkiego. Przy czym prym wiodą schody ruchome. Tak. Wydawałoby się, że ludzie w większości krajów świata, gdzie wynalazek ten zaimplementowano, wiedzą że po prawej się idzie, a po lewej stoi. Wydawałoby się. Bo w BG mają pewne braki edukacyjne. Polegają one na tym, że na schodach ludzie zachowują się w sposób losowy, przy czym zawsze sprawiają wrażenie bezmózgich.
Losowość przedstawia się następująco (i dodam, że jest to wersja skrócona, gdyż wszystkich możliwych kombinacji opisać w stanie nie jestem):
- w uścisku pytona - znaczy stoimy wężykiem - lewo, prawo, lewo, prawo. Nie sposób ominąć, wyminąć, trzeba stać do końca.
- strzała amora - opcja ta dotyczy najczęściej osobników płci mieszanych w wieku do lat 40. Stoją oni parami, obok siebie, dla podniesienia poziomu romantyzmu trzymając się za ręce lub czule sobie do ucha romantyczne zgłoski szepcąc. Magiczne słówko izvinete nie zawsze pomaga.
- nawet klasówka nas nie rozłączy - młodzież w wieku szkolnym blokująca trakt mechaniczny parami. Bo one muszą stać koło siebie, bo nie daj bóg jedną coś porwie albo wchłonie i druga z rozpaczy uschnie. W tym wypadku pomaga basowe excuse me wyryczane zza ich pleców. Odskakują z reguły jak drzwi w ikarusie.
- grupa amortyzująca upadek - jak nazwa wskazuje jest to grupa, najczęściej w wieku szczeniackim blokująca schody w pizdu. Łatwiej byłoby skoczyć w dół niż ich ominąć. Czasem excuse me pomaga, przy czym w większości przypadków skuteczniejszy jest zestaw typu valium i seta.
- ja i moje skarby - czyli pan bądź pani i jej/jego wózek zakupowy (taka dwukółka). Bo wiadomo, że w dwukółce są rzeczy dalece cenne i nie może ona jechać przed lub za właścicielem. Ona musi jechać obok pańskim okiem tuczona. Jak dotąd próba ominięcia tegoż zjawiska nie powiodła się.
- papużki-nierozłączki - czyli dwie najlepsze psiapsiółki biorące udział w misji ratowania świata. Ponieważ misja to poważna muszą się i poważnie naradzić. A nie ma lepszego miejsca i czasu niż schody ruchome.

I tak dalej... Gdyby ktoś chciał dokonać jakiegoś bezkrwawego aktu mającego na celu paraliż dużej metropolii, to może śmiało użyć losowo wybranej gruby Bułgarów. Wystarczą ich dwie setki (byleby ich strategicznie rozlokować) i miasto leży. A raczej stoi. Oczyma wyobraźni widzę schody w londyńskim metrze... Ach... Co to by był za show...

Oprócz schodów Bułgarzy potrafią także skutecznie zatarasować chodniki (przecież chodzenie ławą nikomu nie powinno przeszkadzać), przy czym opcja chodnik jest dostępna również dla kierowców, którzy gdzieś muszą swoje wielce ważne samochody poupychać (bo kto to widział żeby do osiedlowego marketa, 300 metrów od chaty, z papcia ciągnąć. Pan/Pani samochód ma, stać jego/ją, to i pojedzie i chuj plebsowi do tego).

Do blokowania świetnie nadają się również alejki w sklepach i innych galeryjach handlowych. Tu można się nawet bardziej popisać, bo ma się do dyspozycji wózek. A wiadomo,  że wózek można zostawić w poprzek i iść 20 metrów dalej szukać najtańszej kiełbasy/podpasek/kalesonów. Bo czemuż by nie. A że później inni użytkownicy muszą wykonywać slalom gigant i inne akrobacje? A cóż oni kogokolwiek interesują. Liczy się tylko mój wózek i moje w nim bambetle.

Bo Bułgar z wózkiem (czy też samochodem) to jak chłop na zagrodzie, równy wojewodzie. Albo i kmetowi.

Dziś właśnie doznałem ataku toczenia piany z pyska i wkurwobłędu w jednym z centrów handlowych. Musiałem wyglądać zjawiskowo, bo ludzie aż się rozstępowali na mój widok. Szał, czyż nie?

Tuesday

L quattro

Stało się. Po raz pierwszy w życiu jestem na L4. Do piątku. Bo od ponad dwóch tygodni kicham, kaszlę (przepotężnie), smarkam i czuję się jakoś tak oble. Tu pobolewa, tam strzyka, tu z kolei drapie. 
Więc po dniach ponad 14 udałem się do jednego przybytku leczniczego, co by mnie pani laryngolog obejrzała. I była ona obejrzała mnie. I się nie ucieszyła. Bo czemu tak późno się odmeldowałem u niej? Ja na to, że ja z tej grupy, co to odwiedza lekarza kiedy umiera albo w stanie innego emergency. Pani tylko westchnęła, że to jak 99% pacjentów i później problem i szalejąca grypa.

Tak więc do końca tygodnia się opierdalam. Będę siedział na chacie, bąki zbijał i w stołek popierdywał. Chociaż może też jakoś bardziej ambitnie się wezmę za szukanie pracy. Bo wypadałoby. Ale najpierw się porelaksuję.

Poza tym na odcinku sofijskim spokój i cisza. Idę skonsumować antybiotyk.

Friday

Nadrabiajac zaleglosci

Przyznac nalezy, iz poletko blogowe mocno zaniedbalem ostatnio. Ale jakos weny nie mialem. A pozniej checi. Nastepnie opuscily mnie po kolei zapal, chec i wizja. Ale wrocily. Znaczy juz wczoraj, ale jakos chec byla oslabiona i nic z pisania nie wyszlo.
Zaczynajac od Nowego Roku. Znaczy imprezy, co to polegala na spedzaniu czasu z dwiema paniami o orientacji innej i Lionem. Kici-kici. Bylo milo, o rysunkach sie mowilo i nawet nie tak znowu duzo pilo. Znaczy 1/01 bylem w niezlej kondycji. Na tyle niezlej, ze poczulem bol egzystnecji, ze tu prosze panstwa 1/01, a ja nie mam zadnego lotu jeszcze na ten rok. I zaczalem gmerac. I szukac. I kombinowac. I znalazlem w miare okazyjny Turyn. 28/03 lece tam. Po co? Nie wiem za bardzo.
Pozniej bylo juz mniej fajnie, bo trzeba bylo wrocic do pracy, gdzie permanentnie cisnienie mi podnosza. I tak podniesli, ze 9/01 dostali moje wypowiedzenie. Zostaly mi wiec jeszcze 3 tygodnie tutaj. 3 tygodnie polegajace na robieniu nic (prawie) i byciu za to oplacanym. Deal of the month. Troche mnie tylko szukanie nowej roboty irytuje, bo idzie kiepsko. Ale moze nastapi progres. Oby.
I na koniec Lapki hoch! Wczoraj, w ramach zabaw okoloprzedwstepnych, powiedzialem Lionowi, zeby podniosl lapki do gory, gdyz chcialem go koszulki pozbawic. I powiedzialem po polsku, zeby lapki podniosl. A on na to: Lapki hoch? Przyznaje, byla chwilowa przerwa. Musialem sie uspokoic.

Saturday

Magia świąt

W sumie jakby poświąteczna ta magia, bo zdarzenia miało miejsce 27/12, ale nie bądźmy nadmiernie szczegółowi.
Otóż siedzę sobie wesoło pod bramką numer 13 na warszawskim lotnisku Chopina, oczekując na boarding. W sumie to on trwał, ale uznałem, że nie będę się pchał, tylko kulturalnie sobie poczekam i wejdę jako ostatni (kiedy taki manewr zrobiłem w Wiedniu w zeszłym tygodniu, to aż mnie wywoływali, bo żem nie zauważył, że naród się przetoczył przez bramkę). Siedziałem tak sobie i patrzyłem co za pokraki się na pokład ładują. Było raczej słabo. Aż tu nagle, wuj wie skąd objawił się wysokiej urody misiu. Wysoki taki, z parudniowym zarostem, na siłkę uczęszczający. Bardzo dla oka przyjemny. Tak sobie siedziałem, obserwując go dyskretnie aż zniknął za winklem. Kiedy już na bramce się pusto zrobiło, wtedy udałem się celem boardingu. W ogóle drugi powód, dla którego lubię się ładować jako ostatni świadczy o mej małości i złośliwości. Otóż zawsze się czekuję na miejsce przy oknie. I uwielbiam tę reakcję, kiedy ktoś zadowolony, że miejsce takie ładne, z okienkiem i puste i już ktoś załadowany tam, gdy ja się objawiam. I kulturalnie mówię, że okno moje. Tak, podłość ludzka nie zna granic. No więc wracając do Warszawy i lotu do Sofii. Wchodzę na pokład i przedzieram się przez tłum, co jeszcze bambetle upycha po schowkach. Przedzierając się tak, spoglądam na swój rząd - 20 - i niespodzianka. Otóż misiu ma miejsce obok mnie.
Kiedy już usiadłem czar prysł, bo misiu z bliska już się nie prezentował. Niefart.

Friday

Czas do BG

Swieta mozna uznac za zakonczone - okres zarcia, glupawych filmów familijnych i innych perwersji. Zakonczone, bo wlasnie udaje sie do Szczecina, co by z Pania Przewodnik sie zobaczyc. Pózniej kierunek Poznan, Lawica i wylot do Sofii via Warszawa. Za jakie 24 godziny bede na miejscu, znaczy na wlosciach.

W trakcie swiat objawila sie potrzeba udania sie na silownie. Nie, nie jest moja idea (choc rozwazalem ten desperacki krok). Otóz silke Misiu zaproponowal jako sposób na pozbycie sie poswiatecznej opony (a ja juz mam taka prawie do kamaza). I obawiam sie, ze nie uda mi sie wywinac, bo niedosc, ze silka pod blokiem, to jeszcze czynna do 22. Myslalem tez o opcji typu "ale ja nie moge, bo kregoslup/nerka/lopatka, przy czym obawiam sie, ze Misiu sie nie zlituje i sila mnie zaciagnie. A tego wolalbym uniknac.

Z rzeczy ciekawych wspomniec o gosciu w SOF. 25/05 Irena robi arrival. Z jakims wesolym towarzystwem planuja tour de Bulgaria. Troche sie tego obawiam. Tak...

Sunday

Piszę do Ciebie list z dalekiej podróży

Polska zdobyta. Już w piatek wczesnym popoludniem, kiedy to wylądowałem na Balicach. I od razu mi się to miejsce nie spodobało. Bo jakoś tak chaotycznie (jedna karuzela walizkowa na 3 przyloty to trochę nie ten tego), tłoczno i bez sensu. Reszta pobytu w Krakowie bez jakichś specjalnych zastrzeżeń. Choć to i tak dużo biorąc pod uwagę moją raczej małą sympatię do tej dziury.

No ale Kraków już się skończył, obecnie przemieszczam się z WRO do POZ, by rozpocząć część drugą imprezy. Z planu zostało wykreślone spotkanie z Rebeką i Żydem. Ostatnio poczułem się z lekka olany i uznałem, że skoro komuś niezbyt zależy, to czemu ja mam się pałować. Więc mam wolny wieczór i dość napięty plan na jutro, ale jakoś powinienem się ze wszystkim ogarnąć. Powinienem. Przy okazji muszę pochwalić Ciocię Unię za piniążek na moderniazcję wagonów. Bo nowy skład Kossaka jest zdecydowanie dobry. EIC w cenie TLK.
Później już tylko Gorzów, Szczecin i znowu Poznań, co by stamtąd udać się via WAW do SOF.

Do SOF, gdzie kryzys wybuchł. Znaczy mam ciche dni z S. Ubaw jak sam chuj. Almost. Bo wczoraj trochę nie wytrzymałem i poinformowałem go, że mam dość jego jazgotu, że on tęskni, sam taki tam został i tym podobne historie. Ja wszystko rozumiem, ale kurwa przypominać mi o tym trzy razy nie trzeba. W odpowiedzi dostałem tylko informację, że jak mi się nie podoba, to mogę się pierdolić. I że on biedny nie wie jak ze mną rozmawiać, bo ja mało mówię. A on, biedny i przez los (i mnie) pokrzywdzony, mieli ozorem jak krowa, co mnie momentami do furii doprowadza. Takie tam historyjki romantyczne. Czuję, że pewien czas spędzę na swoich włościach.

I to w sumie na tyle. Jak się co ciekawego wydarzy, to poślę update.

Friday

ruski czołg

Robota mnie wkurwia. Tak mnie wkurwia, że bardzo urgent szukam innej. Bo kto to kurwa widział taki burdel. Witki opadnięte dalece. Byłem co prawda na trzech interview, ale chuja widzę, a nie positive outcome.

Z tej okazji piję rieslinga i staram się załapać zen. Istnieją obawy, że może się jednak nie udać.

Ogólnie kiep.

Saturday

Nadrabiając zaległości

Przyznaję, blog zapuściłem aż brzydko. Nie godzi się tak. Ale że właśnie siedzę we dyliżansie powietrznym, to mam czas nadrobić zaległości.
Zacznijmy może od lotu, a później przedstawię swe (i nie tylko) wyczyny z ostatnich dwóch weekendów.

Lecę więc sobie wesoło do Wiednia, by stamtąd udać się do Warszawy. Później pociąg i destynacja Gorzów, via Poznań. Taka tam mała ekskursja celem przywiezienia pewnych odzień zimowych.

No ale odzienia nie są tak ciekawe, jak niespodziewane się pojawienie w Rumunii. Zupełnie przypadkowe. Było tak. Udaliśmy się z S. do Belovgradchika, co by twierdzę obadać. Nie będę ukrywać, twierdzę mnie nie interesują zbyt mocno, ale że jeszcze mnhie tam nie było, to uznałem, że warto się przejechać. Będąc tam już S. zaproponował udanie się do Vidin, bo w sumie blisko, a i Dunaj tam płynie. I można zobaczyć nowy most łączący BG i RU. Most, co go do użytku oddali dwa miesiące temu, a po tygodniu okazało się, że jakby jakościowo to on nie do końca i trzeba remontować. Azymut my obrali i ruszyli w trasę. W Vidinie trochę nas oznakowanie skonfudowało, ale finalnie odnaleźliśmy marszrut do mostu. Kiedy tak sobie radośnie jechaliśmy, podziwiając drogę, oczom naszym most się ukazał. No ładny taki, amerykański prawie. Więc jedziemy. I jedziemy. I nagle okazało się, że nie ma jak zawrócić. Więc radzi, ale jakby nieradzi, zmuszeni byliśmy jechać dalej. Dokładnie do punktu granicznego po stronie rumuńskiej. Bie powiem, byliśmy z lekka podekscytowani tym faktem. Podjechaliśmy do kontroli i S. zaczął pani pogranicznik tłumaczyć, że my tu przypadkiem, niechcący i w ogóle nie wiadomo jak. Chyba nie byliśmy pierwszymi, którzy taki numer zrobili, bo pani się tylko uśmiechnęła, poradziła zawrócić przed punktem kontrolnym i udać się z powrotem do BG. Uraczyło nas to wielce, szczególnie, że wycieczka tym mostem to 10 EUR w jedną stronę, a my uniknęliśmy elementu płacenia.
W drodze powrotnej udało się nam dojechać bez dodatkowych atrakcji. No prawie. Bo pół godziny zmarnowaliśmy w Montanie (miasto o znaczeniu podobnym do powiatowego) poszukując tam jakiej knajpy, co by kolację spożyć. Bez skutku.











Następnym weekendem S. musiał udać się do Plovdivu celem wymiany opon, bo przecież zima nadchodzi. Zasugerowałem więc, że chcętnie się z nim tam udam i że sobie pociągiem wrócę do Sofii. S. się oczywiście uradował i opracował plan ekspedycji, tak żebym zobaczył więcej niż tylko Plovdiv, który już mi w sumie znany jest. Clue tej ekspedycji był Pazardzhik. Pazardzhik to taki trójkąt Pernik - Kyustendil - Dupnica, tyle że bez trójkąta. P - K - D słynie z najbardziej mentally incapable kierowców w całej Bułgarii, więc jak widzisz blachy PK, to uciekaj, bo nigdy nie wiadomo, co takiemu do pały strzeli. Wróćmy jednak do Pazardzhika, który kiedyś musiał być nawet ładny. Kiedyś, bo obecnie dalece zaniedbany, szary i zwyczajnie brzydki. Ale za to jacy urodni mieszkańcy i mieszkanki. Te kozaki, te złote łańcuchy, tani Armani i Versace. Mózg z wrażenia staje w poprzek. Kiedym ujrzał jedną z wystaw sklepowych, to z podziwu wyjść nie mogłem, choć bardzo chciałem.



Później był Plovdiv, gdzie BDŻ (Bułgarskie Koleje) dało popis. Na dwóch polach - pierwszym była tablica z godzinami odjazdów i przyjazdów. szczególnie angielska wersja (załączona), która mnie poraziła. Movement mnie najbardziej uraczył. Następnie kupno biletu. Za tę część odpowiedzialny był S. Przypuściliśmy więc szturm na kasę numer jeden. A tam pani powiedziała nam, że chętnie sprzedałaby nam nbilet, ale jest 19, a pociąg jest o 21, więc ona może ów talon na przejazd sprzedać o 20:30. No dobrze. Nie wnikając w przyczyny poszliśmy z S. na fajkę przed stację i tam umyśliło się nam, że o coś tam jeszcze możemy zapytać. Spaliwszy, udaliśmy się z powrotem, ale tym razem do innej kasy, gdzie pani powiedziała, że ona bilet na ten sam pociąg może sprzedać już teraz. Więc S. poinstruował, że Sofia i klasa pierwsza. Pani bilet wydała, ale cena mnie się podejrzana wydała. Bo zbyt niska jak na pierwszą klasę (3 BGN różnicy). S. zaczął marudzić, że jestem wkurwiający, bo jęczę o tę pierwszą klasę, że to tylko trochę ponad dwie godziny i tak dalej. Widząc jednak moje dość małe zadowolenie uznał, że to może on się uda zapytać o co chodzi. A tam pani mu wyjaśniła, że uwaga. Będzie hit. Tak bilet jest na klasę drugą, ale miejsce jest przy oknie i jest stolik, więc ona na pierwszą biletu nie sprzeda. Nie i chuj. Przyznaję, z taką polityką to ja się jeszcze nie spotkałem. Klient chce jedynkę, to dostaję jedynkę i nie ma, że nie. Ale jak widać BGŻ ma swoje własne procedury.



I to było tyle z wycieczek. W tygodniu szara rzeczywistość, znaczy praca i praca i tyle. Jedyne co się zmienia, to kroki. Z irytujących na doprowadzające do kurwicy. Bo się właśnie władze Sofii wzięły za remonty, budowy i inne upgrade'y i ochujeć idzie ze szczęścia.

Wydaje mi się, że najważniejsze elementy opisałem. Jakby mnie olśniło, że coś pominąłem, to poczynię stosowny update.

Sunday

Weny niet

Byłem w Rumunii. Przypadkowo. W Pazardzhiku też, acz mniej przypadkowo. A w sobotę lecę do PL.

Cyrk się toczy, ale jakoś nie mam weny, by go opisywać. Może później.

Thursday

Tośmy porumakowali

Akcja Opierdalando w zakładzie pracy się zakończyła. Dziś wykonałem pierwsze telefony do PL. Był fun. W chuj. Już wiem czemu miałem opory przed podjęciem tej pracy. Po prostu nienawidzę dzwonić. Może za parę dni mi przejdzie.

Żeby sobie jakoś zrekompensować stres udałem się do Reserved. Po raz drugi w ciągu ostatnich paru dni. Bo ostatnim razem znalazłem pewną koszulkę. Znaczy tę poniżej. Ale nie było rozmiaru. A dziś się on objawił. I jest nowy nabytek do roboty.

A teraz news, który made my day wczoraj. O kotce narko-trafikantce. Z Moldawii.

Bardzo ładny kiciuś. Uraczyłoby mnie posiadanie takiego rudego gnoja.

Saturday

Zapraszamy do reklamy

Gdyby ktoś szukał mąki ziemniaczanej w Sofii, to informuję, że jest ona dostępna. W sklepie z polskimi artykułami w Mladost 2 (Malinov blvd 51).

Można by zapytać po ki chuj informacja o mące ziemniaczanej się tu znalazła? Ano bo zachciało mi się klusek śląskich ostatnio i spędziłem dwa dni szukając magicznego proszku z pyry. Bo w Bułgarii nie należy on do najpopularniejszych. W sumie to mało kto o nim słyszał. Także ten. Tego.


Wednesday

Marzyć ludzka rzecz

Marzę sobie ostatnio o tym, że bym się wyspał. Pospał tak z osiem godzin, rano nie musiał iść do pracy czy też być obudzonym. Ale chwilowo mi nie dane, bo stacjonuję u Misia, więc spać chadzamy po północy, a pobudka do pracy o 7 (żeby koło 9:20 być na miejscu). rarytas, czyż nie?

Napisałbym, że się dzieje tu, ale chwilowo nie mam mocy. Może weekendem, o ile czasu starczy.

PS. Walka z HMRC zakończona. Prawie, bo piniądz wciąż nie na koncie, ale podobnież przetransferowany.
PS2. Miałem dziś conference call z klientem, co to dlań projekt będę robić (znaczy w zakładzie pracy). Cieszę się, że wyjechałem z Polski.

Tuesday

w malinowym chruśniaku

siedzę i popijam. niestety, nie alkohol, a gorącą, malinowo-hibiskusową, herbatę. bo się zaziębiłem, kicham, prycham i rozsiewam radośnie zarazę. czynię to w samotności, gdyż absztyfikant udał na się na wycieczkę do Lisbony, którą to ja organizowałem. więc oprócz choroby mam gratis lekki stres, bo byłbym rad wielce, gdyby wszystko poszło gładko. jak na razie Miś leci z CDG do LIS i wydaje się, że sprawy idą całkiem pomyślnie.

w zakładzie pracy jest wciąż miło. nawet zaoferowano kurs niemieckiego (pomijam fakt, że bułgarski leży, kwiczy i nie zanosi się na zmiany). co prawda kurs zaoferowano po bułgarsku, ale pojawila się opcja, by był on także prowadzony po angielsku dla tych, co narzeczem lokalnym się nie komunikują. pasmatrim - uwidim, jak pewien biskup rzekł.

zabawy i gry w bankowość też prawie zakończone. konto w societe generale działa jak ta lala, przy czym rozdział pt. unicredit  jeszcze nie zamknięty, gdyż oczekuję na informację, czy mam za zamknięcie konta zapłacić, czy też nie, bo tu się za takie przyjemności płaci. 12 lv (6 EUR). czemuż by nie.

Sunday

Street art

Dziś Psze Państwa street arty. Dużo street artów. Większość z Veliko Tarnovo, ale są też i inne z Malaka Pustis i SOF.
Tańczo i śpiewajo w Veliko Tarnovo

Veliko Tarnovo

Rybeńki (Veliko Tarnovo)

Żyrafy (Veliko Tarnovo)

Zakochani są wśród nas (Veliko Tarnovo)

Smutny (Veliko Tarnovo)

(Veliko Tarnovo)

Hypster (Veliko Tarnovo)

So called WFT? (Veliko Tarnovo)

Hilfe! (Veliko Tarnovo)

Trudna noc, ciężki poranek (Veliko Tarnovo)

Taki tam wzorek (Veliko Tarnovo)

Ciciuś (Veliko Tarnovo)

faggots! faggots everywhere (Veliko Tarnovo)

palec boży (Veliko Tarnovo)

dama z wlosem (Veliko Tarnovo)

jaka płótno, taka Mona Lisa (Veliko Tarnovo) 

(Veliko Tarnovo)

wzory egzotyczne zawsze w modzie (Veliko Tarnovo)

kryształy (Veliko Tarnovo)

warcząc i dupą trzęsąc (Veliko Tarnovo)

take o. chuj we co. (Veliko Tarnovo)

ułan jaki? (Veliko Tarnovo)

kryształowa dama (Veliko Tarnovo)

ki las? (Veliko Tarnovo)

małe i naklejone (Veliko Tarnovo)

Posłanka Pawłowicz i Poseł Macierewicz (Veliko Tarnovo)

śmiecham (Veliko Tarnovo)

zielony atak (Veliko Tarnovo)

schody we tęczę (Veliko Tarnovo)

ni to koń, ni zebra (Veliko Tarnovo)

daj potrzymać?
ko? nie.
(Veliko Tarnovo)

dziewczynka z kwiatkiem (Veliko Tarnovo)

ściany pożerające ludzi (Veliko Tarnovo)

seems legit (Sofia)

rekin z wytryskiem (Sofia)

a wpierdol chcesz?! (Sofia)

smutam (Sofia)

grecka geometria (Thessaloniki)

Doktorze Freud, widzi Doktor tu penisa? (Thessaloniki)

happiness (Sofia)

co ja paczę? (Sofia)

zaduma nad losem Sziszmana (Sofia)

księdze (Sofia)

ktoś ma kaca (Sofia)

rycerz (Veliko Tarnovo)