Thursday

LH 3449

dzis byl ostatni dzien akcji "Pan Lukasz w krainie kwiecia". poniekad sie ciesze, bo te niecale dwa tygodnie pracy spowodowaly, ze stracilem jakies 2 kilo na wadze i nabylem przezacnej urody poludniowo-europejskiej opalenizny. na zakladzie bylo pewne niepocieszenie z powodu mego diparczera, bo zem sie okazal nad wyraz kompetentny, ogarniety i w ogole cudowny taki. no ale mnie juz starczy i czas na akcje "jajo w polszy".

a do akcji przygotowania, jak nie trudno sie domyslec, w pizdzie. bo ubranka, to po czesci leza na podlodze w pokoju i oczekuja na ulokowanie ich w walizce, a po czesci wlasnie zostaly z pralki wyciagniete i susza sie. tak wiec jutro bedzie pokrzykiwanie, ze kurwa sie nie wyrobie, nie zdaze i takie tam.

poza tym jest 19:45, a ja juz na pysk padam. a tu trzeba jeszcze co najmniej godzine wytrzymac, by se miejsce wygodne w kukuryzniku przyklepac. o ja biedny, o ja nieszczesny.

Sunday

ruchalbym

wiosna nakurwia

przyznac nalezy, iz dalece uraczon jestem ostatnio, na co wplyw czynnikow kilka ma. sposrod nich pierwszym jest fakt, ze za 5 dni bede juz sie wesolo zbieral do final suitcase packing, gdyz o 18:02 w najblizszy piatek startuje moj treni na BHX airport internaszynal. wszystko jest juz ready, nawet zem walizke na okazje podrozy zanabyl. co prawda przekroczylem budzet nan zalozony dosc znacznie, ale bardzo ladna jest i juz od wejscia krzyczala "wez mnie, wez mnie! nie te zdzire czarna obok, ale mnie. jestem ladna, czerwona, mam cztery kolka i zamek szyfrowy". ten ostatno element juz z reszta zablokowalem nawet i bede musial go jakos odblokowac. ubaw bedzie po pachy cos czuje.

poza tym bardzo sie racze praca, co ja tymczasowo wykonuje, by zarobic na te wszystkie walizki i inne bilety. pracuje bowiem we firmie, co sie kwiatkami zajmuje. wiec siedze sobie w ciszy i spokoju (bo naczelna zasada na zakladzie, to no stress) w szklarni kolekcjonujac zamowienia lub robiac mal movement. praca na swiezym powietrzu sluzy mi wielce, zen mi wzrosl znacznie, obwod w pasie spadl poniekad i na dodatek zem opalenizny nabyl. swoja droga opalic sie w UK to wyczyn, choc pogoda ostatnio wiosenna wielce i nie pamietam nawet kiedy opad mial miejsce ostatnimi czasy.

chcialem cos jeszcze napisac, ale juz nie pamietam co. ide gary myc.

update. walizka odblokowana. 5 minut i po krzyku.

Thursday

gazetki

dobra, wyczochralem tempa. nie ma co kryc, ani on ambitny, ani fantastycznie platny, ale nie o to w tempach chodzi. grunt, ze jaki piniadz na wojaz w PL wpadnie.
tak wiec czas radosnego wypowiedzenia slow "i want to terminate my contract" oraz "screw you fucking utl and fucking gi" sie zbliza. moze w poniedzialek tam zajade w glorii i chwale.

Saturday

add to friends

niech mnie ktos wytlumaczy skad sie waginosceptykom bierze trend do dodawania na fb kazdego misia, co sie z nim ruchali/chcieliby ruchac?

za odpowiedz na to pytanie nie jest przewidziana zadna nagroda. sorry.

Friday

bede przynudzac

wiem, to moze byc poniekad nudne, ale mam jakas permanentna ostatnio faze zadumy intelektualnej nad sensem istnienia w dzikich kapitalizmu czasach. bo z jednej strony swiadomosc, ze time goes by so fast, a z drugiej jest ten jebany nakaz zyciowej racjonalnosci, ze praca, ze trzeba i ze to bardziej wskazanym jest. a ja w sumie to nie wiem. znaczy wiem tyle, ze nie chce sie za kilka lat obudzic z raczka w nocniku i miec swiadomosc, ze czas mija a ja wciaz w czarnej dupie pracujac w chujowym miejscu nad rzeczami, ktore sa dla mnie absolutnie niesatyfakcjonujace.

a teraz to juz w ogole. bo rozstanie z junipart teknolodzy and lodzistik to tylko kwestia dni i mojego "i want to terminate my contract" oraz znalezienia nowego zrodla finansowania ekscesow. bo ekscesy to moja mocna strona. zaczynajac od 'polish jajo trip", przez "croatia welcome to", nastepnie "pogilgaj faro z Pania Przewodnik" i byc moze jakos w to wskoczy akcja "jak unikanc skrobanki, czyli Jadzia uczy zakldac gume". no wiec jak widac plany sa szerokie (bo nie mozna zapomniec o koniecznosci zdobycia w miedzyczasie frequent flyer status), a gorzej jakos z finansowaniem owych projektow. nie wiem, moze unia daje jaki piniadz, a ja jeszcze nie odkrylem z jakiego o projektu mozna kase wyczochrac i gdzie wniosek malowac.

tak wiec generalnie jebie sledziem.

fuck.

Tuesday

ku przestrodze.

czasem zastanawiam sie, czy to nie powinien byc moj nowy awatar.


Saturday

rio del bio bio

taka mnie spokojnosc ogarnela byla. moze przez bio bio, a moze przez takie pogodzenie sie z sytuacja.
bo prace trzeba bedzie sobie nowa znalezc, a to w sumie jest wykonalne. bo jakies tam skillsy mam i inne experience'y. poza tym moge przyczaic pieniazka z jobcentre, bo sie mnie nalezy.

poza tym za niecaly miesiac lece do polszy sie regenerowac, wpierdalac bliny, pic alkohol i spotykac sie z ludzmi, z ktorymi chce sie spotkac. calkiem sensownie to wyszlo.

i gdyby nie jebany katar, przez ktory kicham, prycham, smarkam i lzawie, byloby w ogole bosko.