Thursday

milosc, praca i komar

zrobilem fall in love. ona jest ladna,. fajna i spiewa urocze pisoneki. robyn ja zwa. a juz dont tell me fuckin what to do jest urocze. rozkoszne, slodkie i fantastyczne. nie moge sie rozstac z jej glosem.

do tego doszedlem do wniosku, ze lepiej byc cipa. taka mala, jebana przez wszystkich szara myszka, ktora grzecznie zniesie wszystko, a na koniec wypnie dupe (w mysl dowcipu: - jak nazywa sie na po lacinsku odbyt? - anus. - a u kobiety? - bonus) i jeszcze bedzie krzyczec, zeby jej sie zlac w srodek, bo ja to niby podnieca. dlaczego lepiej miec mokro w dupie? ano dlatego, ze nikt nie bedzie sie obawial, ze nie ma wlasnego zdania i da sie wszystkim ruchac. a ja mam ten problem, ze taka cipcia nigdy nie bylem. moja przyszloscia jest walsna dzialanosc gosp.

a do tego komar mnie ujebal. zeby ta kurwa zdechla w meczarniach w skutek dzialania alkoholu.

jestem dziwka

tzn zeby bylo jasne, to ja to wiem. ale nie wiedzialem, ze inni wiedza, ze jestem. i to nie taka podla charakteralna stara kurwa, ale dziwka najprawdziwsza. co prawda nie znam jeszcze paru aspektow owego procederu, tzn cen jakie tam za uslugi sobie zyczylem, grupy docelowej i tym podobnych aspektow, ale mysle, ze jest to kwestia czasu. i mocniejszego przycisniecia jadzki. bo wiadomo, ze takie newsy nie dochodza bezposrednio, tylko przez wesoly lancuszek, gdzie czesc doda cos od siebie, inni cos zataja, ajeszcze inni przekreca najpierw o 90 stopni, a nastepnie o kolejne 180. dobrze, ze na ksiedza nie wyszedlem, bo tego moglbym psychicznie nie zdzierzyc. wiem za to, ze lancuszek ow sw marii magdaleny (bo ona chyba cos tam animowala na dzielnicy czerwonych latarnii) byl nastepujacy. zrodlo --> irminka, co jadzka z nia jedzie do holandii erazmusa gilgac --> jadzka --> prosiak --> ja. plus elementy, ktorych nie sposob zidentyfikowac.

chuj, najwazniejsze ze dupy za darmo nie dawalem. trzeba sie cenic w tym dzikim kapitalizmie.

Wednesday

eeee, no tentego...

do gdanska nie jade, praktyk nie bedzie. juz mnie to nawet nie wkurwilo specjalnie. zaczynam miec wyjebane. no bo kurwa roboty z pizdy nie wytrzasne. moge ja sobie sam zrobic, ale nie wiem, w jaka nisze rynkowa by sie wjebac - o ile w ogole takowe jeszcze istnieja. no sytuacja jak byla niekolorowa, tak wciaz jest. chuj.

do kompletu zdalem sobie jeszcze sprawe, ze grubo umoczylem z restrukturyzacja. bardzo grubo. bo roboty bedzie od zajebca i jeszcze kawalek. dobrze, ze z zarzadzania strategicznego nie bylem cipa, bo moglby placz i zgrzytanie zebami. delikatnie mowiac.

no i to tyle. chyba musze sie jakos zresetowac.

Friday

zen i kaizen

no wkurwie sie zaraz. no kurwa nie wytzrymie. jak przyjebie, jak kurwa za nozki zlapie, to kurwa szczatki beda ze sciany zeskrobywac.

bo bylo tak. bylem na interwju. w nocy spalem moze ze 4 godziny. bylem zmeczony i wkurwiony. wracajac na chate dzwonie do prosiaka, bo mnie naszla taka mysl, ze mleka moze do kawy nie byc. bo kurwa za logistyke i dzial zakupow w tym jebanym kurwidolku robie ja (jakos kurwa nikomu sie specjalnie nie chce myslec nad tak prozaicznymi kwestiami). prosiak nie odbieral, wiec stwierdzilem, ze moze rabotajet czy cos. chuj. wracam, kupilem zapas petow i rzeczone mleko 3,2 i wracalem w deszczu, co me nerwy nawet ukoilo, na chate. wchodze, a tam kurwa burdel pierwszej klasy. wiec wkurw mi skoczyl porzadnie, ale sie nie odzywam. zrobilem sobie kawe (znalezienie kubka w himalajopodobnej stercie brudnych naczyn nie bylo latwe) i poszedlem z kuchni, gdzie laski z prosiakiem uskuteczniali poszukiwanie roboty. ochoty na konwersacje z ktorymkolwiek z nich nie mialem, ale nikt tez specjalnie na nia nie nalegal wiec luz.

pozniej udalem sie na drzemke, prosiak pojechal do roboty. wraca, moj wkurw lekko opadl, ale nie do konca. skoro wrocil mowie czesc i wracam do konwersacji via gg, ze sluchawakami na uszach, bo sie ramsztajnem raczylem. a teraz prosiak wstaje z wyra, ubiera sie i z wyrzutem do mnie, na co jestem zly. ja kulturalnie odpowiadam, ze na nic i ze jestem dzis malo komunikatywny. a on na to, ze to nie usprawiedliwia bycia niemilym. nosz kurwa jebana w dupe mac. jakbym byl niemily, to by wszystkie tutaj fruwaly i przemyskaly grzecznie po katach, a nie sadzily mi sie z ryjem. no jebany narod.

podlosc ludzka nie zna granic.

Wednesday

praca marzeń

odkryłem pracę marzeń dla siebie. tajemniczy klient linii lotniczych. ja mogę. od dziś nawet. byleby nie szparagowozem.

a zanim to nastąpi ona. po prostu ONA.

Monday

na zachodzie bez zmian

gwozdz wakacji, czyli praca wciaz sie nie pojawil. bo jak to pan w stwierdzil "masz kurwa wymagania". no mam. bo wole teraz wiecej czasu szukac, co co prawda jest lekko irytujace, niz sie meczyc w jakims kurwim bagnie. o dziwo ksiegowosc jakos dziala i nie musze oglaszac niewyplacalnosci.

nowa kylie mnie raczy. nowe siostry nozyczki tez. i pogoda mnie raczyc zaczela. zobaczymy, co jeszcze mnie uraduje.

w ogole balkon okazal sie zajebista sprawa. zwlaszcza do picia wodki. wizyta meserszmita o 1:30 moze nie byla konieczna, ale chyba zaskoczylo ja dwoch facetow w samych gaciach, z drinami w lapach, rozprawiajacych zaciekle o dupie maryni czy tez innej jozi.

poniewaz zrobilo sie chlodno akcja ekskursja dyliznasem staje sie coraz blizsza. tylko jakos nie wiem, jaka destynacje obrac.

Tuesday

zaskoczono mnie

bo w życiu nie powiedziałbym, że w biedronie można dostać tak zacne wina w śmiesznych cenach (tj. poniżej 20 plnów). a już giva jest rewelacyjna. tym bardziej rewelacyjna, że kosztuje dychę, a na głowę boje francuskie rieslingi.

Sunday

myśliciel

decyzja zapadla, pierdole fabryke czekolady. znaczy nie chce tam pracowac. znaczy nie wiem, czy mnie w ogole beda tam chcieli (jutro ma byc info zwrotne), ale wiem, ze nawet jesli mi zaproponuja, to ja nie chce.

za to wyslalem dzis cefal do takiej malej agencji szumnie nazwanej reklamowa, i pani po trzech godzinach oddzwonila, ze ona chce sie spotkac. a dodam, ze jest niedziela. chuj, ze to praktyki i pewnie za jakies smieszne grosze, ale lepsze to niz tworzenie jakiejs smiesznej bazy danych i uzupelnianie "ajtemow" (btw, jak ten koles z podpoznanskiej fabryki mnie wkurwial tymi templejtami, rikordami i innymi kurwa wiejskimi slowkami, co to mialy pokazac, jaki on zajebisty nie jest i robota jaka wybitna).

poza tym gorac powoduje, iz topie sie. plan ruszenia gdzie spociageim chuj strzelil, bo kurwa nie ograne temperatury w tej puszce, no bata nie ma na mariole.

obawiam sie malego kryzysu. chyba trzeba bedzie uskutecznic kreatywna ksiegowosc.

Tuesday

logistyka moim hobby

tak sie zlozylo, ze zadzwonila do mnie dzis sympatyczna pani kasia. pani kasia zadzwonila, nie ot tak, towarzysko, ale zaproszenia dla mnie miala. na interwju. bede sie jutro na rozmowie kwalifikacyjnej z pania kasia bawic. o stanowisku proponowanym niewiele wiem, co lekko utrudnia mi oglad na sprawe. w sumie nie bardzo nawet wiem co sklonilo mnie do wyslania aplikacji. bylo, nie bylo, na 9 jestem umowiony. swoja droga 'umowilem sie z nia na dziewiata...' grunt, ze szmaty wyprasowane w szafie czekaja na przyodzianie.

sprawa dojazdu do lju skomplikowana jest. bo nie wiem, czy atakowac z manki rzymskiej, mediolanskiej czy moze jeszcze jakiejs innej. bo ze powrot bedzie atrakcja sama w sobie, to wiem. znaczy planuje przejechac z lju, via bud, do waw. ewentualnie do ktw. sie jeszcze zobaczy.
tak dordzy Panstwo, nastapilo przeniesienie. po raz dwa miliardy trzysta piecdziesiaty osmy. no ale takie sa efekty wlasnej glupoty.

sytuacja jest, jaka byla. prosiak zainstalowany na chacie, ktos odinstalowany chuj wie gdzie, ale dyskretny urok burzuazji wystepuje i podglad czyniony byl. teraz niestety nie bedzie czego ogladac, bo sie pokasowalo pewne rzeczy. no bo i po co maja wisiec. przegladarke rowniez zmienilem, znaczy dosiadlem stara klacz zwana internet explorer. dramat, ale co zrobic.

co ma byc, to bedzie. upije sie czerwona herbata.