Nie, wcale nie umarlem. Ani tez nie porzucilem pisania (stety lub nie). Nie wiedziec czemu, czy to przez fegszuje kiepawa, czy tez pewne problemy z praca szarej brei we lbie mym, pisanie mi nie idzie. Znaczy moze by i szlo, ale jakos po robocie jestem tak sprany mentalnie, ze nie wiem co 5, a co 10. A w robocie z kolei nic mi sie nie chce. Nie tylko z reszta mi, caly zespól wespól jakos sie do pracy przylozyc nie moze. Tak sobie siedzimy, marudzimy jak to nam sie okrutnie nie chce, jak to weny nie mamy i takie tam. A ze robimy raczej nie malo, to nasze medzenie nie jest zbyt dobrze uzasadnione.
No i to tak. Teraz sie troche mentalnie ogarnalem, ale to dlatego, ze siedze w samolocie. Mialem siedziec wczoraj, ale troche burza, wiatr i deszcz nakurwiajacy, ze ja jebie, uniemozliwily to. Znaczy mój OS794 do Wiednia odwolany zostal. Bo OS793 zamiast wyladowac w SOF polecial do Plovdivu. Wiec taka troche mala heca, ale w miare sprawnie poszlo. Grzecznie przebookowali na Ciocie Lufe via MUC, a na check-inie dostalem w gratisie miejsce w emergency row. Milusio.
W ogóle to destynacja jest Gorzów. Bo w sumie wypada sie juz tam odmeldowac, a pózniej moze byc ciezko z uwagi na loty w inne miejsca. Taka...
Stay tuned!
Tuesday
W skrócie
Żyję i mam się nawet nieźle. Pracuję jak i również. Zeszły tydzień był poniekąd katastrofą z powodu anginy, zapalenia spojówek, permanentnego niewyspania i tego typu atrakcji. Na szczęście sytuacja ogarnięta. Planuję wakacje.
Saturday
o borze zielony!
z uwagi na pewne problemy z officem, takie z pogranicza licencji, a raczej jej braku, zmuszony byłem ww. offica się pozbyć. a w pakiecie z nim outlooka. i szukałem dziś replacementa dla owego. na pierwszy ogień poszedł thunderbird, bo kiedyś korzystałem i był spoko, ale okazał się on być kiepski. synchronizacja z gmailem mu nie szła, a ja jakoś nie miałem weny do gmerania. więc wywaliłem i znalazłem eMClient. całkiem spoko, prawie outlook, hula i w ogóle. i to jak hula... zassał mi wszystkie maile. tak, takie od początku utworzenia skrzynki. i zacząłem je przeglądać. i strach w serce me wstąpił. bo czegóż tam nie ma... na serio, wszystko jest. wujaszek googiel wie o mnie bardzo dużo...
poza tym żyję. i mam się nawet nieźle.
poza tym żyję. i mam się nawet nieźle.
Thursday
TRN - opis eventu
Jak zaplanowanym było, 28 marca roku pańskiego udałem się do Turynu. Jak wiadomo miłe złego poczatki, więc pierwszy odcinek pokonałem bez przeszkód. Lot z Ciocią Lufa do Frankfurtu był nader miły - wpadlem na lotnisko o 6:05 (bo musiałem jeszcze zapalić, to chyba jasne), o 6:15 przeszedłem przez security i o 6:20 byłem przy bramce. Dodam, że wylot był o 6:30 i nie byłem ostatnim paxem. We Frankfurcie miała nastąpić przesiadka na pociąg do Dusseldorfu, bo Ciocia Lufa współpracuje chętnie z Deutsche Bahn. Tak, miała nastąpić. Bo już byłem na peronie, już nawet widziałem pociąg. Ale... Coś mi nie grało - numer się niby zghadzał, ale skład za krótki, jedna jednostka zamiast dwóch i coś nie bardzo ten tego. Więc postanowiłem zapytać. Nie tylko ja, ale i trzy inne osoby również. Pierwsza zapytana osoba - pani konduktor - powiedziała, że ona nic nie wie i wskazała kierownika pociągu jako źródło informacji. I cała czteroosobowa grupa udała się do niego. Ów stwierdził, że o niczym nie wie, ale to na pewno nie jest ten pociąg i należy czekać na kolejny. Grupa się lekko zdziwiła, ale cóż. Nie muszę chyba dodawać, że ten kolejny pociąg to trochę widmo, bo się nie pojawił.
Udałem się więc do Ticket Desk, żeby dowiedzieć się co z tym fantem zrobić. A tam okazało się, że rozwiązanie sprawy kosztuje 240 EUR - koszt przebookowania i upgrade do economy flex. Czy muszę dodawać, że chuj mnie strzelił? Chyba nie. Rad nie rad zapłaciłem i doleciałem do TRN. A po powrocie wysmarowałem skargi do LH i DB. DB już nawet odpisało i wskazało drzewo, jako miejsce gdzie mogę się udać. Ciocia LH jeszcze procesuje mój email. Chujom nie popuszczę. Bo gdybym się spóźnił, nie pojawił czy cokolwiek innego to rozumiem. Ale zostałem zwyczajnie źle poinformowany.
Co do Turynu to miasto takie sobie. Szału nie ma, ale tragedii też. Takie typowe duże włoskie miasto, z ładną architekturą, zadbane i czyste. Parę fotek mam, na życzenie mogę podesłać. Tak więc spędziłem dwa dni szwędając się do okoła i racząc się odmiennymi walorami wizualnymi.
Powrót zaś, też z Ciocią LH, odbył się już bez żadnych scen. Wszystko prawie na czas, nikt mnie nie wkurwił i nie okłamał. I to tyle.
Udałem się więc do Ticket Desk, żeby dowiedzieć się co z tym fantem zrobić. A tam okazało się, że rozwiązanie sprawy kosztuje 240 EUR - koszt przebookowania i upgrade do economy flex. Czy muszę dodawać, że chuj mnie strzelił? Chyba nie. Rad nie rad zapłaciłem i doleciałem do TRN. A po powrocie wysmarowałem skargi do LH i DB. DB już nawet odpisało i wskazało drzewo, jako miejsce gdzie mogę się udać. Ciocia LH jeszcze procesuje mój email. Chujom nie popuszczę. Bo gdybym się spóźnił, nie pojawił czy cokolwiek innego to rozumiem. Ale zostałem zwyczajnie źle poinformowany.
Co do Turynu to miasto takie sobie. Szału nie ma, ale tragedii też. Takie typowe duże włoskie miasto, z ładną architekturą, zadbane i czyste. Parę fotek mam, na życzenie mogę podesłać. Tak więc spędziłem dwa dni szwędając się do okoła i racząc się odmiennymi walorami wizualnymi.
Powrót zaś, też z Ciocią LH, odbył się już bez żadnych scen. Wszystko prawie na czas, nikt mnie nie wkurwił i nie okłamał. I to tyle.
Friday
Żydzi, kopytka i inne sceny
Wszystko miało miejsce wczoraj. Znaczy historyjki część pierwsza. Bo druga wcześniej. Ale o tym za chwilę. Tak więc no… Wczoraj przed południem otrzymałem email ja. Zdarza mi się takowe otrzymywać, jednakże zadziwił mnie nadawca. Bo okazał się nim Żyd. Tak, ten Żyd. I właśnie napisał on był, a raczej zapytał, czy ja żyję i co ze mną. Nie zdziwiłbym się, gdyby nie fakt, że ostatni email do mnie nadany był jakoś w listopadzie. Raptem pięć miesięcy temu. I na dodatek był on odpowiedzią na mój list elektroniczny. Zapytać można skąd się Żydowi owo zainteresowanie wzięło. Bo to w sumie clue całej tej historyjki. Otóż śniłem się. Nie tylko że Żydowi, ale i Rebece (Jadwini znaczy). I jak się im przyśniłem to uznali oni, że to znak jest i koniecznym jest skontaktowanie się ze mną i sprawdzenie jak się mam. Bo wiadomo, po prawie pół roku można by. Nie będę ukrywać, dla mnie to jakaś aberracja i pomylenie chuja z palcem. Przy czym nie mój palec, a chuj to już tym bardziej.
Rzecz druga. Otóż jakie 3 dni temu Stary zapytał mnie po powrocie z roboty czemuż to kolacji nie ma. Spojrzałem na niego jak na idiotę i zapytałem, że jaka kolacja. I czy ja jestem zobowiązany takowe przygotowywać. Stary zaraz, że nie, dowcip taki i tym podobne pierdolondo. Ale uznałem, że skoro się gnida domaga, to i mu tę kolację zrobię. Bo w sumie i tak czas spędzam czytając i oddając się grze w scrabble. Więc zajebałem wczoraj wieczerzę. Nie wiem ki chuj mnie podkusił, żeby to aż tak na bogato zrobić. Bo ubździły mi się kopytka, sos grzybowy, zasmażane buraczki i do kompletu mięso (taki tam malusi schabik pieczony). Jebałem się z tym wszystkim chyba ze trzy godziny, bo to buraki ugotuj, to mięso przygotuj, to tamto, to sramto. Efekt finalny zły nie był. No może oprócz kopytek bo nie posoliłem i jakieś trochę mączne wyszły. Ale Stary wszystko wpierdolił ino mu się uszy trzęsły.
No i to by było na tyle z historyjki.
Sunday
Saturday
Perypetie bezrobotnego
Dalej pozostaję bezrobotnym. Po ponad miesiącu od opuszczenia ostatniego przybytku i w sumie ponad trzech miesiącach poszukiwań. Sytuacja taka sobie szczerze mówiąc, momentami nawet wkurwiająca. Ale za to mam czas na literaki i czytanie książek (bo tablet już działa, więc można pdfy hurtem rzucać i pochłaniać) - moje ostatnie odkrycie to Joanna Chmielewska, której sarkastyczne poczucie humoru mnie urzekło.
Bułgarskiego się nie uczę, bo nie bardzo mam ochotę. Jakoś wyjebane mam, albo inaczej, wolę marnotrawić czas. Bo czemuż by nie, nieprawdaż?
Żeby nie było - jakieś tam sukcesy na polu poszukiwań są - co najmniej 10 rozmów odbytych, tylko szkoda, że nie otrzymałem żadnego letter of offer. Poza tym czekam na feedback z jednego przybytku, a do innego chciałbym troszkę na krzywy ryjek się dobić. Zobaczymy.
Ale poszukując tegoż wymarzonego stanowiska mam kontakt ze sporą liczbą tzw. rekruterów. Co to za zaraza jest to chyba nie muszę nikomu uświadamiać. Na ten przykład w czwartek dzwoni do mnie lasia. Lasia taka trochę sepleniąca, więc nie bardzo zrozumiałem o co jej chodzi i skąd dzwoni. Ale perorowała ona o jakimś customer service, że forex company i tak dalej. W tym momencie zaczęło mi świtać, że chyba z kimś to już omawiałem, ale że w zakres obowiązków wrzucone jest aktywne poszukiwanie nowych klientów, to powiedziałem, że nie, dziękuję, postoję. No i lasia, Pepi jej na imię, pyta czy może mi mailem job spec posłać i czy mogę jej na pare pytań odpowiedzieć pisemnie. I że czemu opuściłem ostatnią firmę. Ja na to, że wszystko było fajnie, ale tam była sprzedaż wrzucona, o czym nie byłem do końca uświadomiony i że ja sprzedawać nie chcę. Pepi mówi, że rozumie. I posłała maila. A w mailu jak kurwa wielki czarny chuj stoi, że sprzedaż. Więc w pierwszym zdaniu piszę, że nie dziękuję, ale na pytania odpowiedziałem. Niech ma dziewoja. Po 50 minutach, bo tyle jej zajęło przeprocesowanie wiadomości, Pepi dzwoni i pyta, kiedy chciałbym sobie to schedule the interview. Ja do niej, że w sumie to nigdy, bo wiadomo sprzedaż. Więc Pepi ponowiła pytanie kiedy. Ja że nigdy, bo sprzedaż. A Pepi znowu swoje, znaczy kiedy i jak i co w ogóle. Ja już lekko poirytowany mówię, że zarówno w mailu, jak i w poprzedniej rozmowie zaznaczyłem, że mnie sprzedaż nie interesuje. Pepi jakby zadziwiona mówi, że ok i że w sumie to szkoda. I tyle było z niej pożytku.
Wcześniej miałem inną pindę z takiej firmy, co to jest syfem i malarią, a płaci we wszach i kamyczkach. No i panna zadzwoniła. Mówi, że fajna fucha, szybki start date i w ogóle bosko. I pyta czy 1000 BGN mnie satysfakcjonuje. Ja mówię, że minimum to 1200, a najlepiej 1400, bo taka normalna stawka za Polish speaker. I w tym momencie coś na linii zaczyna zgrzytać, trzeszczeć i zrywa połączenie. Myślałem, że cipa oddzwoni, żeby powiedzieć, że ok, że rozumie i że good luck. A taki chuj (znowu wielki, czarny i stojący). Gdyby nie fakt, że dzwoniła z zastrzeżonego, to sam bym zadzwonił i powiedział jej, co myślę o takim zachowaniu. A najchętniej to bym im letter of complaint wysłał, że maja chujowy zasób ludzki. Ale uznałem, że se tym dupę tylko podetrą, więc szkoda czasu i atłasu.
No i to było w tym odcinku na tyle. Wracam do książek.
Bułgarskiego się nie uczę, bo nie bardzo mam ochotę. Jakoś wyjebane mam, albo inaczej, wolę marnotrawić czas. Bo czemuż by nie, nieprawdaż?
Żeby nie było - jakieś tam sukcesy na polu poszukiwań są - co najmniej 10 rozmów odbytych, tylko szkoda, że nie otrzymałem żadnego letter of offer. Poza tym czekam na feedback z jednego przybytku, a do innego chciałbym troszkę na krzywy ryjek się dobić. Zobaczymy.
Ale poszukując tegoż wymarzonego stanowiska mam kontakt ze sporą liczbą tzw. rekruterów. Co to za zaraza jest to chyba nie muszę nikomu uświadamiać. Na ten przykład w czwartek dzwoni do mnie lasia. Lasia taka trochę sepleniąca, więc nie bardzo zrozumiałem o co jej chodzi i skąd dzwoni. Ale perorowała ona o jakimś customer service, że forex company i tak dalej. W tym momencie zaczęło mi świtać, że chyba z kimś to już omawiałem, ale że w zakres obowiązków wrzucone jest aktywne poszukiwanie nowych klientów, to powiedziałem, że nie, dziękuję, postoję. No i lasia, Pepi jej na imię, pyta czy może mi mailem job spec posłać i czy mogę jej na pare pytań odpowiedzieć pisemnie. I że czemu opuściłem ostatnią firmę. Ja na to, że wszystko było fajnie, ale tam była sprzedaż wrzucona, o czym nie byłem do końca uświadomiony i że ja sprzedawać nie chcę. Pepi mówi, że rozumie. I posłała maila. A w mailu jak kurwa wielki czarny chuj stoi, że sprzedaż. Więc w pierwszym zdaniu piszę, że nie dziękuję, ale na pytania odpowiedziałem. Niech ma dziewoja. Po 50 minutach, bo tyle jej zajęło przeprocesowanie wiadomości, Pepi dzwoni i pyta, kiedy chciałbym sobie to schedule the interview. Ja do niej, że w sumie to nigdy, bo wiadomo sprzedaż. Więc Pepi ponowiła pytanie kiedy. Ja że nigdy, bo sprzedaż. A Pepi znowu swoje, znaczy kiedy i jak i co w ogóle. Ja już lekko poirytowany mówię, że zarówno w mailu, jak i w poprzedniej rozmowie zaznaczyłem, że mnie sprzedaż nie interesuje. Pepi jakby zadziwiona mówi, że ok i że w sumie to szkoda. I tyle było z niej pożytku.
Wcześniej miałem inną pindę z takiej firmy, co to jest syfem i malarią, a płaci we wszach i kamyczkach. No i panna zadzwoniła. Mówi, że fajna fucha, szybki start date i w ogóle bosko. I pyta czy 1000 BGN mnie satysfakcjonuje. Ja mówię, że minimum to 1200, a najlepiej 1400, bo taka normalna stawka za Polish speaker. I w tym momencie coś na linii zaczyna zgrzytać, trzeszczeć i zrywa połączenie. Myślałem, że cipa oddzwoni, żeby powiedzieć, że ok, że rozumie i że good luck. A taki chuj (znowu wielki, czarny i stojący). Gdyby nie fakt, że dzwoniła z zastrzeżonego, to sam bym zadzwonił i powiedział jej, co myślę o takim zachowaniu. A najchętniej to bym im letter of complaint wysłał, że maja chujowy zasób ludzki. Ale uznałem, że se tym dupę tylko podetrą, więc szkoda czasu i atłasu.
No i to było w tym odcinku na tyle. Wracam do książek.
Sunday
Saturday
Monday
Friday
Ale co z emeryturą?
Tak się złożyło, że ponownie (któryż to raz) jestem bezrobotny. Tym razem na własne życzenie, bo 9/01 rzuciłem wypowiedzenie, a 10/02 się rozstaliśmy. Dodać trzeba, że w niezwykle przyjaznych stosunkach i w ogóle kwiatki, zajączki i słoneczko świecące (bez nawet grama ironii, na serio).
No i od tegoż 10/02 sobie robię nic. Znaczy napierdalam na kurniku, gotuję Staremu i sprzątam i piorę i ogarniam tzw. ognisko domowe. Dziś miałem szczególnie ciężki atak, bo rzuciłem się na lodówkę (a Staremu przyznać trzeba, że chuja na niej wyłożył aż boli, więc rozmrażanie, wyrzucanie zbędnych produktów itp.) i szafkę pod zlewem. Oraz dwie dwulitrowe butelki Shumensko (ale czy to ważne?).
I tak sobie żyję. Między sprzątaniem a praniem miewam interview. Ale nie zawsze. I ogólnie mam w piździe. Bycie house wife mnie raczy. Tylko czemu nikt za to nie płaci?
No i od tegoż 10/02 sobie robię nic. Znaczy napierdalam na kurniku, gotuję Staremu i sprzątam i piorę i ogarniam tzw. ognisko domowe. Dziś miałem szczególnie ciężki atak, bo rzuciłem się na lodówkę (a Staremu przyznać trzeba, że chuja na niej wyłożył aż boli, więc rozmrażanie, wyrzucanie zbędnych produktów itp.) i szafkę pod zlewem. Oraz dwie dwulitrowe butelki Shumensko (ale czy to ważne?).
I tak sobie żyję. Między sprzątaniem a praniem miewam interview. Ale nie zawsze. I ogólnie mam w piździe. Bycie house wife mnie raczy. Tylko czemu nikt za to nie płaci?
Monday
Przemyślenie - odsłona druga
W tym docinku będzie o komunikacji przez opakowanie i design. Trochę. Zacznijmy od przypomnienia, że FB to ja nie posiadam. Znaczy generalnie nie, ale jakbym szczątkowo miał. No matter. Więc nie mając FB zostaje mi tylko buszowanie po LinkedIn. I ostatnio się zapuściłem w tamtejsze profile.
Przyczynkiem do wycieczki była jaka podpowiedź, że tę oto lasię zna pięciu twoich znajomych, więc i ty dodaj ją do sieci. Dodać nie dodałem, ale obadałem kto zacz. Lasia okazała się być jakimś junior assistant of consultant czy coś podobnego w PwC, KPMG czy innym Deloitte. Czy jakkolwiek się to tam zwie. Bo mniejsza o nazwy, gdyż gwiździem imprezy okazały się zdjęcia. bo poskakałem sobie po tych junior consultantach i innych seniorach cośtamcośtam, co to nawet wypowiedzieć nie potrafiłem, nie wspominając o jakimś sensownym pomyśle na to, co oni mogą w tych wielce poważnych firmach robić.
Więc zdjęcia. Nie samojebki, nie wakacyjne focie z drinem na all-inclusive, ale prawdziwe, profesjonalne foteczki. Takie, że aż człowieka zaduma ogarnia.
Bo typy zdjęć są następujące:
- jestem profejsonalna (pretensjonalna) do bólu - uroczy obrazek utrzymany w szarościach; twarz (czy to jeszcze twarz) mocno obrobiona i jakaś nieobecna. Śmiem twierdzić, że focia strzelona po zamknięciu bilansu.
- zegarzmistrz światła - czyli miś z zegarkiem, co to się pucować lubi jak nieszczęsny minister, były minister. Miś-zegarmistrz ubrany w firmowy kubraczek (mdły garnitur plus nijaka koszula i bezbarwny krawat) z busolą na przegubie. Bo to nie zegarek, a co najmniej zegar słoneczny. Wielki i oczojebny. I zapewne za więcej niż jedną pensję.
- niepweni - biedactwa tak zarobione, że nawet nie wiedzą, gdzie pracę wykonują, w związku z czym mają urocze zdjęcia na tle firmowego logo. Plus 10 do przestiżu i plus 30 do orientacji w życiu.
- jestem z miasta - grupa lansująca się. Mocno. Bo zdjęcie zrobione na tle miasta. Znaczy Warszawy. Tak dla podkreślenie przestiżu i pokazaniu, że o patrzcie złamasy, tyram jak wół, ale mam dostęp do 30. piętra we firmowym wieżowcu. Pytanie tylko czy mają tam windy.
Typów jest oczywiście więcej, ale wciąż chorobą zmożon jestem i mocy nie mam by opisać.
Udałem się dziś do pani doktor laryngolog na kontrolę. Tytułem wtrącenia - wciąż kaszlę. Pani doktor stwierdziła, że gardło jest ok, nos spoko i że ona nic nie widzi. I zawezwała na konsultację internistę. Chłop rad nierad się objawił, obejrzał mnie i zaprosił do swoejgo gabinetu. A tam zaczął psioczyć na panią laryngolog, że jak gardło w porządku, kiedy czerwone i takie tam. Ale osłuchał mnie, obejrzał, wywiad przeprowadził i stwierdził, że on nie wie. Bo płuca ok, nie charczę i krwią nie pluje. Więc stwierdził, że on mnie taki fajny antybiotyk przepisze, co się go podaje po powikłaniach po świńskiej grypie. Bo w sumie nie zaszkodzi, a może pomóc. A, i dwa dodatkowe dni zwolnienia też się przydać mogą.
PS. Antybiotyk numer jeden oprócz działania na gardło służy także do walki z rzeżączką. Antybiotyk numer dwa, dziś otrzymany, dodatkowo z chlamydią. Tak o.
Przyczynkiem do wycieczki była jaka podpowiedź, że tę oto lasię zna pięciu twoich znajomych, więc i ty dodaj ją do sieci. Dodać nie dodałem, ale obadałem kto zacz. Lasia okazała się być jakimś junior assistant of consultant czy coś podobnego w PwC, KPMG czy innym Deloitte. Czy jakkolwiek się to tam zwie. Bo mniejsza o nazwy, gdyż gwiździem imprezy okazały się zdjęcia. bo poskakałem sobie po tych junior consultantach i innych seniorach cośtamcośtam, co to nawet wypowiedzieć nie potrafiłem, nie wspominając o jakimś sensownym pomyśle na to, co oni mogą w tych wielce poważnych firmach robić.
Więc zdjęcia. Nie samojebki, nie wakacyjne focie z drinem na all-inclusive, ale prawdziwe, profesjonalne foteczki. Takie, że aż człowieka zaduma ogarnia.
Bo typy zdjęć są następujące:
- jestem profejsonalna (pretensjonalna) do bólu - uroczy obrazek utrzymany w szarościach; twarz (czy to jeszcze twarz) mocno obrobiona i jakaś nieobecna. Śmiem twierdzić, że focia strzelona po zamknięciu bilansu.
- zegarzmistrz światła - czyli miś z zegarkiem, co to się pucować lubi jak nieszczęsny minister, były minister. Miś-zegarmistrz ubrany w firmowy kubraczek (mdły garnitur plus nijaka koszula i bezbarwny krawat) z busolą na przegubie. Bo to nie zegarek, a co najmniej zegar słoneczny. Wielki i oczojebny. I zapewne za więcej niż jedną pensję.
- niepweni - biedactwa tak zarobione, że nawet nie wiedzą, gdzie pracę wykonują, w związku z czym mają urocze zdjęcia na tle firmowego logo. Plus 10 do przestiżu i plus 30 do orientacji w życiu.
- jestem z miasta - grupa lansująca się. Mocno. Bo zdjęcie zrobione na tle miasta. Znaczy Warszawy. Tak dla podkreślenie przestiżu i pokazaniu, że o patrzcie złamasy, tyram jak wół, ale mam dostęp do 30. piętra we firmowym wieżowcu. Pytanie tylko czy mają tam windy.
Typów jest oczywiście więcej, ale wciąż chorobą zmożon jestem i mocy nie mam by opisać.
Udałem się dziś do pani doktor laryngolog na kontrolę. Tytułem wtrącenia - wciąż kaszlę. Pani doktor stwierdziła, że gardło jest ok, nos spoko i że ona nic nie widzi. I zawezwała na konsultację internistę. Chłop rad nierad się objawił, obejrzał mnie i zaprosił do swoejgo gabinetu. A tam zaczął psioczyć na panią laryngolog, że jak gardło w porządku, kiedy czerwone i takie tam. Ale osłuchał mnie, obejrzał, wywiad przeprowadził i stwierdził, że on nie wie. Bo płuca ok, nie charczę i krwią nie pluje. Więc stwierdził, że on mnie taki fajny antybiotyk przepisze, co się go podaje po powikłaniach po świńskiej grypie. Bo w sumie nie zaszkodzi, a może pomóc. A, i dwa dodatkowe dni zwolnienia też się przydać mogą.
PS. Antybiotyk numer jeden oprócz działania na gardło służy także do walki z rzeżączką. Antybiotyk numer dwa, dziś otrzymany, dodatkowo z chlamydią. Tak o.
Saturday
Przemyślenia - odsłona pierwsza (z trzech zaplanowanych)
Od dłuższego czasu po głowie wątek ten mnie chodził, ale zawsze jakoś umykał później, ginął pośród innych zajęć i nic z pisania nie wychodziło. Do dziś. Bo dziś temat przewodni mnie dotknął mocno. Żywym ogniem zapiekł.
Chodzi o pewną niezwykłą umiejętność nacji bułgarskiej do blokowania. Wszystkiego. Przy czym prym wiodą schody ruchome. Tak. Wydawałoby się, że ludzie w większości krajów świata, gdzie wynalazek ten zaimplementowano, wiedzą że po prawej się idzie, a po lewej stoi. Wydawałoby się. Bo w BG mają pewne braki edukacyjne. Polegają one na tym, że na schodach ludzie zachowują się w sposób losowy, przy czym zawsze sprawiają wrażenie bezmózgich.
Losowość przedstawia się następująco (i dodam, że jest to wersja skrócona, gdyż wszystkich możliwych kombinacji opisać w stanie nie jestem):
- w uścisku pytona - znaczy stoimy wężykiem - lewo, prawo, lewo, prawo. Nie sposób ominąć, wyminąć, trzeba stać do końca.
- strzała amora - opcja ta dotyczy najczęściej osobników płci mieszanych w wieku do lat 40. Stoją oni parami, obok siebie, dla podniesienia poziomu romantyzmu trzymając się za ręce lub czule sobie do ucha romantyczne zgłoski szepcąc. Magiczne słówko izvinete nie zawsze pomaga.
- nawet klasówka nas nie rozłączy - młodzież w wieku szkolnym blokująca trakt mechaniczny parami. Bo one muszą stać koło siebie, bo nie daj bóg jedną coś porwie albo wchłonie i druga z rozpaczy uschnie. W tym wypadku pomaga basowe excuse me wyryczane zza ich pleców. Odskakują z reguły jak drzwi w ikarusie.
- grupa amortyzująca upadek - jak nazwa wskazuje jest to grupa, najczęściej w wieku szczeniackim blokująca schody w pizdu. Łatwiej byłoby skoczyć w dół niż ich ominąć. Czasem excuse me pomaga, przy czym w większości przypadków skuteczniejszy jest zestaw typu valium i seta.
- ja i moje skarby - czyli pan bądź pani i jej/jego wózek zakupowy (taka dwukółka). Bo wiadomo, że w dwukółce są rzeczy dalece cenne i nie może ona jechać przed lub za właścicielem. Ona musi jechać obok pańskim okiem tuczona. Jak dotąd próba ominięcia tegoż zjawiska nie powiodła się.
- papużki-nierozłączki - czyli dwie najlepsze psiapsiółki biorące udział w misji ratowania świata. Ponieważ misja to poważna muszą się i poważnie naradzić. A nie ma lepszego miejsca i czasu niż schody ruchome.
I tak dalej... Gdyby ktoś chciał dokonać jakiegoś bezkrwawego aktu mającego na celu paraliż dużej metropolii, to może śmiało użyć losowo wybranej gruby Bułgarów. Wystarczą ich dwie setki (byleby ich strategicznie rozlokować) i miasto leży. A raczej stoi. Oczyma wyobraźni widzę schody w londyńskim metrze... Ach... Co to by był za show...
Oprócz schodów Bułgarzy potrafią także skutecznie zatarasować chodniki (przecież chodzenie ławą nikomu nie powinno przeszkadzać), przy czym opcja chodnik jest dostępna również dla kierowców, którzy gdzieś muszą swoje wielce ważne samochody poupychać (bo kto to widział żeby do osiedlowego marketa, 300 metrów od chaty, z papcia ciągnąć. Pan/Pani samochód ma, stać jego/ją, to i pojedzie i chuj plebsowi do tego).
Do blokowania świetnie nadają się również alejki w sklepach i innych galeryjach handlowych. Tu można się nawet bardziej popisać, bo ma się do dyspozycji wózek. A wiadomo, że wózek można zostawić w poprzek i iść 20 metrów dalej szukać najtańszej kiełbasy/podpasek/kalesonów. Bo czemuż by nie. A że później inni użytkownicy muszą wykonywać slalom gigant i inne akrobacje? A cóż oni kogokolwiek interesują. Liczy się tylko mój wózek i moje w nim bambetle.
Bo Bułgar z wózkiem (czy też samochodem) to jak chłop na zagrodzie, równy wojewodzie. Albo i kmetowi.
Dziś właśnie doznałem ataku toczenia piany z pyska i wkurwobłędu w jednym z centrów handlowych. Musiałem wyglądać zjawiskowo, bo ludzie aż się rozstępowali na mój widok. Szał, czyż nie?
Chodzi o pewną niezwykłą umiejętność nacji bułgarskiej do blokowania. Wszystkiego. Przy czym prym wiodą schody ruchome. Tak. Wydawałoby się, że ludzie w większości krajów świata, gdzie wynalazek ten zaimplementowano, wiedzą że po prawej się idzie, a po lewej stoi. Wydawałoby się. Bo w BG mają pewne braki edukacyjne. Polegają one na tym, że na schodach ludzie zachowują się w sposób losowy, przy czym zawsze sprawiają wrażenie bezmózgich.
Losowość przedstawia się następująco (i dodam, że jest to wersja skrócona, gdyż wszystkich możliwych kombinacji opisać w stanie nie jestem):
- w uścisku pytona - znaczy stoimy wężykiem - lewo, prawo, lewo, prawo. Nie sposób ominąć, wyminąć, trzeba stać do końca.
- strzała amora - opcja ta dotyczy najczęściej osobników płci mieszanych w wieku do lat 40. Stoją oni parami, obok siebie, dla podniesienia poziomu romantyzmu trzymając się za ręce lub czule sobie do ucha romantyczne zgłoski szepcąc. Magiczne słówko izvinete nie zawsze pomaga.
- nawet klasówka nas nie rozłączy - młodzież w wieku szkolnym blokująca trakt mechaniczny parami. Bo one muszą stać koło siebie, bo nie daj bóg jedną coś porwie albo wchłonie i druga z rozpaczy uschnie. W tym wypadku pomaga basowe excuse me wyryczane zza ich pleców. Odskakują z reguły jak drzwi w ikarusie.
- grupa amortyzująca upadek - jak nazwa wskazuje jest to grupa, najczęściej w wieku szczeniackim blokująca schody w pizdu. Łatwiej byłoby skoczyć w dół niż ich ominąć. Czasem excuse me pomaga, przy czym w większości przypadków skuteczniejszy jest zestaw typu valium i seta.
- ja i moje skarby - czyli pan bądź pani i jej/jego wózek zakupowy (taka dwukółka). Bo wiadomo, że w dwukółce są rzeczy dalece cenne i nie może ona jechać przed lub za właścicielem. Ona musi jechać obok pańskim okiem tuczona. Jak dotąd próba ominięcia tegoż zjawiska nie powiodła się.
- papużki-nierozłączki - czyli dwie najlepsze psiapsiółki biorące udział w misji ratowania świata. Ponieważ misja to poważna muszą się i poważnie naradzić. A nie ma lepszego miejsca i czasu niż schody ruchome.
I tak dalej... Gdyby ktoś chciał dokonać jakiegoś bezkrwawego aktu mającego na celu paraliż dużej metropolii, to może śmiało użyć losowo wybranej gruby Bułgarów. Wystarczą ich dwie setki (byleby ich strategicznie rozlokować) i miasto leży. A raczej stoi. Oczyma wyobraźni widzę schody w londyńskim metrze... Ach... Co to by był za show...
Oprócz schodów Bułgarzy potrafią także skutecznie zatarasować chodniki (przecież chodzenie ławą nikomu nie powinno przeszkadzać), przy czym opcja chodnik jest dostępna również dla kierowców, którzy gdzieś muszą swoje wielce ważne samochody poupychać (bo kto to widział żeby do osiedlowego marketa, 300 metrów od chaty, z papcia ciągnąć. Pan/Pani samochód ma, stać jego/ją, to i pojedzie i chuj plebsowi do tego).
Do blokowania świetnie nadają się również alejki w sklepach i innych galeryjach handlowych. Tu można się nawet bardziej popisać, bo ma się do dyspozycji wózek. A wiadomo, że wózek można zostawić w poprzek i iść 20 metrów dalej szukać najtańszej kiełbasy/podpasek/kalesonów. Bo czemuż by nie. A że później inni użytkownicy muszą wykonywać slalom gigant i inne akrobacje? A cóż oni kogokolwiek interesują. Liczy się tylko mój wózek i moje w nim bambetle.
Bo Bułgar z wózkiem (czy też samochodem) to jak chłop na zagrodzie, równy wojewodzie. Albo i kmetowi.
Dziś właśnie doznałem ataku toczenia piany z pyska i wkurwobłędu w jednym z centrów handlowych. Musiałem wyglądać zjawiskowo, bo ludzie aż się rozstępowali na mój widok. Szał, czyż nie?
Tuesday
L quattro
Stało się. Po raz pierwszy w życiu jestem na L4. Do piątku. Bo od ponad dwóch tygodni kicham, kaszlę (przepotężnie), smarkam i czuję się jakoś tak oble. Tu pobolewa, tam strzyka, tu z kolei drapie.
Więc po dniach ponad 14 udałem się do jednego przybytku leczniczego, co by mnie pani laryngolog obejrzała. I była ona obejrzała mnie. I się nie ucieszyła. Bo czemu tak późno się odmeldowałem u niej? Ja na to, że ja z tej grupy, co to odwiedza lekarza kiedy umiera albo w stanie innego emergency. Pani tylko westchnęła, że to jak 99% pacjentów i później problem i szalejąca grypa.
Tak więc do końca tygodnia się opierdalam. Będę siedział na chacie, bąki zbijał i w stołek popierdywał. Chociaż może też jakoś bardziej ambitnie się wezmę za szukanie pracy. Bo wypadałoby. Ale najpierw się porelaksuję.
Poza tym na odcinku sofijskim spokój i cisza. Idę skonsumować antybiotyk.
Friday
Nadrabiajac zaleglosci
Przyznac nalezy, iz poletko blogowe mocno zaniedbalem ostatnio. Ale jakos weny nie mialem. A pozniej checi. Nastepnie opuscily mnie po kolei zapal, chec i wizja. Ale wrocily. Znaczy juz wczoraj, ale jakos chec byla oslabiona i nic z pisania nie wyszlo.
Zaczynajac od Nowego Roku. Znaczy imprezy, co to polegala na spedzaniu czasu z dwiema paniami o orientacji innej i Lionem. Kici-kici. Bylo milo, o rysunkach sie mowilo i nawet nie tak znowu duzo pilo. Znaczy 1/01 bylem w niezlej kondycji. Na tyle niezlej, ze poczulem bol egzystnecji, ze tu prosze panstwa 1/01, a ja nie mam zadnego lotu jeszcze na ten rok. I zaczalem gmerac. I szukac. I kombinowac. I znalazlem w miare okazyjny Turyn. 28/03 lece tam. Po co? Nie wiem za bardzo.
Pozniej bylo juz mniej fajnie, bo trzeba bylo wrocic do pracy, gdzie permanentnie cisnienie mi podnosza. I tak podniesli, ze 9/01 dostali moje wypowiedzenie. Zostaly mi wiec jeszcze 3 tygodnie tutaj. 3 tygodnie polegajace na robieniu nic (prawie) i byciu za to oplacanym. Deal of the month. Troche mnie tylko szukanie nowej roboty irytuje, bo idzie kiepsko. Ale moze nastapi progres. Oby.
I na koniec Lapki hoch! Wczoraj, w ramach zabaw okoloprzedwstepnych, powiedzialem Lionowi, zeby podniosl lapki do gory, gdyz chcialem go koszulki pozbawic. I powiedzialem po polsku, zeby lapki podniosl. A on na to: Lapki hoch? Przyznaje, byla chwilowa przerwa. Musialem sie uspokoic.
Subscribe to:
Posts (Atom)
