Monday
5 funtow
tak wiec wczoraj wina wchodzily, a dzis nie ma nawet najmiejszych oznak kaca. luksus po prostu.
a teraz siedze i badam lokalny rynek nieruchomosci. co jak gdzie i za ile. bo kwestie miec nalezy na uwadze.
no i w sumie nuda. swieta sie skonczyly, korzystam z ostatniego dnia wolnego, planujac jednoczesnie animacje urlopowe. no nuda, nie ma co kryc.
Sunday
zawirowania
na zakladzie okazalo sie, ze urlop to brac koniecznie nalezy, nie ma za placenie, ze jaki ekwiwalent, tylko bookowac holidaye i nie pierdolic. ale ale ale. bookowac mozna jednakowoz do 21 stycznia roku 2012, bo teraz w szczycie urlopowym nas nie poupychaja wszystkich. co oznacza, ze moja technika na przeczekanie dala jakis efekt, bo po pokryciu bank holidayow urlopem, co by byc paid za te dni (swoja droga dziwna technika - pracownik agencyjny moze miec wiecej wolnego niz kontraktowy) zostali mnie byli dwa dni. konkretnie 12 i 13 stycznia. a to oznacza, ze polece jednak do PL napic sie tej owdki, poruchac i w ogole. choc glownym celem wyjazdu jest zakup artykulow tytoniowych, bo moich zacnych davidoffow to ja tu nie dojrzalem do tej pory jakos. a koncza sie nieublaganie.
z tejze, urlopowej okazji, mialem nawet juz bilet zakupic, ale niestety moje srodki utkneli gdzies miedzy opodo, bankiem, a kontem posrednika i jutro bede musial dzwonic robic male escalation i dowiedziec sie wtf i co z mymi lotami. a nie powiem, przybookowalem po kurwie pelnej i bez hamulcow. SASem via CPH do POZ (zajebisty jest ten lot ostatni) i powrot, juz skromniej, bo LH via MUC. moze bedzie mi dane bryknac, ale moze tez jutro bedzie "computer says no". pozyjom, uwidzim.
poza tym, znowu o robocie, ale "possibly" (slowo klucz-wytrych) bedzie dzialka investigation rozbudowana o dodatkowe accessa, co by w systemi moc dokonywac zmian pewnych. ale to possibly, wiec nie ma co jarac nadmiernie.
i innych informacji, to obejrzalem w koncu Boska! z Janda i rzeczywiscie jest bosko. a juz aria adeli jest dla mnie majstersztykiem dalekim.
do tego jaram sie rowniez nowo odkryta time machine by robyn. nie wiem, jak ja moglem tego nie znalezc wczesniej.
a i sniegiem przykurwilo. co prawda roztopil sie on po 10 minutach, ale byl.
a i (2) kurtke nabylem. po pijaku dodam. ale jak na trzezwo ja zobaczylem, to w sumie nie mialem jakiegos ogromnego dysonansu. nawet niezla jest. buty tez kupilem, ale to juz w ogole bez pomocy alkoholu.
i to by bylo na tyle. jak sie cos zdarzy, bede apdejtowac. czyli raczej nie predko.
Saturday
w sumie nic, a jednak cos
na razie plan zaklada, ze lecimy do WAW, bo w sobote bedzie spotkanie w LCJ. reszte bedzie sie kleic na biezaco.
poza tym nuda. bo praca. a tam trwanie w dzialce inwestigejszyn, co nie wszystkim w smak, co poniekad w pizdzie mam.
nasmarowalbym cos jeszcze, ale wino mowi, ze jest wazniejsze.
Friday
myslal indor o niedzieli
a propos pracy, to jakies 2 tygodnie temu mialem urocza konwersacje o tym, ze moje attitude jest dalece niesatysfakcjonujace zaklad, ze jest jakis niemily i w ogole. w sumie nie wiedzialem, o co chodzi za bardzo, ale chuj w to. we wtorek zas mialem kolejna rozmowe, tym razem o tym, jaki to jest jestem zajebisty, fantastyczny i w ogole well done. a dodam, ze moje zachowanie zmianie nie uleglo. smiem twierdzic, ze sie komus cos jeblo. albo tez kogos jeblo.
z racji zas urlopu, co mial byc, ale bedzie pozniej, to sie w PL objawic planuje w marcu. choc w sumie nie wiem, czy az tak bardzo sie mnie chce. jakis taki mnie dysonans ogarnal byl.
nuda panie, nic sie nie dzieje
poza tym co... planuje przybookowac flajta to PL na okolice konca stycznia (bo wszyscy chca mnie zobaczyc, napic sie ze mna wodki, a niektorzy jeszcze by sie poruchali), trzaskam nadgodziny na hektary (w tym tygodniu wyjdzie jedyne 16), moja umiejetnosc rozumienia tubylcow jakby wzrosla, ale jakby nie tak bardzo, jak mozna by sie tego spodziewac.
obserwacji socjologicznych nie chce mi sie opisywac - moge jedynie powiedziec, ze jestem pod wrazeniem, jak ta banda jelopow i inbredow zawladnela spora czescia swiata. bo nacja brytyjska malo urodna i jeszcze mniej lotna. choc swojego timlidera bym z wyra nie wywalil. bo portugal.
a to ze kurier przekrecil tragicznie moje nazwisko powinno sie rozumiec samo przez siebie. bo ciapaty byl.
Thursday
kontynuujac
robota przeze mnie posiadana najambitniejsza nie jest. najbardziej oplacalna tez nie. ale przynajmniej osluchuje sie z tutejszym gulgotem. co prawda kiedy przecietny angol cos do mnie mowi, to chuja rozumiem, ale za to czaje juz maslimow i indiancow z indii.
co do maslimow (lub generalnie arabow), to jest nawet taki jeden, co bym go z wyra nie wywalil, a nawet chetnie bym go tam zatargal.
poza tym na zmianie mam jeszcze dwie ciocie - jedna mala i spasiona, ktora mysli, ze ja wszyscy lubia i druga - taka z gatunku lans i plyne w powietrzu. dramat. okrutny.
pozatym calkiem spoko. nawet lepiej niz zakladalem. na serio.
Wednesday
Tuesday
pokaz pan paszport
ilez to energii wymaga utrzymywanie pionu intelektualnego...
god bless nosowska. ta taka nowa.
ps. moje pozycie seksualne sie nie zanosi na udane. na zadne sie nie zanosi. ja chce do skandynawii. juz zaraz, pierwszym finnairem czy nawet lufa z bhxa.
Thursday
czarne kowboje
Friday
cholera wie, jak nalezaloby ow post zatytulowac
sie bylo przewinelo ostatnimi czasy pytanie. na poczatku, jakis miesiac temu, czy nawet ponad, po udanym dosc seksie z Panem M., padlo pytanie "czy bedziesz tesknil?". ostatnio padlo ono we wtorek, w czasie malej konsumpcji na osiedlu wichrow wiejacych, i zadane zostalo przez Pania S. w obu wypadkach, niezaleznie od ilosci promili w wydychanym powietrzu, padla odpowiedz, ze nie. co prawda w obu tez przypadkach odpowiedz brzmiala zupelnie inaczej i dobor slow byl mniej, lub bardziej, dyplomatyczny, ale nie.
generalnie roztrzasanie (duze slowo, zastanowila mnie bardziej odpowiedz moja i jej pewne trwanie w czasie) tego utwierdzilo mnie w przekonaniu, ze nie. bo primo, nie ma co ukrywac, emocjonalnie to ja sie w okolicy pantofelka plasuje i cos takiego jak tesknota jest mi dalece obce i niezrozumiale. secundo - nie ma za czym/kim tesknic, bo ok, czestotliwosc spotkan ulegnie obnizeniu, ale nadal beda one wykonalne (ok, sex via arajp mnie zupelnie nie raczy, ale inne sprawy mozna ta droga zalatwic), wiec po co sie spinac i zadawac takie pytania. w koncu nie wyjezdzam do nowej zelandii, strefa czasowa prawie ta sama, wiec wtf moglby zapytac zainteresowany czytelnik?
otoz po raz kolejny okazuje sie, ze to ludzie sie do mnie przywiazuja, ale nie ja do nich. i nie rozumiem za bardzo dlaczego i po co? przeciez moze byc tak, jak z Pania A, ze oboje jestesmy w roznych rejonach, ale kontakt mamy, obieg newsow jest i generalnie buczy i gra. ok, fajnie byloby sie wodki razem napic, ale ze nie ma jak, to nikt sie nie potnie z tego powodu. tak sie stalo, tak sami zdecydowalismy i tak jest. niestety, inni jakby do takiego pulapu nie dorosli, albo tez ja nie doroslem do nich.
Thursday
it's been done
chuj, jakos to bedzie. istnieje nawet nadzieja, ze zle nie bedzie. nie takie burdele sie przecie ogarnialo w swej karierze.
Wednesday
1,65 kg
poza tym dalej nic nie wiem. 0 info o obronie, 0 info o terminie wylotu i ogolnie szereg 0 info. ruchanie tez na 0.
update - 4.10 o 11 bede zdobywac mgr. i chuj.
Sunday
sie uzewnetrznie, a co!
musze zaczac sie pakowac, a nie mam weny. do niczego - poza kurnikiem, prasa i glupotami w necie - nie mam weny. nawet do rozgladania sie za robota u krolowej eli. pale za to jak pojebany. na kilogramy, hektary i kartony. nawet alkohol mi sluzyc przestal i pomimo super promo w biedrze loje herbate. ale czerwona i zielona na zmiane.
w dupie. ide spac. moze sie obudze z wiekszym ogarnieciem egzystencjalnym.
Friday
bylem, zdobylem i w ogole
poza tym jak zwykle 3 city (w sumie 2city, bo bylem tylko w GDN i SOP) mnie uraczylo i odnosze wrazenie, ze tam generalnie 'cos' zyje i 'cos' sie dzieje, a w POZ co najwyzej dziury na drogach zwiekszaja swa kubature. no i kurwa najwazniejsze - z 3city startuje milosc ma wielka - Anna Szefowa-MSZ-niestety-byla Fotyga. ot, maja tam dobrze.
poza tym nuda - rozpoczynam akcje pakowanie i takie tam. no.
Wednesday
skad oni sie biora?
laska mnie rozjebala. na serio dawno tak zebami nie trzeszczalem.
Monday
nijusy
1. nergal a sprawa polska, czyli jak nakryc jednym chlopem wszystkie polskie problemy.
2. Pan Lukasz a WSZ, czyli piatek w GDN.*
3. Pan Lukasz a Pani Irena, czyli czwartek w GW.
4. kasztelan niepasteryzowany a sciezki karier, czyli jebne ryjem o wyro i tyle z roboty.
5. walizka, a sprawa wyjazdu, czyli pakowanie wersja trial zakonczone sukcesem. (co nie zmienia faktu, ze i tak plecak zmuszony bede nadac za pieniazka)
6. jesien, a zimne noce, czyli czemu na dworze jest 9 stopni. jeszcze na plusie.
7. stary, a moje konto, czyli czemu nie mam jeszcze na nim siana.
8. pachne, czyli jestem - krotka historyjka o 10 flakonach moich perfum.
9. spodzien, a obrona. czy kolor czarny zbalansuje nadmiar odcieni niebieskiego.
10. Kaz, a Wieczerzycki, czyli czemu kurwa wciaz nie jest znany moj termin obrony.
11. i na koniec rarytas - terminarz nie pozwala mi na niezobowiazujacy wyruch. temat okraszony zostanie sesja zdjeciowa dla podniesienia poziomu czytelnictwa.
12. konkurs dla stalych czytelnikow - wygraj landszafta za zdjecia ze zjazdu z okazji 60. rocznicy przystapienia do HJ.
* - ekskursja do GDN trwac bedzie jedyne 6 godzin w jedna manke. jestem wstrzasniety, bo zmieszany to nigdy.
Saturday
jodlujace bayerisie i dyplom poczta
zas sprawa z jodlujacymi wziela sie stad, ze razu pewnego, kiedy to Pan M. bujal sie po kadewe dojrzal tam byl plytke z niemieckimi przebojami, co racza bylych czlonkow hitlerjugend na ich wspominkowych zjazdach. dojrzal i zakupil on owa plytke, gdyz wiedzial doskonale, jakaz to wielka miloscia darze siostry marie i margot, kiedy to podskakujac w ludowych strojach spiewaja swoje servus, gruezi und hello. zakupiona plytka lezala sobie spokojnie na terenie wlosci na OWW, az nastal czas wyprowadzki i wywozenia, wywalania i ogolnego pozbywania sie fantow (swoja droga ile czlowiek tego nachomikuje, to az niewyobrazalne). czesc fantow wywozona jest do GW i tam wlasnie Pani Irena dojrzala byla owa plytke i zapytala, coz tam za hity sa. odpowiedzialem, zgodnie z prawda, ze hitlerowcy sobie tam jodluja i spiewaja (?) jakies swoje piesni ludowe. po 30 sekundach plyta byla juz w odtwarzaczu, a ze Irena ostatnio zainwestowala w sprzet o niemalej mocy, to efekt z lekka porazal i przerazal. przesluchawszy ze trzy kawalki Irena doszla do wniosku, ze muzyka ja dalece raczy, a sasiadow najpewniej dalece wkurwi, wiec ona chetnie sluchac bede i jakbym mial tego wiecej, to ona chetnie pod opieke to wezmie. poniewaz ja rowniez kocham wielce jej sasiadow zastanawiam sie nad stworzeniem jakiej kompilacji, gdzie hitlerowcy beda wesolo zawodzic, pardon, jodlowac.
kaz wciaz nie wie, co z obrona, ja zas nie wiem z tego powodu co z samolotem. i tak sobie oboje nie wiemy, co na dluzsza mete skutkuje wzrotem cen dylizansu lotniczego, moim malym wkurwem i ogolnie tak malo zdrowe jest.
ps. rozowy sikacz z biedry za cale 14,99 wchodzi jak zloto. nic tylko sie nim nakurwic przy najblizszej okazji. byc moze nawet dzis.
Tuesday
to-do list
- tlumaczenie dyplomu
- wplata za dyplom i tlumaczenie
- podanie o tlumaczenie
- zdjecia do dyplomu wydrukowac
- zalatwic poswiadczenie notarialne (to jest kurwa cyrk, jak ja ic pierdolę serdecznie, bo na przykład ten na innych zacnych uczelniach odbioru dokonac mozna za potwierdzeniem wystawionych przez dziekanat, ale te leniwe gnidy z zarzadzania pewnie drza na sama mysl, ze mialyby gdzies dodatkowa piecztake jebnac)
- kupic spodzien na obrone
- powaznie zastanowic sie nad iloscia sztuk bagazu, ktore nalezy wykupic w wizirze
- wyprac zimowa kurtke (myslenie o takich rzeczach we wrzesniu to perw z lekka)
- zrobic ponowny risercz rzeczy potrzebnych/przydatnych/mogacych sie kiedys przydac
- ... do uzupelnienia
musze sprawdzic, czy aby przpadkiem gotowka nie sram. najlepiej we frankach albo euro.
* - licze, ze jak o czyms zapomnialem, to mnie Halinko przypomnisz
Monday
final fight
wiec o 16:30 usiedli my do komputerkow, a Ciocia Hela byla uprzejma wyglosic male dictum, ze wiecie panowie, to ostatnie podejscie, nie ma przymusu, mozna pozniej, bo jak ktos nie zda, to bardzo mnie przykro, ale zmuszona bede wyjebac z UEPu. czy cos tam, bo w sumie nikt nie wiedzial, jakie sa konsekwencje niezdanego warunku. w zwiazku tez z tym Pan G. powiedzial "pas" i ze on jednak nie chce, nie czuje sie gotowy i takie tam gadki. ja niestety nie mialem takiej opcji, bo czas goni, krolowa Ela na wyspach czeka i w ogole.
wiec tak... pierwsze zadanie - optymalizujemy produkcje. tu zaskoczyli mnie byli solvera raporty, bo troche nie pokazywali, co trzeba. pewnie dlatego, ze cos spierdolilem. no chuj, idziemy dalej. a tam sortujemy banki. wprowadzona pierwotnie formula skutkowala wynikami w postaci samych zer. no od gory do dolu. wiec trzeba bylo dokonac malej autorskiej przerobki, co spowodowalo, ze wyniki okazali sie byc lepszymi (bo niezerowymi), co nie oznacza, ze wyniki te byli dobrzy. kolejne byly czesci zamienne, ale ze ja sie na naprawach srednio znam (moze jakby kazali detkiw rowerze liczyc, to by sie udalo), to i zadanie w calosci spierdolilem. pozniej troche mi solver nie chcial pomoc w wyliczeniu kosztu skrocenia projektu. jakies warunki powpisywalem, ale niestety, nie pyklo. na koniec zas akcje w portfelu i reka w nocniku. tez niby cos zrobilem, ale nie do konca, a w sumie to nawet nie do polowy. summa summarum - zjebalem podejscie numer 3.
kiedym zas skonczyl, Ciocia Hela zaproponowala, ze mnie to ona sprawdzi na szybko, jeslim reflektuje na taka opcje. ja ze bardzo chetnie, dwa razy poprosze, a w tym czasie na peta se skocze. wrociwszy z peta okazalo sie, ze no bardzo nam przykro, ale punktow troche malo, wiec pytanie ratunkowe. pytanie o izokwante. w tym momencie przed oczami ujrzalem mroczki i blisko zawalu bylem, bo ni chuja nie wiedzialem dokladnie kim izokwant jest. to znaczy cos tam gdzies mnie majaczylo, ale niezbyt konkretnie. wiec po 3 minutach moich zenujacych z lekka uzewnetrznien z dziedziny badan operacyjnych Ciocia Hela powiedziala tylko, zebym przyniosl indeks do sekretariatu, a ona mnie wpisa zmaluje.
z wrazenia az sie spocilem.
opisalbym to stresujace, acz radosne, wydarzenie wczesniej, ale niestety w piatek sie strasznie brzydko najebalem z Panem M. (uznalem, ze 0,7 to idealne wyzwanie na ow dzien) i jak na zlosc mialem jeszcze faze uzewnetrznien lirycznych z gatunku 'zenujace i przykre'. dlatego tez nastepenego dnia ukulem nowe powiedzonko: "piles - zamknij ryja".
w sobote zas mialem kaca. strasznego. okrutnego. nie rzygalem co prawda jak kot, ale wielokrotnie tego dnia mialem ochote dokonac zywota. poza tym kac ow obalil teze, jakoby po wyborowej nie wystepowal on byl. bo kurwa wystpail.
o 17:30 wsiadlem w treni do kutna (bo Pan M jechal do WAW, wiec uznalem, ze sie kawalek przejade).
pozniej znowu bylo chlanie, ale jakos Pani J szybko odpadla i nie bylo woli wsrod pozostalyc konsumentow wodki, by dalej chlac.
dzis, w sumie juz wczoraj, wrociwszy na OWW ojebalem wino lezace w lodowce i padlem spac. przebudziwszy sie zas poczynilem ow wielce wazny wpis. i sie kurwa zmeczylem.
Sunday
Thursday
!
dobra, wiekszosc nie wyglada, ale koncepcja zajebista.
doczytalem wlasnie opis pod klipem. otoz wszyscy ci panowie sa z randy blue. czymze jest randy blue mozna zapytac. ano, jak mowi wujek google, to gejowska wytwornia porno. czlowiek uczy sie cale zycie, nie ma co...
Wednesday
CCK
naszla mnie wlasnie idea taka fajna. sprzedaje chate w gorzowie, bookuje bilet na jaka wyspe gdzies w polinezji i tam sie animuje, w dupie majac europejskie problemy, typu sypiace sie gospodarki, grozby malych niepokojow i tym podobne atrakcje. taaaaaaaak... taka wyspa rawannawi mnie zainteresowala.
nie, jednak ta wyspa nie bardzo, bo z samolotami krucho. szukam dalej.
wyspy kokosowe okazaly sie dostepne, ale za 7 kola w jedna manke. zdzierstwo w lekka. i milion przesiadek.
Saturday
prokrastynacja
poza tym poruchalbym, ale narod jakos tak sie rozjebany mentalnie zrobil i anty. ze te takie krotkie tournee to nie, ze teraz trzeba ze soba chodzic. a ja na chodzenie czasu, i ochoty tym bardziej, nie mam. beda jeszcze chujaszki pewnie chcialy, ale ja wtedy terminarz napiety posiadac bede. albo mi sie chciec nie bedzie. a pozniej to wyjade i chuj wam w nos. o! chociaz z informacji plynacych z wysp sytuacja nie przedstawia sie kolorowo. inbred kroluje. i ogolna masakra. ze zolte jest dalece chujowe, a czarne najlepiej zeby dalej za antylopa po sawannie biegalo, bo do niczego innego sie nie nadaje. a angolska uroda, to podobnie jak w przypadku urody anny kuchty fotygi, sprawa delikatnie mowiac, dyskusyjna. na szczescie jednakowoz mozna tam i jakie sensowne okazy wyczaic, z tym, ze zazwyczaj to niemcy, ogolnie pojecia slowianie lub skandynawia. multikulti po chuju.
i niech kurwa ten pieprzony front nadejdzie. niech jebnie grzmotem. i blyskawica jaka tez. bo no kurwa nie wytrzymie.
Wednesday
procent masy hamujacej
Thursday
Wednesday
dysertacja
skądże taka idea? - zapytać państwo mogą. ano stąd, że po bobie (nie budowniczym) najpierw jest wiatr. napierdala jak halny przez hale i inne regle. a później bób wyjść chce. na taki długi spacer. a że nie może wyjść cały na raz, to tak co jakiś czas mnie opuszcza. dosłownie. i w te momenty, co mnie opuszcza, to znajduję się we przybytku wiadomym. a tam, jak powszechnie również wiadomo, człowiek czytać może. i dumać też. wszystko zależy od natężenia i innych okoliczności. no i tak, skoro po bobie często trzeba się udawać, to i często się duma. a jak się duma, to i się coś wyduma. czasem nieszablonowego. więc kreatywnie.
no. jaka habilitacja wyjść z tego powinna. chociaż "wyjść" to nie najlepsze określenie.
Monday
nie smiej sie bratku z cudzego przypadku
stalo sie. zalalem sobie dzis ekran w barbarze. podczas kurwa czyszczenia. niby dziala, ale poniekad chujowo, bo zacieki sa widoczne mocno i na pol ekranu. i tak juz pozostanie (bo mam nadzieje, ze gorzej kurwa nie bedzie).
dodam, ze wszystko odbylo sie na trzezwo.
przechuj jest kurwa, przechuj.
Sunday
egzotyka
poza tym chujem wieje, bo czas na helen. i do wieczerzyckiego trzeba iść. i ogólnie zacząć się ogarniać. a jakoś weny nie mam. chujnia.
Wednesday
pedofilia jaka?
Sunday
constans
poza tym standard. Irena na pielgrzymce rowerowej była (-"więcej już z tymi starymi chujami nigdzie nie pojadę"), ja się ogarnąć nie mogę i takie tam inne cuda-wianki.
i zapomniałbym - "napięcie seksualne wiszące w powietrzu". podobnież.
Tuesday
kolejne pozegnanie
w ogóle jeśli ktoś uważa, że moja mgr była bełkotem, to zapraszam do lektury dokumentu dotyczącego ścieżek karier. przebiłem sam siebie. przykład poniżej.
Po jego opracowaniu konieczne jest podjęcie działań ukierunkowanych na przekazanie pracownikom informacji o wprowadzonych rozwiązaniach. Pracownik posiadający wiedzę o możliwościach rozwoju w ramach organizacji będzie bowiem bardziej zmotywowany do pracy i podnoszenia kwalifikacji.
Monday
Thursday
Tuesday
życie towarzyskie
obczajam wiocha.pl. jestem w szoku.
Friday
ostro
piję drugie wino i zero wstawienia. no jak bozię kocham nic. trzeźwość porażająca.
ogólnie dwa dni w gdn, pomimo napiętego terminarza niezwykle godne, zacne i w ogóle szał. jak zwykle z resztą.
Thursday
trzeźwość
poza tym opad w GDN brzydki dziś był, ogólne zimno i chujnia. inne atrakcje oczywiście na poziomie.
no i spam. kobieta-spam.
update. helena mnie ujebała. wszystkich ujebała. mały wkurw wywołała maile załączonym do wyników. brzydkim mailem.
po dwóch winach
hela zaleciała w chuja. brzydko.
o 2:52 startuję do GDN.
w dupie wszystko mam.
i chuj.
Sunday
ludzie maile piszą
w czerwonaku tryumfy święciła centrala rybna i rozmowa, co jej nie było oraz grzmot z podobnymi walorami. istnieje przypuszczenie, że był to pierd, ale nie wiadomo czyj.
no i takie tam pizdu pizdu.
Tuesday
niech się święci
wracanie pierwszą czwórką też jest fajne. zwłaszcza w sunglasach. a i monopol o 4:40 warto odwiedzić.
Sunday
chujem po ryju
na bday party brzydko odpadłem. nie napawa to optymizmem czy też inną dumą.
chyba UK w sierpniu. ale to chyba. bo jeszcze nie wiem.
Friday
WAW II
do tego nie mogłem się powstrzymać przed małą reaktywacją na fejsie. jeszcze jakby się Lara Klotz zdecydowała na podobny krok, to można by jaki klub spamerski utworzyć.
no i dylemat mam. browarem się dziś skończyć czy wyborną wyborową?
zapomniałbym dodać, że na pokład dyliżansu zboardowały się trzy zakonnice. gdybym siedział w samolocie, to pewnym byłoby iż każda brzoza byłaby nasza. a tak to nie wiem. jakie małe crash z innym treni? piorun jebutnie? osie się w iksa rozjadą?
WAW
na razie Pan Łukasz wiezie swoje szanowne dupsko 8102 w wagonie numer 2, na miejscu 52. jest bardzo ładnie, jedynka, okno, stolik i bezprzedział. w wersji na dodatek 159A, więc kultura, sztuka i jeszcze nowizną z lekka waniajet.
w WAW plan zakłada obskoczenie sklepów, może nabycie jakiejś szmaty przy okazji i o 15:40 Pan Łukasz pakuje na centralnym zad we Fredrę i zapierdala nach Posen, gdyż tam biba się odbywać będzie. ma nadzieję tyko, że się bez poślizgu wszystko odbędzie. i że się nakurwi koncertowo w okolicach poranka.
PS. internet jest w wagonie, ale jakoś chujowo działa, bo maila ściągnąć nie chciał.
PS 2. nie pochwalił się Pan Łukasz wcześnie, ale papcie co zamówił jaki miesiąc temu wreszcie dotarły i na dodatek w wersji prawy i lewy. papeć nawet Pana Łukasza raczy.
Thursday
ujebała misia pszczoła
Sunday
kurwa, mocy przybywaj!
jestem po 3 kawie, drugiej coli i nic. zero, muł totalny. a przede mną komiwojażer, drzewa decyzyjne, teoria gier, sieci, ryzyko, optymalizacja i solver. do powtórzenia lub nauczenia. jest słabo.
jutro się napiję alkoholu. i porucham. to mnie przy życiu trzyma. no i może nadzieja, że złotowłosa się zlituje i da trzy.
czas na tejgera z colą.
Saturday
dieta konia składa się z...
konieczność ogarniania jakichś gównianych problemów typu rozdział zasobu i komiwojażer* nie nastrajają mnie radością. co prawda chujami jeszcze nie rzucam, ale jestem poirytowany dalece i nieuraczony. również bo ja rozumiem, że to są rzeczy przydatne i praktyczne, ale na chuj mnie znać je na pamięć.
edukacja i zagłębianie tajników badań operacyjnych ma też pewien znaczący minus zdrowotno - finansowy, gdyż pety łykam jak pelikan rybki. na paczki dosłownie. myślę, że jutro spokojnie upgrade'uję się do poziomu Pani E. muszę tylko uprzednio się w davidoffy, colę i wodę zaopatrzyć, bo sudafedu powinno starczyć. nie oszukujmy się, bez niego to ja bym za daleko nie zajechał, a z nim się świetnie bawię już którąś godzinę.
przy czym sudafed powoduje też, że ruchać się mnie chce bardziej niż zwykle, czyli w kurwę i kawałek. oczywiście z powodu warunku ruchanie dopiero w poniedziałek. uznajmy, że działa to nawet i motywująco. no dobra, chuja mnie to motywuje. mnie nic poza sianem nie motywuje i to jest problem. ale wizja niezobowiązującego wyruchu powoduje, że nawet łatwiej mi to wszystko idzie.
* tak mnie naszło, że tego komiwojażera można by na osobę prostytuującą się podmienić. bo w sumie jak ma do objechania paru klientów, to o to samo chodzi. ciekawe jakby na takie stwierdzenie zareagowała Złotowłosa Helena...
Thursday
z c yklu romowy niedokończone.
hej, co słychać???
2. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:05
dzieci za oknem się drą.
3. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:05
ale chiba nie twoja dziecie co?
4. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:07
moje mają ucięte języki i jest spokój.
5. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:08
ale jakie tata jest ostry...ale to dobze_)= hehe
6. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:14
są naprawdę słodkie. urocze kadłubki bez rączek i nóżek.
7. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:16
spoko spoko
moze jakies piwko?
8. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:22
jakiegoś nie piję.
9. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:34
to kawa cie herbata`?
10. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:39
kakao, ale bez kożucha.
11. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:40
a czemu bez kozucha..?
12. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:43
bo ciepło jest.
13. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:44
no tak:_)= kapuje
14. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:48
no widzisz. nawet kakao nie mogę się napić.
15. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:49
ale jest tez chiba zimne kakao w coffe heaven?!
16. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:52
w kakałko?
17. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:57
tak?
18. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 20:00
a nie? ale jak to?
19. Sport2158 16. Jun. 2011 - 20:02
no nie wiem:-)
20. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 20:05
wstydzisz się?
21. Sport2158 16. Jun. 2011 - 21:00
i jak jutro,jakies plany?
22. Sport2158 16. Jun. 2011 - 21:00
tak,jestem troche nie szmiali
23. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 21:07
no jutro będzie futro. i badania. operacyjne na dodatek.
* - oczywiście to jam jest owner flaminga
**- wiem, że nie wypada znęcać się nad słabszym intelektualnie, ale sam się pięknie wyłożył.
Tuesday
bo nie wyczymie kurwa
ela wstawiła mi 3. nie powiem, zjechałem z telefonu na wyższą ocenę.
hela mało pogilgana. bardzo mało.
Monday
rozstania nadszedł czas
teraz misja numer dwa pod kryptonimem "blondwłosa helena bada i operuje". a ja razem z nią. widzę to średnio, ale kurwa muszę. jak z elą ciocią na I stopniu. wtedy się udało, to czemu teraz ma być inaczej. czasu miałem tyle samo.
i to tyle z atrakcji.
słabo.
Sunday
sobota. impreza kota i te sprawy
borem lasem. a nawet i kutasem.*
wiem, że rym żenujący, ale czego wymagać po pięciu browarach.
Saturday
helena w polu. kurwa, poważnie się obawiam o zaliczenie, a zabrać się nie mogę.
ela też w polu. ale na nią akurat mam wyjebane.
Państwo Ł. są godni i zacni. jedno bardziej udane od drugiego. Pani E. z pakietu rodzinnego również.
niech ten jebany uep się skończy. niech Michaś się kurwa odnajdzie (czytaj znajdzie kogoś innego). i niech mnie wszyscy (prawie) w zad pocałują.
Friday
adin zloty internet
jutro zaś randka. nie powiem, bardzo chętnie zastosowałbym hasło "rucham się na pierwszej randce". bo się mnie chłop podoba, a i na sensownego wygląda. obawiam się jednakowoż, że na wsad może być za wcześnie. cóż... będę kombinować jutro.
Thursday
popierdolenie z, kurwa, posraniem
do kompletu muszę jeszcze nach landsberg uderzyć, bo na mię list oczekuje, a nie bardzo mam jak wycieczkę tę w terminarz wpisać.
brzydki szit hepens.
Monday
zagadka - agatka
partner w uk... interesujace, kurwa.
wersja skrócona - tak mi dopomóż bóg*
nie muszę chyba nadmieniać, że impreza przerodziła się w dwudniową konsumpcję napojów alkoholowych.
i na koniec rarytas - Helena 20 czerwca. o w kurwę!
*w oryginale powinno być "tak mi dopomóż panie boże wszechmogący", ale Pan D. skrócił sobie z lekka tekst przysięgi
Friday
Tuesday
Foti czuje wiatra*
"Oto Gabinet Cieni Prawa i Sprawiedliwości:
Premier: Miłościwie Nam Obrażony Jarosław Kaczyński
I Wicepremier, Resort Finansów: o. minister Tadeusz Rydzyk
II Wicepremier: minister bez teki Alik Kaczyński
III Wicepremier, Resort Haków i Intryg: minister Zbigniew Ziobro
Resort Rodziny i Wartości Chrześcijańskich: minister Marta Kaczyńska
Resort Przestrzegania Prawa i Dobrych Obyczajów: minister Jacek Kurski
Resort Zdrowia: minister Matka Boska Częstochowska
Resort Sytuacji Nadzwyczajnych: minister Antoni Macierewicz
Resort Bezpieki: minister abp Stanisław Wielgus
Resort Kultury: minister Beata Kempa
Resort Dziewictwa Narodowego: minister Anna Sobecka
Resort Wojny: minister Michel Saakaszwili
Resort Wychowania, Moralności i Oświecenia Publicznego: minister Ewa Sowińska
Resort Transportu: minister Karol Karski
Resort Propagandy: minister Richard Henry Czarnecki
Resort Inteligencji i Dobrego Gustu: minister Jolanta Szczypińska
Resort Wazeliny: minister Mariusz Błaszczak
Resort Spraw Zagranicznych i Etykiety Dyplomatycznej: minister Anna Fotyga
Resort Promowania Trzeźwości: minister abp gen. Sławoj Leszek Głódź
Resort Łagodzenia Napięć Społecznych: minister Joachim Brudziński
Resort Mniejszości: minister abp Juliusz Paetz
Resort Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: minister Joanna od Krzyża
Resort Bezstronnych Mediów: minister red. Jan Pospieszalski
Resort Kształtowania Nastrojów Społecznych: minister red. Elżbieta Jaworowicz
Resort Dziwnych Kroków: minister Elżbieta Kruk
Rzecznik prasowy: minister Nelly Rokita "
* ciekawe czy Jadwinii tam nie było, może ją po gruszce wzdęło.
Monday
Sunday
wkurw jasny
papcie są, ale dwa prawe, więc nie do końca praktycznie.
w koszulę się nie wbiję, to już pewne.
od pięciu dni staram się zrobić kejsa na MPO i ni chuja nie mam motywacji.
jak patrzę na slajda z MP to mnie żyłka w dupie pęka z radości.
czekam jeszcze tylko, co mnie jutro uraczy.
Friday
szok
zaskoczyłem się byłem.
a szymuś c. postanowił uraczyć mnie oceną dobrą, gdzie moja wiedza z procesów lekko żenująca jest, gdyż w dzień poprzedzający egzamin, uznałem, iż godny nie jestem uczestnictwa w misterium czytania notatek i serdecznie je pozdrowiłem.
no i ogólnie jakoś się tak interesa kręcą.
Thursday
pala lezaca, niestojaca
poza tym paluszki mnie swiezbili byli i sie reanimowalem na romanie. bylo to do przewidzenia. niemniej uwazam, ze flaming moze tam czasem nozka czy innym skrzydlem machnac. ledwo sie reanimowal i trzepak huczy. jak to trzepak ma w zwyczaju. bo czemuzby nie, nieprawdaz?
no i nieprawdaz to by bylo na tyle.
borem lasem.
Monday
Sunday
Saturday
kryzys
to swoją drogą poniekąd zabawne, znaczy kwestia motywacji. bo mam jej temat poszerzyć w swym opus magnum. a jak na razie idei mnie brak. znaczy chętnie bym napisał, że może by tak ze trzy sztuki wyjebać, a reszcie powiedzieć, że jak się wezmą zadów w troki, to również dostaną one way ticket za drzwi. ale chyba Kaz by się lekko poirytował.
VBM na db.
Thursday
Wednesday
cocoa butter and cash
sytuacja jest o tyle opanowana, ze magisterka nie wymaga ogromnych nakladow czasu, trzeba pare rzeczy dosmarowac, ale jest to wykonalne. gorzej z reszta tego smierdzacego scierwa, co pochlania zbyt duzo czasu zdecydowanie. i jeszcze warunek. szit happens.
nie powiem, male ruchanie by mnie odstresowalo, ale tak sie sklada, ze ono w terminarz w ogole nie chce sie wpasowac. a to jest przykre wielce. wiadomo, sa inne metody rozwiazania napiecia seksulanego, ale kurwa ile mozna. i zeby w tym wieku? lipa jak chuj.
czy cos jeszcze mnie trapi? hmmm... nie. brak ruchania i uep to w tym momencie dwie najbardziej palace kwestie. zywym ogniem normalnie pala.
oczekuje rowniez w napieciu (kurwa, to napiecie mnie zabije, jak bozie kocham) na porcieta, to maja do mnie z uk przyleciec. bo taniej niz w pl i nawet sie ladne wydaja. sie powaznie poirytuje, jesli okaza sie malo ladne. ale nie wkurwiajmy sie na zapas, bo pikawa strzeli i bal sie zakonczy. a tu trzeba by jeszcze papcia zgubic i na ksiecia trafic. napisalbym, ze nadziac, ale w kontekscie ww. czynnikow wkurwotworczych sobie tego oszczedze.
a propos papcia, to kurwa coraz powazniej obawiam sie, ze na obronie pojawie sie w trampkach. bo kurwa papci sensownych brak. no kurwa nie ma i chuj.
Tuesday
Monday
Sunday
reemisja, redefinicja i rewizja. czy jakoś podobnie.
poza tym dziś (no w sumie wczoraj) miał być film kręcony. to się Pani H. mac skręcił i trzeba było podjąć działania ratunkowe. poza tym okazało się, że to co myśleliśmy, że będzie do filmu niekoniecznie owym będzie i ogólnie to pole szczere i las. dupa czarna. w poniedziałek kontynuacja.
we wtorek dwa rozdziały dla kaza, a mam mniej niż mało.
i jeszcze kejsy dla brzozy.
i jeszcze VBM.
i procesy.
i restrukturyzacja.
i procesy egzam w perspektywie.
i marynarka.
i papcie.
i motywacja (przydałaby się, ale niekoniecznie w postaci zaliczenia).
i kurwa chuj wie co jeszcze.
dodam tylko, żem we czerwonaku był z Panią H. i Panię O. rowerami. jechaliśmy gdyńską. zdjęcia będą, jak się Pani H. obrobi, czyli w sierpniu.
Thursday
niezobowiązująco
Wednesday
hardcore will never die, but you will.
poza tym zakupilem koszule. jest bardzo ladna, ale musze do niej zjechac z 5 kg, zeby nie pozabijac szczelajacymi guzikami. oczywiscie moglem wziac wieksza, ale wtedy motywacji do walki z bebzonem by nie bylo. a motywacja rzecz cenna, zwlaszcza w moim przypadku. oczywiscie koszula to tylko kropla w morzu, bo potrzeba jeszcze spodnia, papcia i marynarki. czuje, ze sie zaplacze poszukujac upragnionych utensyliow.
coz jeszcze... chyba nic. nuda. nikt sie we mnie nie zakochal, ja tez z okazji wiosny we zaden romans nie popadlem. bo to w sumie nie wiadomo czy ewentualnie popadac (pomijam fakt, ze nie ma absztyfikanta, co jest dosc zasadnicza kwestia), bo przeciez ma byc uk (nie wiem tylko od kiedy i czy Pani H. pojedzie, bo plan doktorowania sie pojawil) i w ogole cos ma byc, ale nie bardzo tylko znane jest co dokladnie.
poza tym ruchac mi sie chce.
borem lasem.
uważam, iż jestem mistrzem
Monday
Sunday
płonie ognisko w lesie, wiatr ...
zarządzanie wartością przedsiębiorstwa tak mnie uraczyło, że aż zacząłem magisterkę gilgać. ta jednakowoż również mnie nie specjalnie jara, więc dopadłem jutuba. liczę na to, że muzyka mnie jakoś, choćby minimalnie, zmotywuje. bo jak na razie kiep jest. siedzę na balkonie, kawka, pecik i nic specjalnie nie mogę wymóżdżyć. a mam tydzień na dwa ostatnie rozdziały, koło we wtorek, egzamin za tydzień i diabli wiedzą, co jeszcze po drodze. jest przechuj.
Saturday
put your hand on my heart
życie kurwa jak w madrycie
miałem nadzieję się naszpadlić i wydumać plan na życie i nie wyszło.ot, kurwa psikus mały. czasem mam wrażenie, że moje życie to jeden wielki psikus. taka kurwa pierdolona złośliwość losu.
jedna wielka, pieprzona pizda. szit hepens nie ma co.
Friday
niech się święci 3 maja!
pomimo uprzątnięcia jednych fantów, inne pozostają w stanie totalnego rozpiździaju. już tak z parę lat. i jakoś na poprawę się nie zanosi. wot, kurwa zagwozdka, czemu?
a na obiad schab. pieczony. i ogóry kiszone. i jeszcze chyba ziemniaka przypiekę i pomidora uraczę cebulą.
Thursday
GDN
shit happens kurwa.
Tuesday
Monday
no w sumie standard
z uepem jest w dupie. ale wielkiej takiej, co 3 diki zmiesci i jeszcze zostanie troche miejsca. z drugiej strony mozna by rzec, ze to standard pewien. chuj, ogarniac sie zaczynam. 3 gripexy max zapilem kawa i juz czuje te wesole gilganie pod czacha. jest plan rzucic sie na III rozdzial. albo kurwa chociaz go jakos delikatnie podrapac za uchem.
jutro party with gugu. w sumie jakie jakie party - zwykla najebka. czyli tez pewien standard.
dziekuje. kolejny odcinek w przyszlosci blizszej lub dalszej.
Saturday
niech się święci 1 maja
planowanie picia z kulturą zawsze kończy się tym, że kultura idzie w pizdu. nie inaczej było ostatnio. że niby translacja projektu i robienie pepeta, to się nie nałupiemy. jasne. po godzinie 3:30 zarządził sam sobą, że robię czarter na wolne łoże u Pani H. uprzednio obrobili my z mężem Pani H., Panem D. i Panią H. literka wyborowej, który został wzmocniony 0,7 wyborowej. spacer po wódkę był bardzo wesoły - Pani H. jak ta sarenka rącza pomykała z przodu, a myśmy sobie mały klub dyskusyjny urządzili. poza tym standard, czyli tańce, draski i ekscesa inne.
wjechałem na OWW coś kole 14:30, nie mija 15 minut, dzwonek do drzwi i wjazd robi Pani J. że niby kawa miała być, a skończyło się zbyt dużą ilością browarów na balkonie. też nie zadziwiło mnie to zbyt mocno. ustalone jednakowoż zostało, że 3.05, że 13:00 i że kutas na cycadeli. będziem piknikować z Panem G., co to z krainy tulipana zajedzie do PL.
a niedługo Ciocia Hela i reszta wujków i cioć. żebym tylko się ogarł we czasie i we przestrzeni.
borem lasem.
Monday
Saturday
telegram
Dalida ładnie śpiewa, takie trochę italo disco, ale przyjemne.
wyborowa rocznik 2008 nawet przy konsumpcji 0,5 litra/wieczór/łeb nie powoduje kaca.
o 5 nad ranem jest już całkiem przyjemnie.
na kurniku 1945.
jaja pójdą w ruch.
wiosna nakurwia.
micha mi się cieszy.
jest godnie.
Tuesday
i już prawie środa
no i supermen. w wannie.
Wednesday
znowu w życiu mi nie wyszło
na kurniku mi coś workowy nie sprzyja (a i ja nie mogę sklecić niczego sensownego) i z 1900+ spadłem na pysk w okolice 1700. jakby na to nie spojrzeć, poruta jest. poza tym w pomarańczu było mi zdecydowanie bardziej do twarzy niż w żółtym. w ogóle żółty mi się od zawsze z rzyganiem kojarzył, nie bardzo wiem tylko dlaczego.
pocieszającym faktem jest, iż rozstałem się dziś byłem z czarną teczką. a w niej ładnie pospinane - I i II rozdział wiekopomnego dzieła o restrukturyzacji. co prawda wiekopomność może zostać uznana przez promotora za wątpliwą, jednakowoż dobra myśl mnie nie opuszcza. teraz siedzę między SWOTem, a SPACEm, mając przed sobą PEST. w ogóle magisterka uświadamia mi, że jak muszę, to wszystko ogarnę. nigdy mnie jakoś finansówka nie jarała nadmiernie, a teraz proszę, cyk cyk cyk, fiku miku i już mamy po wskaźniku. tak, wiem, moje poczucie humoru bywa żenujące. ale lepsze to niż żarty i żarciki z gównem w roli głównej. ja nie wiem skąd się mi (i nie tylko) bierze tak wielce wysublimowane poczucie humoru.
zrzedł był mi humor przedwczoraj. bo rozmawiam z takim jednym na temat rynku pracy w stolicy kraju kwitnącej pyry (okolice również były wzięte pod uwagę) i co słyszę? ano słyszę, że UEP rozbudził w nas zbyt wysokie aspiracje. no, nie powiem, w krzesło wbiło mnie porządnie. aż musiałem peta na ząb wrzucić, bo istniała poważna obawa, że mnie pikawa z nerwa strzeli i trza będzie po 911* dzwonić. bo jakim kurwa-cudem-chujem-pańskim mówić można o aspiracjach (nadmiernie rozbudzonych, nie zapominajmy o tym istotnym elemencie), skoro większość zainteresowanych, która zetknęła się z rynkiem pracy, wie, że jest chujnia z grzybnią poganiana patatajnią i wymagań nie ma (tak, wiem, wymaganie że nie call center ani PH, to jest wymaganie, bardzo poważne na dodatek, świadczące o skrajnie rozbuchanych ambicjach i niezwykłym braku pokory). bo oczywiście pracy jest w brut, a to my jesteśmy cepy, bo nie mamy:
- 5 lat doświadczenia studiując dziennie (bo przecież praktyki, praca na zleceniu czy coś podobnego się nie liczy),
- nie znamy perfekcyjnie 7 języków (bo angielski na B2 i rosyjski na A2** to przecież teraz w gimnazjum jest),
- bo skoro mamy praktyki, to nie chcemy kolejnych***.
nie wiem skąd we mnie to przeczucie, ale się ktoś zdziwi za parę lat, kiedy to się okaże, że nie ma kto dzieci robić, rodzić i na emerytury zarabiać, bo kto racjonalniej myślący będzie w tym czasie owce wypasał na nowej zelandii czy kota gilgał w okolicy montrealu. za sensowne pieniądze, w sensownych warunkach i nie w ramach UZ.
ponieważ na małego wkurwa nie ma lepszej metody jak małe tour de pologne, to w piątek jest akcja "łódź baj najt, czyli jak nie dostać butelką i wrócić z telefonem na chatę po balecie - przewodnik praktyczny", zaś sobota będzie obfitować w atrakcje kolejowe, następnie zaś atrakcje będzie oferować gdańsk w ramach cyklicznej już imprezy "bo monogamia jest przereklamowana - inwestuj w pologamię". w niedzielę z kulturą i sztuką zjazd na POZ, kojenie nerwów, leczenie wątroby i inne niespodzianki, co się pojawią.
no i zapomniałbym, a byłoby nietaktem wielkim i niewybaczalnym. mam supermana. nie, że lalę czy coś, ale ten jego magiczny znaczek. i bynajmniej w wersji papierowej - otóż posiadam go na klacie, z kłaków własnych wycięty. jest szał, gacie latają i naród się podnieca. fota oczywiście będzie, muszę tylko nic nie jeść przez cały dzień, bo ostatnio jakbym ze trzy kilogramy złapał i brzuch już nie jest tak płaski, jak był do niedawna.
* - żart sytuacyjny, w zaistniałej sytuacji nieśmieszny, ale opiszę:
K dostała uczulenia na lek, wysypało ją i była bliska małej duszności
K komunikuje: jakbym przestała oddychać dzwońcie na 911.
ja: ale K, w PL dzwoni się na 112, a nie 911.
K: no tak. dobra, dzwońcie gdziekolwiek.
** - no w sumie ... na A2 się rosyjski może przydać w celach komunikacyjnych z paniami strażniczkami lasu
*** - ok, mogą być praktyki (ale na allaha i spółkę, dlaczego bezpłatne?)


