Monday

5 funtow

a ile radosci, czylo portugalskie wina z asdy w akcji. wchodza jak soczek i smakuja nadzwyczaj zacnie.
tak wiec wczoraj wina wchodzily, a dzis nie ma nawet najmiejszych oznak kaca. luksus po prostu.

a teraz siedze i badam lokalny rynek nieruchomosci. co jak gdzie i za ile. bo kwestie miec nalezy na uwadze.

no i w sumie nuda. swieta sie skonczyly, korzystam z ostatniego dnia wolnego, planujac jednoczesnie animacje urlopowe. no nuda, nie ma co kryc.

jest i ona


Sunday

zawirowania

bo oczywiscie nie moze byc za prosto i po mojej mysli. bo i po co niby? przecie nudzilbym sie nadmiernie, wszystko by poukladane bylo i  "wogle".
na zakladzie okazalo sie, ze urlop to brac koniecznie nalezy, nie ma za placenie, ze jaki ekwiwalent, tylko bookowac holidaye i nie pierdolic. ale ale ale. bookowac mozna jednakowoz do 21 stycznia roku 2012, bo teraz w szczycie urlopowym nas nie poupychaja wszystkich. co oznacza, ze moja technika na przeczekanie dala jakis efekt, bo po pokryciu bank holidayow urlopem, co by byc paid za te dni (swoja droga dziwna technika - pracownik agencyjny moze miec wiecej wolnego niz kontraktowy) zostali mnie byli dwa dni. konkretnie 12 i 13 stycznia. a to oznacza, ze polece jednak do PL napic sie tej owdki, poruchac i w ogole. choc glownym celem wyjazdu jest zakup artykulow tytoniowych, bo moich zacnych davidoffow to ja tu nie dojrzalem do tej pory jakos. a koncza sie nieublaganie.
z tejze, urlopowej okazji, mialem nawet juz bilet zakupic, ale niestety moje srodki utkneli gdzies miedzy opodo, bankiem, a kontem posrednika i jutro bede musial dzwonic robic male escalation i dowiedziec sie wtf i co z mymi lotami. a nie powiem, przybookowalem po kurwie pelnej i bez hamulcow. SASem via CPH do POZ (zajebisty jest ten lot ostatni) i powrot, juz skromniej, bo LH via MUC. moze bedzie mi dane bryknac, ale moze tez jutro bedzie "computer says no". pozyjom, uwidzim.
poza tym, znowu o robocie, ale "possibly" (slowo klucz-wytrych) bedzie dzialka investigation rozbudowana o dodatkowe accessa, co by w systemi moc dokonywac zmian pewnych. ale to possibly, wiec nie ma co jarac nadmiernie.

i innych informacji, to obejrzalem w koncu Boska! z Janda i rzeczywiscie jest bosko. a juz aria adeli jest dla mnie majstersztykiem dalekim.
do tego jaram sie rowniez nowo odkryta time machine by robyn. nie wiem, jak ja moglem tego nie znalezc wczesniej.

a i sniegiem przykurwilo. co prawda roztopil sie on po 10 minutach, ale byl.

a i (2) kurtke nabylem. po pijaku dodam. ale jak na trzezwo ja zobaczylem, to w sumie nie mialem jakiegos ogromnego dysonansu. nawet niezla jest. buty tez kupilem, ale to juz w ogole bez pomocy alkoholu.

i to by bylo na tyle. jak sie cos zdarzy, bede apdejtowac. czyli raczej nie predko.

Saturday

w sumie nic, a jednak cos

bo mam urlop. zaczyna sie on 30.03 o 14:00 i konczy 10.04 o 5:30. o ile oczywiscie nic sie nie zmieni i nie zweksluje sobie 10 kwietnia (bo rocznica stracenia brzozy)  na urlop.
na razie plan zaklada, ze lecimy do WAW, bo w sobote bedzie spotkanie w LCJ. reszte bedzie sie kleic na biezaco.

poza tym nuda. bo praca. a tam trwanie w dzialce inwestigejszyn, co nie wszystkim w smak, co poniekad w pizdzie mam.

nasmarowalbym cos jeszcze, ale wino mowi, ze jest wazniejsze.

Friday

myslal indor o niedzieli

czyli z mojego styczniowego urlopu nici i wielki chuj. bo sie okazalo, ze ten, co sie mnie nalezy za 2 miesiace animacji tegorocznych musze zwekslowac do konca roku. tegoz roku. wiec raczej zaplaca mi za niewykorzystany, niz ja w chacie posiedze. bo jakos potrzeby nie czuje. poza tym nie mam tu za bardzo rozrywek towarzyskich innych niz praca, a jeden dzien wolny w tygodniu mi w sumie starczy (bo zazwyczaj sobota lub niedziela jest przeze mnie spedzana, a jakzeby inaczej, w pracy, bo od wiekszej ilosci pieniazka na koncie nikt nie umarl ani tradu nie dostal).



a propos pracy, to jakies 2 tygodnie temu mialem urocza konwersacje o tym, ze moje attitude jest dalece niesatysfakcjonujace zaklad, ze jest jakis niemily i w ogole. w sumie nie wiedzialem, o co chodzi za bardzo, ale chuj w to. we wtorek zas mialem kolejna rozmowe, tym razem o tym, jaki to jest jestem zajebisty, fantastyczny i w ogole well done. a dodam, ze moje zachowanie zmianie nie uleglo. smiem twierdzic, ze sie komus cos jeblo. albo tez kogos jeblo.



z racji zas urlopu, co mial byc, ale bedzie pozniej, to sie w PL objawic planuje w marcu. choc w sumie nie wiem, czy az tak bardzo sie mnie chce. jakis taki mnie dysonans ogarnal byl.

nuda panie, nic sie nie dzieje

poniekad i tak. bo w sumie praca, spanie, praca w nadgodzinach i znowu spanie. moje zycie towarzysko-seksualne lezy i kwiczy, a ja jakos nie mam za bardzo motywacji, checi i zapalu jakkolwiek go reanimowac.

poza tym co... planuje przybookowac flajta to PL na okolice konca stycznia (bo wszyscy chca mnie zobaczyc, napic sie ze mna wodki, a niektorzy jeszcze by sie poruchali), trzaskam nadgodziny na hektary (w tym tygodniu wyjdzie jedyne 16), moja umiejetnosc rozumienia tubylcow jakby wzrosla, ale jakby nie tak bardzo, jak mozna by sie tego spodziewac.

obserwacji socjologicznych nie chce mi sie opisywac - moge jedynie powiedziec, ze jestem pod wrazeniem, jak ta banda jelopow i inbredow zawladnela spora czescia swiata. bo nacja brytyjska malo urodna i jeszcze mniej lotna. choc swojego timlidera bym z wyra nie wywalil. bo portugal.

a to ze kurier przekrecil tragicznie moje nazwisko powinno sie rozumiec samo przez siebie. bo ciapaty byl.

Thursday

kontynuujac

robota przeze mnie posiadana najambitniejsza nie jest. najbardziej oplacalna tez nie. ale przynajmniej osluchuje sie z tutejszym gulgotem. co prawda kiedy przecietny angol cos do mnie mowi, to chuja rozumiem, ale za to czaje juz maslimow i indiancow z indii.
co do maslimow (lub generalnie arabow), to jest nawet taki jeden, co bym go z wyra nie wywalil, a nawet chetnie bym go tam zatargal.
poza tym na zmianie mam jeszcze dwie ciocie - jedna mala i spasiona, ktora mysli, ze ja wszyscy lubia i druga - taka z gatunku lans i plyne w powietrzu. dramat. okrutny.

pozatym calkiem spoko. nawet lepiej niz zakladalem. na serio.

Wednesday

Tuesday

pokaz pan paszport

wyladowawszy w uk. jestem taki troche jeszcze nie do konca skladny, choc sie bardzo staram udawac (uwierzcie panstwo, ze lekko nie jest, bo i sytuacja poniekad napieta jak guma w gaciach). mam juz konto, umowione interwju, co by miec inszurnsa, a obecnie aplikuje jak pojebany. i patrzac na moj poziom intelektualny oraz ogolny nie do konca atrakcyjny stan wewnetrzno-zewnetrzy, to bym sie najchetniej zaszyl w jakim magazynie i pakowal. pakowal, pakowal, pakowal i pakowal. bo chyba potrzebuje jakiegos malo zajmujacego, powtarzalnego zajecia. chyba. bo nie wiem.

ilez to energii wymaga utrzymywanie pionu intelektualnego...

god bless nosowska. ta taka nowa.

ps. moje pozycie seksualne sie nie zanosi na udane. na zadne sie nie zanosi. ja chce do skandynawii. juz zaraz, pierwszym finnairem czy nawet lufa z bhxa.

Thursday

czarne kowboje

z cyklu "zeby bylo co wnukom opowiadac" przedstawie opis swojej obrony. ogolnie calkiem mila bibka, tylko dosc krotka, bo trwala jakies 3 - 4 minuty. na poczatku, by formalnosciom stralo sie za dosc, pan prodziekan wieczerza zapytal, czy sie lukasz nazywam i czy sie w gorzowie urodzilem. kiedy okazalo sie, ze tak, zaczelo sie szol. poproszono mnie o wylosowanie pytania. do przewidzenia bylo, z moim szczesciem oraz porazajaca wiedza, ze bedzie to jakies wesole i radosne pytanko. tak tez sie stalo - trafilem nr 6 czyli Statystyka i próby. Rozkład średniej arytmetycznej z próby. taaaa... cos tam pobrzdakalem, raczej mniej niz wiecej. pozniej recenzent zadal pytanie kolejne, a w sumie to jedno pytanie, ale zawierajace dwa pytania. pobrzdekalem bardziej i wtedy promotor zadal pytanko, na ktore nabrzdakalem najwiecej. kiedym sie skonczyl juz wyzewnetrzniac, wywalono z mnie z sali, zeby mnie po 30 sekundach do niej ponownie zaprosic, by oglosic, ze wszystko fajnie, ale tylko db, bo srednia ma ze studiow nie pozwala na wiecej (ach te papcie od heleny). no i tak oto stalem sie magistrem. z tej tez okazji we wtorek byla mala najebka.

teraz zas wracam wlasnie z gorzowa, bo w POZ czeka mnie "obiadokolacja z drinkiem", przy czym plan zaklada maks 3 piwa, bo jutro chwile po 9. wsiadam w treni i jade na obiad z Pania A do SZZ . a po obiedzie szybko w treni, nach POZ, spakowac sie i w sobote, o 4 nad ranem w taxe i destynacja airport. co bedzie dalej wole nie myslec, bo wizja animacji "Pan Lukasz u eli na salonie" mnie coraz bardziej przeraza. na serio.

a i mam 3 pary nowych gogli. bo we necie mala promo byla i za ow nabytek z przesylka zaplacilem bylem jakies 30,80 pln.

spac. kurwa, spac. taaaa...

Friday

cholera wie, jak nalezaloby ow post zatytulowac

post pisany po trzech piwach, wiec ani to stan wskazujacy, ani trzezwosc pelna, takie chuj wie co

sie bylo przewinelo ostatnimi czasy pytanie. na poczatku, jakis miesiac temu, czy nawet ponad, po udanym dosc seksie z Panem M., padlo pytanie "czy bedziesz tesknil?". ostatnio padlo ono we wtorek, w czasie malej konsumpcji na osiedlu wichrow wiejacych, i zadane zostalo przez Pania S. w obu wypadkach, niezaleznie od ilosci promili w wydychanym powietrzu, padla odpowiedz, ze nie. co prawda w obu tez przypadkach odpowiedz brzmiala zupelnie inaczej i dobor slow byl mniej, lub bardziej, dyplomatyczny, ale nie.

generalnie roztrzasanie (duze slowo, zastanowila mnie bardziej odpowiedz moja i jej pewne trwanie w czasie) tego utwierdzilo mnie w przekonaniu, ze nie. bo primo, nie ma co ukrywac, emocjonalnie to ja sie w okolicy pantofelka plasuje i cos takiego jak tesknota jest mi dalece obce i niezrozumiale. secundo - nie ma za czym/kim tesknic, bo ok, czestotliwosc spotkan ulegnie obnizeniu, ale nadal beda one wykonalne (ok, sex via arajp mnie zupelnie nie raczy, ale inne sprawy mozna ta droga zalatwic), wiec po co sie spinac i zadawac takie pytania. w koncu nie wyjezdzam do nowej zelandii, strefa czasowa prawie ta sama, wiec wtf moglby zapytac zainteresowany czytelnik?

otoz po raz kolejny okazuje sie, ze to ludzie sie do mnie przywiazuja, ale nie ja do nich. i nie rozumiem za bardzo dlaczego i po co? przeciez moze byc tak, jak z Pania A, ze oboje jestesmy w roznych rejonach, ale kontakt mamy, obieg newsow jest i generalnie buczy i gra. ok, fajnie byloby sie wodki razem napic, ale ze nie ma jak, to nikt sie nie potnie z tego powodu. tak sie stalo, tak sami zdecydowalismy i tak jest. niestety, inni jakby do takiego pulapu nie dorosli, albo tez ja nie doroslem do nich.

Thursday

it's been done

8.10.2011 o 6:15 startuje z Lawica Airport lotem W6 1901 do LTN. nie bede ukrywac, jestem dalece posrany. z drugiej strony mam wprawe, calkiem niezla, po bezolandzie.

chuj, jakos to bedzie. istnieje nawet nadzieja, ze zle nie bedzie. nie takie burdele sie przecie ogarnialo w swej karierze.

Wednesday

1,65 kg

tyle wazy litrowa butelka wyborowej. posiadam takowe 3, ladnie juz zapakowane w walizce. poza tym posiadam tez syndrom pokonsumpcyjny. a wszystko jest wina biedronki, bo zrobili kurwa wyprzedaz win. i nie bylo chuja we wsi, trza bylo jakiego rarytasa zakupic. a ze duzo ich mieli, to i kilka zakupilem. coz...

poza tym dalej nic nie wiem. 0 info o obronie, 0 info o terminie wylotu i ogolnie szereg 0 info. ruchanie tez na 0.

update - 4.10 o 11 bede zdobywac mgr. i chuj.

Sunday

sie uzewnetrznie, a co!

termin obrony nieznany, bo recenzent bawi w espanii. znany za to termin wyprowadzki, jednoczesnie bedacy dalece niekompatybilnym z terminem zakladanym wylotu.
musze zaczac sie pakowac, a nie mam weny. do niczego - poza kurnikiem, prasa i glupotami w necie - nie mam weny. nawet do rozgladania sie za robota u krolowej eli. pale za to jak pojebany. na kilogramy, hektary i kartony. nawet alkohol mi sluzyc przestal i pomimo super promo w biedrze loje herbate. ale czerwona i zielona na zmiane.

w dupie. ide spac. moze sie obudze z wiekszym ogarnieciem egzystencjalnym.


Friday

bylem, zdobylem i w ogole

w GDN chuja zalatwilem i sie okazuje, ze Pan M sam sie musi udac do przybytku, gdzie pobiera swoja wiedze. generalnie mozna by odniesc wrazenia, ze caly wyjazd mozna o kant zada rozjebac, gdyby nie fakt, ze otrzymalem bylem w owym przybytku kilka istotnych informacji. niestety tylko kilka.

poza tym jak zwykle 3 city (w sumie 2city, bo bylem tylko w GDN i SOP) mnie uraczylo i odnosze wrazenie, ze tam generalnie 'cos' zyje i 'cos' sie dzieje, a w POZ co najwyzej dziury na drogach zwiekszaja swa kubature. no i kurwa najwazniejsze - z 3city startuje milosc ma wielka - Anna Szefowa-MSZ-niestety-byla Fotyga. ot, maja tam dobrze.

poza tym nuda - rozpoczynam akcje pakowanie i takie tam. no.

Monday

nijusy

spis tresci:

1. nergal a sprawa polska, czyli jak nakryc jednym chlopem wszystkie polskie problemy.
2. Pan Lukasz a WSZ, czyli piatek w GDN.*
3. Pan Lukasz a Pani Irena, czyli czwartek w GW.
4. kasztelan niepasteryzowany a sciezki karier, czyli jebne ryjem o wyro i tyle z roboty.
5. walizka, a sprawa wyjazdu, czyli pakowanie wersja trial zakonczone sukcesem. (co nie zmienia faktu, ze i tak plecak zmuszony bede nadac za pieniazka)
6. jesien, a zimne noce, czyli czemu na dworze jest 9 stopni. jeszcze na plusie.
7. stary, a moje konto, czyli czemu nie mam jeszcze na nim siana.
8. pachne, czyli jestem - krotka historyjka o 10 flakonach moich perfum.
9. spodzien, a obrona. czy kolor czarny zbalansuje nadmiar odcieni niebieskiego.
10. Kaz, a Wieczerzycki, czyli czemu kurwa wciaz nie jest znany moj termin obrony.
11. i na koniec rarytas - terminarz nie pozwala mi na niezobowiazujacy wyruch. temat okraszony zostanie sesja zdjeciowa dla podniesienia poziomu czytelnictwa.
12. konkurs dla stalych czytelnikow - wygraj landszafta za zdjecia ze zjazdu z okazji 60. rocznicy przystapienia do HJ.


* - ekskursja do GDN trwac bedzie jedyne 6 godzin w jedna manke. jestem wstrzasniety, bo zmieszany to nigdy.

Saturday

jodlujace bayerisie i dyplom poczta

otrzymawszy wpis od Cioci Zlotowlosej Heleny udalem sie wesolo z indeksem do dziekanatu, co by indeks ow zlozyc i dowiedziec sie, jakie sa najnowsze trendy w dziedzinie przekasek. co do przekasek, okazalo sie, ze dominuja wafelki w czekoladzie, zas jesli chodzi o dyplomy i upowaznienia, to sprawa jest bardziej skomplikowana. jak wiadomo wszem i wobec, na stronie UEPu jak chuj stoi informacja, ze dyplomy wydaja osobom, ktore wlascicielami owego dyplomu nie sa tylko za notarialnym potwierdzeniem podpisu. bedac w dziekanacie chcialem zapytac, na podstawie ktorego punktu regulaminu cznic tak nalezy, jednakowoz ubiegniety zostalem. bo pani z dziekanatu (dodajmy ta najbardziej ogarnieta i sensowna, nie to co ta zaszuona, wiecznie nabzdyczona jak indor blondyna, ktora wie chyba tylko tyle, ze zarcie trzyma w najnizszej szafce swojego biurka) szybciutko powiedziala, ze notariusz niekoniecznie, bo wystarczy zlozyc podanie, w ktorym napisze sie, kto upowaznion do odbioru dyplomu jest. ewentualnie, ze oni nawet tacy zajebiscie mili, ze poczta wysla i nie trzeba nigdzie jezdzic, odbierac i w ogole. szal. a to wszystko za jedyna stowke. no takego promo nie sposob przegapic.

zas sprawa z jodlujacymi wziela sie stad, ze razu pewnego, kiedy to Pan M. bujal sie po kadewe dojrzal tam byl plytke z niemieckimi przebojami, co racza bylych czlonkow hitlerjugend na ich wspominkowych zjazdach. dojrzal i zakupil on owa plytke, gdyz wiedzial doskonale, jakaz to wielka miloscia darze siostry marie i margot, kiedy to podskakujac w ludowych strojach spiewaja swoje servus, gruezi und hello. zakupiona plytka lezala sobie spokojnie na terenie wlosci na OWW, az nastal czas wyprowadzki i wywozenia, wywalania i ogolnego pozbywania sie fantow (swoja droga ile czlowiek tego nachomikuje, to az niewyobrazalne). czesc fantow wywozona jest do GW i tam wlasnie Pani Irena dojrzala byla owa plytke i zapytala, coz tam za hity sa. odpowiedzialem, zgodnie z prawda, ze hitlerowcy sobie tam jodluja i spiewaja (?) jakies swoje piesni ludowe. po 30 sekundach plyta byla juz w odtwarzaczu, a ze Irena ostatnio zainwestowala w sprzet o niemalej mocy, to efekt z lekka porazal i przerazal. przesluchawszy ze trzy kawalki Irena doszla do wniosku, ze muzyka ja dalece raczy, a sasiadow najpewniej dalece wkurwi, wiec ona chetnie sluchac bede i jakbym mial tego wiecej, to ona chetnie pod opieke to wezmie. poniewaz ja rowniez kocham wielce jej sasiadow zastanawiam sie nad stworzeniem jakiej kompilacji, gdzie hitlerowcy beda wesolo zawodzic, pardon, jodlowac.

kaz wciaz nie wie, co z obrona, ja zas nie wiem z tego powodu co z samolotem. i tak sobie oboje nie wiemy, co na dluzsza mete skutkuje wzrotem cen dylizansu lotniczego, moim malym wkurwem i ogolnie tak malo zdrowe jest.

ps. rozowy sikacz z biedry za cale 14,99 wchodzi jak zloto. nic tylko sie nim nakurwic przy najblizszej okazji. byc moze nawet dzis.

Tuesday

to-do list

przed wylotem, ktory odbedzie sie, jak sie odbedzie (podobniez jak obrona, gdyz Kaz tak odpowiedzial dzis na me pytanie o owa) nalezy wykonac mnie nastepujace rzeczy:*
- tlumaczenie dyplomu
- wplata za dyplom i tlumaczenie
- podanie o tlumaczenie
- zdjecia do dyplomu wydrukowac
- zalatwic poswiadczenie notarialne (to jest kurwa cyrk, jak ja ic pierdolę serdecznie, bo na przykład ten na innych zacnych uczelniach odbioru dokonac mozna za potwierdzeniem wystawionych przez dziekanat, ale te leniwe gnidy z zarzadzania pewnie drza na sama mysl, ze mialyby gdzies dodatkowa piecztake jebnac)
 - kupic spodzien na obrone
- powaznie zastanowic sie nad iloscia sztuk bagazu, ktore nalezy wykupic w wizirze
- wyprac zimowa kurtke (myslenie o takich rzeczach we wrzesniu to perw z lekka)
-  zrobic ponowny risercz rzeczy potrzebnych/przydatnych/mogacych sie kiedys przydac
- ... do uzupelnienia


musze sprawdzic, czy aby przpadkiem gotowka nie sram. najlepiej we frankach albo euro.

* - licze, ze jak o czyms zapomnialem, to mnie Halinko przypomnisz

Monday

final fight

w piatek o 16:30 mialo miejsce ostateczne (bo 3) spotkanie z Ciocia Hela. zarówno ja, jak i Pan G. nie grzeszylismy za bardzo wiedza, choc nie powiem, mialem juz jakie pojecie o solverze, wiedzialem co sie gdzie wrzuca, co znaczy bin i int i takie tam.
wiec o 16:30 usiedli my do komputerkow, a Ciocia Hela byla uprzejma wyglosic male dictum, ze wiecie panowie, to ostatnie podejscie, nie ma przymusu, mozna pozniej, bo jak ktos nie zda, to bardzo mnie przykro, ale zmuszona bede wyjebac z UEPu. czy cos tam, bo w sumie nikt nie wiedzial, jakie sa konsekwencje niezdanego warunku. w zwiazku tez z tym Pan G. powiedzial "pas" i ze on jednak nie chce, nie czuje sie gotowy i takie tam gadki. ja niestety nie mialem takiej opcji, bo czas goni, krolowa Ela na wyspach czeka i w ogole.
wiec tak... pierwsze zadanie - optymalizujemy produkcje. tu zaskoczyli mnie byli solvera raporty, bo troche nie pokazywali, co trzeba. pewnie dlatego, ze cos spierdolilem. no chuj, idziemy dalej. a tam sortujemy banki. wprowadzona pierwotnie formula skutkowala wynikami w postaci samych zer. no od gory do dolu. wiec trzeba bylo dokonac malej autorskiej przerobki, co spowodowalo, ze wyniki okazali sie byc lepszymi (bo niezerowymi), co nie oznacza, ze wyniki te byli dobrzy. kolejne byly czesci zamienne, ale ze ja sie na naprawach srednio znam (moze jakby kazali detkiw  rowerze liczyc, to by sie udalo), to i zadanie w calosci spierdolilem. pozniej troche mi solver nie chcial pomoc w wyliczeniu kosztu skrocenia projektu. jakies warunki powpisywalem, ale niestety, nie pyklo. na koniec zas akcje w portfelu i reka w nocniku. tez niby cos zrobilem, ale nie do konca, a w sumie to nawet nie do polowy. summa summarum - zjebalem podejscie numer 3.
kiedym zas skonczyl, Ciocia Hela zaproponowala, ze mnie to ona sprawdzi na szybko, jeslim reflektuje na taka opcje. ja ze bardzo chetnie, dwa razy poprosze, a w tym czasie na peta se skocze. wrociwszy z peta okazalo sie, ze no bardzo nam przykro, ale punktow troche malo, wiec pytanie ratunkowe. pytanie o izokwante. w tym momencie przed oczami ujrzalem mroczki i blisko zawalu bylem, bo ni chuja nie wiedzialem dokladnie kim izokwant jest. to znaczy cos tam gdzies mnie majaczylo, ale niezbyt konkretnie. wiec po 3 minutach moich zenujacych z lekka uzewnetrznien  z dziedziny badan operacyjnych Ciocia Hela powiedziala tylko, zebym przyniosl indeks do sekretariatu, a ona mnie wpisa zmaluje.
z wrazenia az sie spocilem.

opisalbym to stresujace, acz radosne, wydarzenie wczesniej, ale niestety w piatek sie strasznie brzydko najebalem z Panem M. (uznalem, ze 0,7 to idealne wyzwanie na ow dzien) i jak na zlosc mialem jeszcze faze uzewnetrznien lirycznych z gatunku 'zenujace i przykre'. dlatego tez nastepenego dnia ukulem nowe powiedzonko: "piles -  zamknij ryja".
w sobote zas mialem kaca. strasznego. okrutnego. nie rzygalem co prawda jak kot, ale wielokrotnie tego dnia mialem ochote dokonac zywota. poza tym kac ow obalil teze, jakoby po wyborowej nie wystepowal on byl. bo kurwa wystpail.
o 17:30 wsiadlem w treni do kutna (bo Pan M jechal do WAW, wiec uznalem, ze sie kawalek przejade).
pozniej znowu bylo chlanie, ale jakos Pani J szybko odpadla i nie bylo woli wsrod pozostalyc konsumentow wodki, by dalej chlac.
dzis, w sumie juz wczoraj, wrociwszy na OWW ojebalem wino lezace w lodowce i padlem spac. przebudziwszy sie zas poczynilem ow wielce wazny wpis. i sie kurwa zmeczylem.

Thursday

tez udane.

!


dobra, wiekszosc nie wyglada, ale koncepcja zajebista.

doczytalem wlasnie opis pod klipem. otoz wszyscy ci panowie sa z randy blue. czymze jest randy blue mozna zapytac. ano, jak mowi wujek google, to gejowska wytwornia porno. czlowiek uczy sie cale zycie, nie ma co...

Wednesday

CCK

jakos weny nie mam na ladny i skladny tekst. nie chce mi sie. wyjebane mam. pomimo tego, ze Zlotowlosa Helena zaliczyla mi pol warunku (nie wiem, ktora czesc jest bardziej chujowa, ale tablicowa zdana). poza tym pani Halinka z sekretariatu nie wie, co z Kazem. bo nie maja kontaktu. Kaz wzial i zapadl sie pod ziemie. bosko.

naszla mnie wlasnie idea taka fajna. sprzedaje chate w gorzowie, bookuje bilet na jaka wyspe gdzies w polinezji i tam sie animuje, w dupie majac europejskie problemy, typu sypiace sie gospodarki, grozby malych niepokojow i tym podobne atrakcje. taaaaaaaak... taka wyspa rawannawi mnie zainteresowala.

nie, jednak ta wyspa nie bardzo, bo z samolotami krucho. szukam dalej.

wyspy kokosowe okazaly sie dostepne, ale za 7 kola w jedna manke. zdzierstwo w lekka. i milion przesiadek.

Saturday

prokrastynacja

czyli syndrom studenta. mozna sobie w wiki poczytac. mam. zdecydowanie. jakas taka silna mutacje. 3 dzien zabieram sie za przeglad plikow do heli i jestem na 2. slownie: drugim. i jakos tak mi nie idzie. bo pogoda, bo spieprzony telefon, bo glodny, bo nazarty, bo chuj wie co. ale zawsze cos. nie ma lekko, o nie. teraz na ten przyklad obczajam na jutubie wszystko, co zawiera dalide. a jest tego troche. ciekawe, na co przestawie sie pozniej.

poza tym poruchalbym, ale narod jakos tak sie rozjebany mentalnie zrobil i anty. ze te takie krotkie tournee to nie, ze teraz trzeba ze soba chodzic. a ja na chodzenie czasu, i ochoty tym bardziej, nie mam. beda jeszcze chujaszki pewnie chcialy, ale ja wtedy terminarz napiety posiadac bede. albo mi sie chciec nie bedzie. a pozniej to wyjade i chuj wam w nos. o! chociaz z informacji plynacych z wysp sytuacja nie przedstawia sie kolorowo. inbred kroluje. i ogolna masakra. ze zolte jest dalece chujowe, a czarne najlepiej zeby dalej za antylopa po sawannie biegalo, bo do niczego innego sie nie nadaje. a angolska uroda, to podobnie jak w przypadku urody anny kuchty fotygi, sprawa delikatnie mowiac, dyskusyjna. na szczescie jednakowoz mozna tam i jakie sensowne okazy wyczaic, z tym, ze zazwyczaj to niemcy, ogolnie pojecia slowianie lub skandynawia. multikulti po chuju.

i niech kurwa ten pieprzony front nadejdzie. niech jebnie grzmotem. i blyskawica jaka tez. bo no kurwa nie wytrzymie.

Wednesday

procent masy hamujacej

akcja "opierdol flaszke na marynarskiej" zakonczona pelnym sukcesem. 1,2 litra poszlo i generalnie nie pamietam konca imprezy. na szczescie sa zdjecia (ki chuj mnie podkusil, by aparat z torby wyjac) i wynika z nich, ze zle nie bylo. nawet kaca mordercy rano nie bylo, ale jak powszechnie wiadomo po wodzie takowy nie wystepuje.
jednakowoz zanim sie konsumpcja zaczela trzeba bylo do lodzi dojechac. a to nie bylo takie proste i oczywiste. bo tak. zaczelo sie od komunikatu, ze wszystko fajnie i milo, treni jedzie sobie, ale zbyt wolno i jest 15 minut delay. no coz, poszli my z Jadwinia na okazje te peta opalic. kiedy my wrocili, to okazalo sie, ze treni juz prawie jest, ale nie wjedzie na peron pierwszy, ale 3. co by pasazerowie troche ruchu mieli i o kondycje zadbali przy pomocy spolek z grupy pkp. kiedy dyliznas wjechal, zajeli my miejsca. pech chcial, ze wtarabanila sie tam rowniez baba z trojka bachorow. mialem juz mala palpitacje. i stan przedzawalowy. okazalo sie jednak, ze to dopiero poczatek cyklicznego programu "jazda wg rozkladu jest nudna". tak wiec stoimy sobie wesolo przy peronie 3, slonce nakurwia nieziemsko i nie ma wiatru. szybko pojawil sie maly zaduszek, ktory w postepie geometrycznym przyrastal z kazda dodatkowa minuta opoznienia.a zebraly sie one 72 (prawie nic w sumie, czyz nie?), bo procent asy hamujacej byl nie ten. i nie szlo jechac. nie wiem, co sie wydarzylo, ze ruszylismy, bo w sumie nic nie doczepili/odczepili/zmienili/wysadzili. finalnie kolo 21 zrobilismy czek in na marynarskiej.
w drodze powrotnej zas hit - wyjechalem z lodzi 12 minut po czasie, a w POZ bylem 5 minut, ale przed czasem. wot technika chcialoby sie rzec.

poza tym szalu nie ma. sa wkurwy i mala frustracja.

Thursday

o rly?

hela.
doktor.
obiad.
lcj.
zaleglosci.

a pies wam morde lizal.


Wednesday

dysertacja

temat: wpływ konsumpcji bobu na kreatywność.

skądże taka idea? - zapytać państwo mogą. ano stąd, że po bobie (nie budowniczym) najpierw jest wiatr. napierdala jak halny przez hale i inne regle. a później bób wyjść chce. na taki długi spacer. a że nie może wyjść cały na raz, to tak co jakiś czas mnie opuszcza. dosłownie. i w te momenty, co mnie opuszcza, to znajduję się we przybytku wiadomym. a tam, jak powszechnie również wiadomo, człowiek czytać może. i dumać też. wszystko zależy od natężenia i innych okoliczności. no i tak, skoro po bobie często trzeba się udawać, to i często się duma. a jak się duma, to i się coś wyduma. czasem nieszablonowego. więc kreatywnie.

no. jaka habilitacja wyjść z tego powinna. chociaż "wyjść" to nie najlepsze określenie.

Monday

nie smiej sie bratku z cudzego przypadku

stalo sie. zalalem sobie dzis ekran w barbarze. podczas kurwa czyszczenia. niby dziala, ale poniekad chujowo, bo zacieki sa widoczne mocno i na pol ekranu. i tak juz pozostanie (bo mam nadzieje, ze gorzej kurwa nie bedzie).
dodam, ze wszystko odbylo sie na trzezwo.
przechuj jest kurwa, przechuj.

Sunday

egzotyka

nie wiadomo do końca czym wiedziony zdecydowałem się na udział w animacji "woodstock 2011". oczywiście, wiem, pasuję do tej imprezy jak pięść do oka, wół do karety czy jakkolwiek inaczej. nie zmienia to jednak faktu, że było godnie. co prawda gacie prałem trzy razy i nadal widoczny jest na nich osad z tamtejszego piasku, ale chuj w to. podobno za rok jest plan, by udać się tam na 4 dni, ale nie wiem, czy to aby na pewno pomysł dobry. się zobaczy w przyszłości.

poza tym chujem wieje, bo czas na helen. i do wieczerzyckiego trzeba iść. i ogólnie zacząć się ogarniać. a jakoś weny nie mam. chujnia.

Wednesday

pedofilia jaka?

obejrzałem wszystkie pottery. od kamyczka do insygniów part II. i kurwa uraczyłem się. na serio. do tego odtwórca roli HP, pan DR mi się podobać zaczął. nie wiem kim chujem. starzeję się czy co...

Sunday

constans

zastanawia mnie fenomen wódki wyborowej. bo we wtorek byłem się napiłem - siedem piw tak około - i następnego dnia mój żołądek krzyczał przez pół dnia "zaraz zwrócę posiadaną przez siebie zawartość, czyli tosty i wodę", słyszałem tupot białych mew i ogólnie było dramatycznie. za to wczoraj, z okazji przyjazdu Pani M. z LCJ rozpili my wyborową w ilości ok. 1,5 litra na sztuk 2 i 1/2. 1/2 bo Jadwinia jakoś szybko się poskładała i chwilę po północy zaległa na wyrze. a wracając do fenomenu, to dziś kaca nie było. co prawda lekki syndrom pokonsumpcyjny wystąpił, ale spacer z OWW na Stary via cycadela orzeźwił człowieka i ożywił.

poza tym standard. Irena na pielgrzymce rowerowej była (-"więcej już z tymi starymi chujami nigdzie nie pojadę"), ja się ogarnąć nie mogę i takie tam inne cuda-wianki.
i zapomniałbym - "napięcie seksualne wiszące w powietrzu". podobnież.

Tuesday

kolejne pozegnanie

tym razem z nokią. zakupiłem byłem o Pani Majorowej htc desire z andoidem. nie powiem, jest ciężko, ale się ogarniam.

w ogóle jeśli ktoś uważa, że moja mgr była bełkotem, to zapraszam do lektury dokumentu dotyczącego ścieżek karier. przebiłem sam siebie. przykład poniżej.

Po jego opracowaniu konieczne jest podjęcie działań ukierunkowanych na przekazanie pracownikom informacji o wprowadzonych rozwiązaniach. Pracownik posiadający wiedzę o możliwościach rozwoju w ramach organizacji będzie bowiem bardziej zmotywowany do pracy i podnoszenia kwalifikacji.

Tuesday

życie towarzyskie

pierdolnęło mi ono ostatnio było jak granat jaki. kolacje, spotkania, ruchania. powoli przestaję ogarniać cały ten biznes. jutro akcja szpadel z okazji szalowej szałowej obrony, w środę ruchanie z panem dr, czwartek kolacja. a w piątek się obada. później gorzów, kraków i diabli wiedzą co jeszcze.

obczajam wiocha.pl. jestem w szoku.

Friday

ostro

księże arcybiskupie, generale najwaleczniejszy, sławoju leszku flaszko głodziu, niech cię bóg w opiece ma, żeś ekscelencjo gdańsk i okolice w opiekę wziął, i że dzięki twemu wstawiennictwu u pana można uprawiać na sobieszewskich wydmach tak wysokiej klasy seks w konfiguracji męsko-męskej.

piję drugie wino i zero wstawienia. no jak bozię kocham nic. trzeźwość porażająca.

ogólnie dwa dni w gdn, pomimo napiętego terminarza niezwykle godne, zacne i w ogóle szał. jak zwykle z resztą.

Thursday

trzeźwość

dwa wina i zero efektu. a będzie i trzecie, bo oczekuję na wyniki od złotowłosej.

poza tym opad w GDN brzydki dziś był, ogólne zimno i chujnia. inne atrakcje oczywiście na poziomie.

no i spam. kobieta-spam.

update. helena mnie ujebała. wszystkich ujebała. mały wkurw wywołała maile załączonym do wyników. brzydkim  mailem.

po dwóch winach

pan doktor jest fajny. kurwa rewelacyjny nawet. i to na wielu frontach.

hela zaleciała w chuja. brzydko.

o 2:52 startuję do GDN.

w dupie wszystko mam.

i chuj.

Sunday

ludzie maile piszą

dziś, w sumie wczoraj, napisała złotowłosa helena. że jest poprawka warunku w środę. tak, tę środę najbliższą. o 16. nie powiem, chętnie bym się tam udał, ale jakoś moja wiedza nie poraża. zdecydowanie nie. i jakoś tak motywacyjnie leżę.

w czerwonaku tryumfy święciła centrala rybna i rozmowa, co jej nie było oraz grzmot z podobnymi walorami. istnieje przypuszczenie, że był to pierd, ale nie wiadomo czyj.

no i takie tam pizdu pizdu.

Tuesday

niech się święci

trójkąt. bo są nań spore szanse. wyszło jakoś ta przypadkiem. co prawda wiek niższy, ale sądząc po samym całowaniu może coś z tego być. sensownego.

wracanie pierwszą czwórką też jest fajne. zwłaszcza w sunglasach. a i monopol o 4:40 warto odwiedzić.

Sunday

chujem po ryju

się kurwa wyjaśniło parę rzeczy. nie do końca jednak w tę mańkę, co ja bym jej pożądał. syf się zrodził.

na bday party brzydko odpadłem. nie napawa to optymizmem czy też inną dumą.

chyba UK w sierpniu. ale to chyba. bo jeszcze nie wiem.

Friday

WAW II

poprzedni tekst się z lekka nieaktualny okazał. bo wcale nie 1603 FREDRO, ale TLK 18101. bo się w WAW nie uraczyłem za bardzo i stwierdziłem, że trza przyspieszyć ewakuację. zdążyłem jednak nabyć po cenach (prawie okazyjnych, ale jakby nie) spodzień i marynarkę. bo ładne są i tak się jakoś do mnie uśmiechali byli. więc jadą ze mną.

do tego nie mogłem się powstrzymać przed małą reaktywacją na fejsie. jeszcze jakby się Lara Klotz zdecydowała na podobny krok, to można by jaki klub spamerski utworzyć.

no i dylemat mam. browarem się dziś skończyć czy wyborną wyborową?

zapomniałbym dodać, że na pokład dyliżansu zboardowały się trzy zakonnice. gdybym siedział w samolocie, to pewnym byłoby iż każda brzoza byłaby nasza. a tak to nie wiem. jakie małe crash z innym treni? piorun jebutnie? osie się w iksa rozjadą?

WAW

ponieważ świąd w dupie był nie do przezwyciężenia Pan Łukasz uznał, że koniecznym jest pojechać gdzieś. plany miał ambitne, że KRK via WAW, ale niestety rozkład okazał się chujowym mocno być i ostatecznie wyszło, że Pan Łukasz pojedzie POZ-WAW-POZ 8102 i 1603.
na razie Pan Łukasz wiezie swoje szanowne dupsko 8102 w wagonie numer 2, na miejscu 52. jest bardzo ładnie, jedynka, okno, stolik i bezprzedział. w wersji na dodatek 159A, więc kultura, sztuka i jeszcze nowizną z lekka waniajet.
w WAW plan zakłada obskoczenie sklepów, może nabycie jakiejś szmaty przy okazji i o 15:40 Pan Łukasz pakuje na centralnym zad we Fredrę i zapierdala nach Posen, gdyż tam biba się odbywać będzie. ma nadzieję tyko, że się bez poślizgu wszystko odbędzie. i że się nakurwi koncertowo w okolicach poranka.

PS. internet jest w wagonie, ale jakoś chujowo działa, bo maila ściągnąć nie chciał.
PS 2. nie pochwalił się Pan Łukasz wcześnie, ale papcie co zamówił jaki miesiąc temu wreszcie dotarły i na dodatek w wersji prawy i lewy. papeć nawet Pana Łukasza raczy.

Thursday

ujebała misia pszczoła

bo okazało, że złotowłosa jednak chce się ze mną ponownie zobaczyć. we wrześniu. i cały mój plan na życie poszedł się jebać, a innego, poza uk, nie mam. i jakoś mi tworzenie nie idzie.

Sunday

kurwa, mocy przybywaj!

zrobię sobie zadanie optymalizacyjne dla siebie. zadanie z cyklu dieta - mianowicie spożywam trzy 6 produktów - kawę, colę, tigery, wodę, fajki i sudafed. i muszę sobie dostarczyć minimalnie wody dwa litry, coli ze trzy, kawy z 1,5 litra, fajek z 30 sztuk i tigera ze dwa litry. sudafed bez limitu bo przestał działać. colę można mieszać z tajgerem (a mix tabletka ala tiger rozpuszczona w coli to w ogóle).

jestem po 3 kawie, drugiej coli i nic. zero, muł totalny. a przede mną komiwojażer, drzewa decyzyjne, teoria gier, sieci, ryzyko, optymalizacja i solver. do powtórzenia lub nauczenia. jest słabo.

jutro się napiję alkoholu. i porucham. to mnie przy życiu trzyma. no i może nadzieja, że złotowłosa się zlituje i da trzy.

czas na tejgera z colą.

Saturday

dieta konia składa się z...

owsa i siana jakby kto nie wiedział. a meble są w zestawach hobby i relax.

konieczność ogarniania jakichś gównianych problemów typu rozdział zasobu i komiwojażer* nie nastrajają mnie radością. co prawda chujami jeszcze nie rzucam, ale jestem poirytowany dalece i nieuraczony. również bo ja rozumiem, że to są rzeczy przydatne i praktyczne, ale na chuj mnie znać je na pamięć.
edukacja i zagłębianie tajników badań operacyjnych ma też pewien znaczący minus zdrowotno - finansowy, gdyż pety łykam jak pelikan rybki. na paczki dosłownie. myślę, że jutro spokojnie upgrade'uję się do poziomu Pani E. muszę tylko uprzednio się w davidoffy, colę i wodę zaopatrzyć, bo sudafedu powinno starczyć. nie oszukujmy się, bez niego to ja bym za daleko nie zajechał, a z nim się świetnie bawię już którąś godzinę.
przy czym sudafed powoduje też, że ruchać się mnie chce bardziej niż zwykle, czyli w kurwę i kawałek. oczywiście z powodu warunku ruchanie dopiero w poniedziałek. uznajmy, że działa to nawet i motywująco. no dobra, chuja mnie to motywuje. mnie nic poza sianem nie motywuje i to jest problem. ale wizja niezobowiązującego wyruchu powoduje, że nawet łatwiej mi to wszystko idzie.

* tak mnie naszło, że tego komiwojażera można by na osobę prostytuującą się podmienić. bo w sumie jak ma do objechania paru klientów, to o to samo chodzi. ciekawe jakby na takie stwierdzenie zareagowała Złotowłosa Helena...

Thursday

z c yklu romowy niedokończone.

1. Sport2158 16. Jun. 2011 - 18:57
hej, co słychać???

2. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:05
dzieci za oknem się drą.

3. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:05
ale chiba nie twoja dziecie co?

4. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:07
moje mają ucięte języki i jest spokój.

5. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:08
ale jakie tata jest ostry...ale to dobze_)= hehe

6. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:14
są naprawdę słodkie. urocze kadłubki bez rączek i nóżek.

7. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:16
spoko spoko
moze jakies piwko?

8. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:22
jakiegoś nie piję.

9. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:34
to kawa cie herbata`?

10. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:39
kakao, ale bez kożucha.

11. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:40
a czemu bez kozucha..?

12. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:43
bo ciepło jest.

13. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:44
no tak:_)= kapuje

14. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:48
no widzisz. nawet kakao nie mogę się napić.

15. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:49
ale jest tez chiba zimne kakao w coffe heaven?!

16. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 19:52
w kakałko?

17. Sport2158 16. Jun. 2011 - 19:57
tak?

18. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 20:00
a nie? ale jak to?

19. Sport2158 16. Jun. 2011 - 20:02
no nie wiem:-)

20. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 20:05
wstydzisz się?

21. Sport2158 16. Jun. 2011 - 21:00
i jak jutro,jakies plany?

22. Sport2158 16. Jun. 2011 - 21:00
tak,jestem troche nie szmiali

23. owneroftheflamingo 16. Jun. 2011 - 21:07
no jutro będzie futro. i badania. operacyjne na dodatek.

* - oczywiście to jam jest owner flaminga
**- wiem, że nie wypada znęcać się nad słabszym intelektualnie, ale sam się pięknie wyłożył.

Tuesday

bo nie wyczymie kurwa

więc poirytowało mnie delikatnie pisemko z sądu będące wyrazem czyjejś brzydkiej postawy, przez którą będę musiał się do gw za tydzień udać i tłumaczyć, że się kurwa uczęęęęęęęęę, uczęęęęęęęę. szlag by to.

ela wstawiła mi 3. nie powiem, zjechałem z telefonu na wyższą ocenę.

hela mało pogilgana. bardzo mało.

Monday

rozstania nadszedł czas

bo to już zdecydowanie za długo trwało i stawało się męczące. bo to ciągle trzeba było animować, coś kombinować, poprawiać, dodawać, odejmować czy inne tam akcje mniej wesołe. tak więc nastał czas pożegnania. kosztowało mnie to trochę, ale nie ma nic za darmo. 75 złociszy poszło na trzy wydruki, oprawy i inne ścierwa. teraz praca magisterska, bo oń mowa, u pani halinki w sekretariacie czeka na recenzję.
teraz misja numer dwa pod kryptonimem "blondwłosa helena bada i operuje". a ja razem z nią. widzę to średnio, ale kurwa muszę. jak z elą ciocią na I stopniu. wtedy się udało, to czemu teraz ma być inaczej. czasu miałem tyle samo.
i to tyle z atrakcji.
słabo.

Sunday

sobota. impreza kota i te sprawy

randka w sumie udana. piwo na cycadeli to jednak fajna sprawa. śmiem twierdzić, że jakie ruchanie z tego będzie.

borem lasem. a nawet i kutasem.*

wiem, że rym żenujący, ale czego wymagać po pięciu browarach.

Saturday

przyjemne całkiem

nadal jestem wkurwiony. bo kurwa "to skomplikowane Łukasz". mam ochotę przyjebać komuś. nawet wiem komu kurwa.
helena w polu. kurwa, poważnie się obawiam o zaliczenie, a zabrać się nie mogę.
ela też w polu. ale na nią akurat mam wyjebane.
Państwo Ł. są godni i zacni. jedno bardziej udane od drugiego. Pani E. z pakietu rodzinnego również.
niech ten jebany uep się skończy. niech Michaś się kurwa odnajdzie (czytaj znajdzie kogoś innego). i niech mnie wszyscy (prawie) w zad pocałują.

Friday

adin zloty internet

że tak to ujmę dyplomatycznie wielce- wkurwiono mnie dziś. w szczegóły może wdawać się nie będę, bo i po cóż, ale działania odwetowe oczywiście podjęte zostaną. za długo było miło i spokojnie, więc trzeba jaki mały gnój wyanimować, nieprawdaż?

jutro zaś randka. nie powiem, bardzo chętnie zastosowałbym hasło "rucham się na pierwszej randce". bo się mnie chłop podoba, a i na sensownego wygląda. obawiam się jednakowoż, że na wsad może być za wcześnie. cóż... będę kombinować jutro.

Thursday

popierdolenie z, kurwa, posraniem

bo tak. ela zasadziła mnie papcia z motywacji pozapłacowej. nie powiem, najpierw był śmiech, że jakim kurwa-chuje-cudem, a później to się z lekka poirytowałem, że znowu się będę musiał w jej cudownych slajdach babrać. no ale nic to, bo chwilę później helena zasadziła maila, że warunek, a i owszem, odbędzie się, i to już 20 czerwca. a ja, jak się nietrudno domyślić, w dupie czarnej się znajduję i nie sposób za bardzo mnie się z niej ruszyć. dlaczegóż zapytają szanowni czytelnicy? a no dlategóż, że cały dzień chodzę jak zombie i nie mogę nic sensownego zrobić. spać mi się chce, ale w sumie nie chce. coś bym zjadł, ale nie wiem co. posłuchałbym czegoś, ale to nie pasuje, tamto też, a to nie na dzisiaj. taki mocno fucked up dzień jakby nie patrzeć.
do kompletu muszę jeszcze nach landsberg uderzyć, bo na mię list oczekuje, a nie bardzo mam jak wycieczkę tę w terminarz wpisać.
brzydki szit hepens.

milusińscy

pod sfinxem na gwarnej spacerują karaluchy. wcale nie małe.

Monday

zagadka - agatka

kurwa, czy jak czlowiek nawalony to taki, ze bardziej szczery czy jak? bo mie sie teraz we glowie dysonans maly pojawil. i nie wiem, czy to ja bym bardziej tak chcial, czy to tak jest, czy to o chuj chodzi.

partner w uk... interesujace, kurwa.

wersja skrócona - tak mi dopomóż bóg*

wesele się odbyło. ponieważ nie często bywam na tego typu imprezach, więc nie bardzo mam odniesienie, ale chyba było godnie. bo nie najebałem się, zakurwiłem byłem nawet w dens, zjarałem parę petów z Panią E. i nikomu bezpośrednio nie powiedziałem, że jest tępym chujem (tzn. powiedziałem jednemu pizdusiowi - platusiowi, ale w zawoalowanej formie).

nie muszę chyba nadmieniać, że impreza przerodziła się w dwudniową konsumpcję napojów alkoholowych.

i na koniec rarytas - Helena 20 czerwca. o w kurwę!

*w oryginale powinno być "tak mi dopomóż panie boże wszechmogący", ale Pan D. skrócił sobie z lekka tekst przysięgi

Friday

dupa czarna

jeśli chodzi o przygotowanie do jutrzejszego party weselnego. ja jebię.

Tuesday

Foti czuje wiatra*

komentarz znaleziony pod artykułem o kondominium na gazeta.pl, autor: krzywelustro

"Oto Gabinet Cieni Prawa i Sprawiedliwości:

Premier: Miłościwie Nam Obrażony Jarosław Kaczyński
I Wicepremier, Resort Finansów: o. minister Tadeusz Rydzyk
II Wicepremier: minister bez teki Alik Kaczyński
III Wicepremier, Resort Haków i Intryg: minister Zbigniew Ziobro
Resort Rodziny i Wartości Chrześcijańskich: minister Marta Kaczyńska
Resort Przestrzegania Prawa i Dobrych Obyczajów: minister Jacek Kurski
Resort Zdrowia: minister Matka Boska Częstochowska
Resort Sytuacji Nadzwyczajnych: minister Antoni Macierewicz
Resort Bezpieki: minister abp Stanisław Wielgus
Resort Kultury: minister Beata Kempa
Resort Dziewictwa Narodowego: minister Anna Sobecka
Resort Wojny: minister Michel Saakaszwili
Resort Wychowania, Moralności i Oświecenia Publicznego: minister Ewa Sowińska
Resort Transportu: minister Karol Karski
Resort Propagandy: minister Richard Henry Czarnecki
Resort Inteligencji i Dobrego Gustu: minister Jolanta Szczypińska
Resort Wazeliny: minister Mariusz Błaszczak
Resort Spraw Zagranicznych i Etykiety Dyplomatycznej: minister Anna Fotyga
Resort Promowania Trzeźwości: minister abp gen. Sławoj Leszek Głódź
Resort Łagodzenia Napięć Społecznych: minister Joachim Brudziński
Resort Mniejszości: minister abp Juliusz Paetz
Resort Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: minister Joanna od Krzyża
Resort Bezstronnych Mediów: minister red. Jan Pospieszalski
Resort Kształtowania Nastrojów Społecznych: minister red. Elżbieta Jaworowicz
Resort Dziwnych Kroków: minister Elżbieta Kruk
Rzecznik prasowy: minister Nelly Rokita "

* ciekawe czy Jadwinii tam nie było, może ją po gruszce wzdęło.

Sunday

wkurw jasny

marynarki niet. kurwa byli marynarki, ale wszystkie wyszli. poszli w chuj i nie ma.
papcie są, ale dwa prawe, więc nie do końca praktycznie.
w koszulę się nie wbiję, to już pewne.
od pięciu dni staram się zrobić kejsa na MPO i ni chuja nie mam motywacji.
jak patrzę na slajda z MP to mnie żyłka w dupie pęka z radości.
czekam jeszcze tylko, co mnie jutro uraczy.

Friday

szok

zalozylem bylem, jak pisalem wczesniej, konto ponownie w serwisie "u romana pod strzecha". i coz z tego czytelnik moglby zapytac. ano to z tego, ze w przeciagu dwoch dni przewinely sie tam 244 paxy. nie bardzo wiem, jak na owa kleske urodzaju zareagowac powinienem.

zaskoczyłem się byłem.

bo i w magisterce trzeba tylko wstęp i zakończenie poprawić.

a szymuś c. postanowił uraczyć mnie oceną dobrą, gdzie moja wiedza z procesów lekko żenująca jest, gdyż w dzień poprzedzający egzamin, uznałem, iż godny nie jestem uczestnictwa w misterium czytania notatek i serdecznie je pozdrowiłem.

no i ogólnie jakoś się tak interesa kręcą.

Thursday

pala lezaca, niestojaca

tak wlasnie prezentuje sie moj stosunek. do uepu. bo w przypadku innych pala zachowuje sie zgodnie z wlasciwosciami posiadanymi. tak wiec cyfertus sobie lezy kolo mnie w wersji ksero notatek a ja popatrze, popatrze i stwierdzam, ze jednak nie. bo po co. jestem juz zaznajomiony z papciami i jakis wypadaloby zebrac. po czemuzby nie, nieprawdaz?

poza tym paluszki mnie swiezbili byli i sie reanimowalem na romanie. bylo to do przewidzenia. niemniej uwazam, ze flaming moze tam czasem nozka czy innym skrzydlem machnac. ledwo sie reanimowal i trzepak huczy. jak to trzepak ma w zwyczaju. bo czemuzby nie, nieprawdaz?

no i nieprawdaz to by bylo na tyle.

borem lasem.

Saturday

kryzys

wystąpił. objawia się on skrajnym brakiem motywacji, ogólnym wyjebaniem i niechęcią do pracy, magisterskiej szczególnie. nie powiem, sytuacja ta, o ile nie ulegnie poprawie, może mieć przykre konsekwencje. podobnież nie chce mnie się procesa animować ani też kejsiczków. nic się mnie kurwa nie chce.

to swoją drogą poniekąd zabawne, znaczy kwestia motywacji. bo mam jej temat poszerzyć w swym opus magnum. a jak na razie idei mnie brak. znaczy chętnie bym  napisał, że może by tak ze trzy sztuki wyjebać, a reszcie powiedzieć, że jak się wezmą zadów w troki, to również dostaną one way ticket za drzwi. ale chyba Kaz by się lekko poirytował.

VBM na db.

Wednesday

cocoa butter and cash

zacznijmy od tego, ze kofeina plus tauryna plus pseudoefedryna daja przyjemnego kopa. w sam raz na obecny czas, kiedy to nawet drapanie po dupie wymaga wpisania w terminarz. a napiety on jak bycze jaja. sesja kurwa sie nawet nie zaczela, a mnie juz chuj, wcale nie maly, strzela. bo jak nie magisterka, to filmik, jak nie filmik, to kejsik, jak nie kejsik, to egzaminik, jak nie egzaminik, to kurwa inne zajebiste cos.
sytuacja jest o tyle opanowana, ze magisterka nie wymaga ogromnych nakladow czasu, trzeba pare rzeczy dosmarowac, ale jest to wykonalne. gorzej z reszta tego smierdzacego scierwa, co pochlania zbyt duzo czasu zdecydowanie. i jeszcze warunek. szit happens.

nie powiem, male ruchanie by mnie odstresowalo, ale tak sie sklada, ze ono w terminarz w ogole nie chce sie wpasowac. a to jest przykre wielce. wiadomo, sa inne metody rozwiazania napiecia seksulanego, ale kurwa ile mozna. i zeby w tym wieku? lipa jak chuj.

czy cos jeszcze mnie trapi? hmmm... nie. brak ruchania i uep to w tym momencie dwie najbardziej palace kwestie. zywym ogniem normalnie pala.

oczekuje rowniez w napieciu (kurwa, to napiecie mnie zabije, jak bozie kocham) na porcieta, to maja do mnie z uk przyleciec. bo taniej niz w pl i nawet sie ladne wydaja. sie powaznie poirytuje, jesli okaza sie malo ladne. ale nie wkurwiajmy sie na zapas, bo pikawa strzeli i bal sie zakonczy. a tu trzeba by jeszcze papcia zgubic i na ksiecia trafic. napisalbym, ze nadziac, ale w kontekscie ww. czynnikow wkurwotworczych sobie tego oszczedze.

a propos papcia, to kurwa coraz powazniej obawiam sie, ze na obronie pojawie sie w trampkach. bo kurwa papci sensownych brak. no kurwa nie ma i chuj.

Sunday

reemisja, redefinicja i rewizja. czy jakoś podobnie.

tak się jakoś złożyło, że w okolicy środy wziąłem i wydumałem, co ja bym tak widział z zmiany we spółce, o której się magistruję. nie powiem, po bandzie i wandzie pojechałem dość zacnie. i co się okazało? że Pan Prezes stwierdził, że kierunek obrałem dobry i warto by myśli rozwinąć. no i mam całą noc i cały dzień na rozwinięcie. tak na 15 stron. bo czemuż by nie, nieprawdaż?

poza tym dziś (no w sumie wczoraj) miał być film kręcony. to się Pani H. mac skręcił i trzeba było podjąć działania ratunkowe. poza tym okazało się, że to co myśleliśmy, że będzie do filmu niekoniecznie owym będzie i ogólnie to pole szczere i las. dupa czarna. w poniedziałek kontynuacja.

we wtorek dwa rozdziały dla kaza, a mam mniej niż mało.
i jeszcze kejsy dla brzozy.
i jeszcze VBM.
i procesy.
i restrukturyzacja.
i procesy egzam w perspektywie.
i marynarka.
i papcie.
i motywacja (przydałaby się, ale niekoniecznie w postaci zaliczenia).
i kurwa chuj wie co jeszcze.

dodam tylko, żem we czerwonaku był z Panią H. i Panię O. rowerami. jechaliśmy gdyńską. zdjęcia będą, jak się Pani H. obrobi, czyli w sierpniu.

Thursday

niezobowiązująco

z całego eurowizyjnego chłamu (do którego nawet wódka wejść nie chciała) najlepsza piosenka. nic wybitnego, nie ma się co oszukiwać, ale takie zwyczajnie przyjemne i lekkie. i chyba takie miało być.

Wednesday

hardcore will never die, but you will.

rozjeb mentalny jakos jakby mniejszy. a może nawet całkiem mały. bo specjalnie nie ma czasu na dumanie - uep mnie kurwa goni. i wcale, ani kurwa troszeczke, mnie to nie raczy. obawiam sie, ze niedlugo nie bede wiedzial w co lapki wsadzic (wizualizacje mam - ginekolog mowi do pacjentki na samolocie "nie wiem, w co mam lapy wsadzic"). na razie siedzie i mozdze nad magisterka. troche informacji dostalem i trzeba jechac z tym koksem. zwlaszcza, ze wjebalem gripexa na ogolne pobudzenie, zapilem to kawa, a dla smaku sacze energetyka z biedry. moja pikawa mi kiedys to kurwa wypomni, sie obawiam.

poza tym zakupilem koszule. jest bardzo ladna, ale musze do niej zjechac z 5 kg, zeby nie pozabijac szczelajacymi guzikami. oczywiscie moglem wziac wieksza, ale wtedy motywacji do walki z bebzonem by nie bylo. a motywacja rzecz cenna, zwlaszcza w moim przypadku. oczywiscie koszula to tylko kropla w morzu, bo potrzeba jeszcze spodnia, papcia i marynarki. czuje, ze sie zaplacze poszukujac upragnionych utensyliow.

coz jeszcze... chyba nic. nuda. nikt sie we mnie nie zakochal, ja tez z okazji wiosny we zaden romans nie popadlem. bo to w sumie nie wiadomo czy ewentualnie popadac (pomijam fakt, ze nie ma absztyfikanta, co jest dosc zasadnicza kwestia), bo przeciez ma byc uk (nie wiem tylko od kiedy i czy Pani H. pojedzie, bo plan doktorowania sie pojawil) i w ogole cos ma byc, ale nie bardzo tylko znane jest co dokladnie.

poza tym ruchac mi sie chce.

borem lasem.

uważam, iż jestem mistrzem

niekwestionowanym, jedynym i prawdziwym. w przepierdalaniu czasu poświęconego na zabawy naukowe. gdyby można z tego było z tego mieć korzyści w postaci majątkowej, to kulczyk byłby przy mnie biedny.

Sunday

płonie ognisko w lesie, wiatr ...



zarządzanie wartością przedsiębiorstwa tak mnie uraczyło, że aż zacząłem magisterkę gilgać. ta jednakowoż również mnie nie specjalnie jara, więc dopadłem jutuba. liczę na to, że muzyka mnie jakoś, choćby minimalnie, zmotywuje. bo jak na razie kiep jest. siedzę na balkonie, kawka, pecik i nic specjalnie nie mogę wymóżdżyć. a mam tydzień na dwa ostatnie rozdziały, koło we wtorek, egzamin za tydzień i diabli wiedzą, co jeszcze po drodze. jest przechuj.

Saturday

put your hand on my heart

tak, jestem indestructible. ale czemu tylko na zewnątrz - zapyta czytelnik.

życie kurwa jak w madrycie

kurwa, nawet 10 piw, które wypiłem plus 11te właśnie pite mnie nie zmęczyły. a szkoda i to bardzo, bo miałem ochotę się naszpadlić. a nie da się.

miałem nadzieję się naszpadlić i wydumać plan na życie i nie wyszło.ot, kurwa psikus mały. czasem mam wrażenie, że moje życie to jeden wielki psikus. taka kurwa pierdolona złośliwość losu.

jedna wielka, pieprzona pizda. szit hepens nie ma co.

Friday

niech się święci 3 maja!

uprzątnąłem butelki po świętowaniu rocznicy konstytucji. jakoś wyjątkowo ich dużo było. konstytucja uświęcona pełną pizdą była.


pomimo uprzątnięcia jednych fantów, inne pozostają w stanie totalnego rozpiździaju. już tak z parę lat. i jakoś na poprawę się nie zanosi. wot, kurwa zagwozdka, czemu?

a na obiad schab. pieczony. i ogóry kiszone. i jeszcze chyba ziemniaka przypiekę i pomidora uraczę cebulą.

Thursday

GDN

za godzinę niecałą wyjadę z gdańska. z sopotu, żeby być dokładnym, ale idea ta sama. przyzwyczaiłem się do 3city przez te 3 lata. a przecież ja się nie przyzwyczajam. unikam tego jak ognia. żadnych głębszych relacji, żadnych zobowiązań, żadnych ewentualnych długów do spłacenia. było, minęło, rozejść się i nie robić scen.

shit happens kurwa.

Monday

dwa tygodnie - za tyle mój profil na fb zaginie. wszystko pójdzie w pizdu. z resztą nie tylko ten, bo kilka innych, rozsianych po różnych zakątkach neta już dokonało żywota. bo w sumie po co mi one? im mniej ludzie wiedzą., tym spokojniej śpią. a i wymiernych korzyści z nich też nie było. jedyne co robiły, to zasysały mój czas. a tego mam jakby niewiele, bo się kilkanaście rzeczy mi nawarstwiło i wymagają szybkiego sfokusowania się na nich.

no w sumie standard

UK. bo lepszego planu nie mam. podobno wyjazd sam w sobie jakims planem jest, ale ja nie podzielam tego, nadto optymistycznego, spojrzenia.

z uepem jest w dupie. ale wielkiej takiej, co 3 diki zmiesci i jeszcze zostanie troche miejsca. z drugiej strony mozna by rzec, ze to standard pewien. chuj, ogarniac sie zaczynam. 3 gripexy max zapilem kawa i juz czuje te wesole gilganie pod czacha. jest plan rzucic sie na III rozdzial. albo kurwa chociaz go jakos delikatnie podrapac za uchem.

jutro party with gugu. w sumie jakie jakie party - zwykla najebka. czyli tez pewien standard.

dziekuje. kolejny odcinek w przyszlosci blizszej lub dalszej.

Saturday

niech się święci 1 maja

z okazji beatyfikacji papy flagami biało-żółtymi blok się mnie ukwiecił. podobnież wyrzucili za okna flagi polskie, a na LO to nawet juropin junion i gwiazdki powiewają. no party na pełnej epie, nie ma co. zastanawiam się tylko, czemu tęczowej flagi nie rzucili. przecie parada jakoś niedługo. chyba. ja zaś to flagę niemiecką lub ruską bym na balkonie zainstalował, ale jakoś niefartownie się złożyło i nie mam takowej na podorędziu. a szkoda, bo sąsiadka meserszmit mogłaby się ucieszyć.

planowanie picia z kulturą zawsze kończy się tym, że kultura idzie w pizdu. nie inaczej było ostatnio. że niby translacja projektu i robienie pepeta, to się nie nałupiemy. jasne. po godzinie 3:30 zarządził sam sobą, że robię czarter na wolne łoże u Pani H. uprzednio obrobili my z mężem Pani H., Panem D. i Panią H. literka wyborowej, który został wzmocniony 0,7 wyborowej. spacer po wódkę był bardzo wesoły - Pani H. jak ta sarenka rącza pomykała z przodu, a myśmy sobie mały klub dyskusyjny urządzili. poza tym standard, czyli tańce, draski i ekscesa inne.

wjechałem na OWW coś kole 14:30, nie mija 15 minut, dzwonek do drzwi i wjazd robi Pani J. że niby kawa miała być, a skończyło się zbyt dużą ilością browarów na balkonie. też nie zadziwiło mnie to zbyt mocno. ustalone jednakowoż zostało, że 3.05, że 13:00 i  że kutas na cycadeli. będziem piknikować z Panem G., co to z krainy tulipana zajedzie do PL.

a niedługo Ciocia Hela i reszta wujków i cioć. żebym tylko się ogarł we czasie i we przestrzeni.

borem lasem.

Monday


z Panią H. wymieniliśmy się prezentami. ona dostała Wielkanocną Wyborową z Jajami, a ja to, co na zdjęciu.

Saturday

telegram

Xavier Dolan robi rewelacyjne filmy.
Dalida ładnie śpiewa, takie trochę italo disco, ale przyjemne.
wyborowa rocznik 2008 nawet przy konsumpcji 0,5 litra/wieczór/łeb nie powoduje kaca.
o 5 nad ranem jest już całkiem przyjemnie.
na kurniku 1945.
jaja pójdą w ruch.
wiosna nakurwia.
micha mi się cieszy.
jest godnie.

Wednesday

Tuesday

i już prawie środa

powiem tylko tyle, że LCJ i GDN mnie bardzo uraczyły - animacja na poziomie high zdecydowanie. w szczegóły wdawać się nie będę, bo i po co. ale momenty były.

no i supermen. w wannie.

Wednesday

znowu w życiu mi nie wyszło

czy jakoś tam podobnie.

na kurniku mi coś workowy nie sprzyja (a i ja nie mogę sklecić niczego sensownego) i z 1900+ spadłem na pysk w okolice 1700. jakby na to nie spojrzeć, poruta jest. poza tym w pomarańczu było mi zdecydowanie bardziej do twarzy niż w żółtym. w ogóle żółty mi się od zawsze z rzyganiem kojarzył, nie bardzo wiem tylko dlaczego.

pocieszającym faktem jest, iż rozstałem się dziś byłem z czarną teczką. a w niej ładnie pospinane - I i II rozdział wiekopomnego dzieła o restrukturyzacji. co prawda wiekopomność może zostać uznana przez promotora za wątpliwą, jednakowoż dobra myśl mnie nie opuszcza. teraz siedzę między SWOTem, a SPACEm, mając przed sobą PEST. w ogóle magisterka uświadamia mi, że jak muszę, to wszystko ogarnę. nigdy mnie jakoś finansówka nie jarała nadmiernie, a teraz proszę, cyk cyk cyk, fiku miku i już mamy po wskaźniku. tak, wiem, moje poczucie humoru bywa żenujące. ale lepsze to niż żarty i żarciki z gównem w roli głównej. ja nie wiem skąd się mi (i nie tylko) bierze tak wielce wysublimowane poczucie humoru.

zrzedł był mi humor przedwczoraj. bo rozmawiam z takim jednym na temat rynku pracy w stolicy kraju kwitnącej pyry (okolice również były wzięte pod uwagę) i co słyszę? ano słyszę, że UEP rozbudził w nas zbyt wysokie aspiracje. no, nie powiem, w krzesło wbiło mnie porządnie. aż musiałem peta na ząb wrzucić, bo istniała poważna obawa, że mnie pikawa z nerwa strzeli i trza będzie po 911* dzwonić. bo jakim kurwa-cudem-chujem-pańskim mówić można o aspiracjach (nadmiernie rozbudzonych, nie zapominajmy o tym istotnym elemencie), skoro większość zainteresowanych, która zetknęła się z rynkiem pracy, wie, że jest chujnia z grzybnią poganiana patatajnią i wymagań nie ma (tak, wiem, wymaganie że nie call center ani PH, to jest wymaganie, bardzo poważne na dodatek, świadczące o skrajnie rozbuchanych ambicjach i niezwykłym braku pokory). bo oczywiście pracy jest w brut, a to my jesteśmy cepy, bo nie mamy:
- 5 lat doświadczenia studiując dziennie (bo przecież praktyki, praca na zleceniu czy coś podobnego się nie liczy),
- nie znamy perfekcyjnie 7 języków (bo angielski na B2 i rosyjski na A2** to przecież teraz w gimnazjum jest),
- bo skoro mamy praktyki, to nie chcemy kolejnych***.
nie wiem skąd we mnie to przeczucie, ale się ktoś zdziwi za parę lat, kiedy to się okaże, że nie ma kto dzieci robić, rodzić i na emerytury zarabiać, bo kto racjonalniej myślący będzie w tym czasie owce wypasał na nowej zelandii czy kota gilgał w okolicy montrealu. za sensowne pieniądze, w sensownych warunkach i nie w ramach UZ.

ponieważ na małego wkurwa nie ma lepszej metody jak małe tour de pologne, to w piątek jest akcja "łódź baj najt, czyli jak nie dostać butelką i wrócić z telefonem na chatę po balecie - przewodnik praktyczny", zaś sobota będzie obfitować w atrakcje kolejowe, następnie zaś atrakcje będzie oferować gdańsk w ramach cyklicznej już imprezy "bo monogamia jest przereklamowana - inwestuj w pologamię". w niedzielę z kulturą i sztuką zjazd na POZ, kojenie nerwów, leczenie wątroby i inne niespodzianki, co się pojawią.

no i zapomniałbym, a byłoby nietaktem wielkim i niewybaczalnym. mam supermana. nie, że lalę czy coś, ale ten jego magiczny znaczek. i bynajmniej w wersji papierowej - otóż posiadam go na klacie, z kłaków własnych wycięty. jest szał, gacie latają i naród się podnieca. fota oczywiście będzie, muszę tylko nic nie jeść przez cały dzień, bo ostatnio jakbym ze trzy kilogramy złapał i brzuch już nie jest tak płaski, jak był do niedawna.

* -  żart sytuacyjny, w zaistniałej sytuacji nieśmieszny, ale opiszę:
K dostała uczulenia na lek, wysypało ją i była bliska małej duszności
K komunikuje: jakbym przestała oddychać dzwońcie na 911.
ja: ale K, w PL dzwoni się na 112, a nie 911.
K: no tak. dobra, dzwońcie gdziekolwiek.
** - no w sumie ... na A2 się rosyjski może przydać w celach komunikacyjnych z paniami strażniczkami lasu
*** - ok, mogą być praktyki (ale na allaha i spółkę, dlaczego bezpłatne?)