Friday

myslal indor o niedzieli

czyli z mojego styczniowego urlopu nici i wielki chuj. bo sie okazalo, ze ten, co sie mnie nalezy za 2 miesiace animacji tegorocznych musze zwekslowac do konca roku. tegoz roku. wiec raczej zaplaca mi za niewykorzystany, niz ja w chacie posiedze. bo jakos potrzeby nie czuje. poza tym nie mam tu za bardzo rozrywek towarzyskich innych niz praca, a jeden dzien wolny w tygodniu mi w sumie starczy (bo zazwyczaj sobota lub niedziela jest przeze mnie spedzana, a jakzeby inaczej, w pracy, bo od wiekszej ilosci pieniazka na koncie nikt nie umarl ani tradu nie dostal).



a propos pracy, to jakies 2 tygodnie temu mialem urocza konwersacje o tym, ze moje attitude jest dalece niesatysfakcjonujace zaklad, ze jest jakis niemily i w ogole. w sumie nie wiedzialem, o co chodzi za bardzo, ale chuj w to. we wtorek zas mialem kolejna rozmowe, tym razem o tym, jaki to jest jestem zajebisty, fantastyczny i w ogole well done. a dodam, ze moje zachowanie zmianie nie uleglo. smiem twierdzic, ze sie komus cos jeblo. albo tez kogos jeblo.



z racji zas urlopu, co mial byc, ale bedzie pozniej, to sie w PL objawic planuje w marcu. choc w sumie nie wiem, czy az tak bardzo sie mnie chce. jakis taki mnie dysonans ogarnal byl.

No comments:

Post a Comment