Tuesday

w malinowym chruśniaku

siedzę i popijam. niestety, nie alkohol, a gorącą, malinowo-hibiskusową, herbatę. bo się zaziębiłem, kicham, prycham i rozsiewam radośnie zarazę. czynię to w samotności, gdyż absztyfikant udał na się na wycieczkę do Lisbony, którą to ja organizowałem. więc oprócz choroby mam gratis lekki stres, bo byłbym rad wielce, gdyby wszystko poszło gładko. jak na razie Miś leci z CDG do LIS i wydaje się, że sprawy idą całkiem pomyślnie.

w zakładzie pracy jest wciąż miło. nawet zaoferowano kurs niemieckiego (pomijam fakt, że bułgarski leży, kwiczy i nie zanosi się na zmiany). co prawda kurs zaoferowano po bułgarsku, ale pojawila się opcja, by był on także prowadzony po angielsku dla tych, co narzeczem lokalnym się nie komunikują. pasmatrim - uwidim, jak pewien biskup rzekł.

zabawy i gry w bankowość też prawie zakończone. konto w societe generale działa jak ta lala, przy czym rozdział pt. unicredit  jeszcze nie zamknięty, gdyż oczekuję na informację, czy mam za zamknięcie konta zapłacić, czy też nie, bo tu się za takie przyjemności płaci. 12 lv (6 EUR). czemuż by nie.

No comments:

Post a Comment