Friday

Ale co z emeryturą?

Tak się złożyło, że ponownie (któryż to raz) jestem bezrobotny. Tym razem na własne życzenie, bo 9/01 rzuciłem wypowiedzenie, a 10/02 się rozstaliśmy. Dodać trzeba, że w niezwykle przyjaznych stosunkach i w ogóle kwiatki, zajączki i słoneczko świecące (bez nawet grama ironii, na serio).

No i od tegoż 10/02 sobie robię nic. Znaczy napierdalam na kurniku, gotuję Staremu i sprzątam i piorę i ogarniam tzw. ognisko domowe. Dziś miałem szczególnie ciężki atak, bo rzuciłem się na lodówkę (a Staremu przyznać trzeba, że chuja na niej wyłożył aż boli, więc rozmrażanie, wyrzucanie zbędnych produktów itp.) i szafkę pod zlewem. Oraz dwie dwulitrowe butelki Shumensko (ale czy to ważne?).

I tak sobie żyję. Między sprzątaniem a praniem miewam interview. Ale nie zawsze. I ogólnie mam w piździe. Bycie house wife mnie raczy. Tylko czemu nikt za to nie płaci?

No comments:

Post a Comment