pierwszy tydzień w pracy upłynął na klasycznym nicnierobieniu, co oznacza, że poniedziałek będzie dalece bolesny, gdyż szefowa wraca z wywczasu i zapewne czujnym, gospodarskim okiem spojrzy na me dokonania, a te są żadne. i w sumie o jednej rzeczy zapomniałem, a dość istotna ona, więc będzie mały dym. i może nawet bym się tym jakoś spinał, ale za 4 tygodnie już mnie tam nie będzie i w dupę mnie ucałować na tę okazję można.
co się tyczy wyjazdu to dealuję właśnie z laską, co to mnie chaty szuka. i wietrzę jakie perturbacje, bo trochę żeśmy się z początku nie dogadali, co do mojej obecności, a konkretnie to do faktu, gdzie stacjonuję obecnie.
poza tym już czuję pewien pain in the ass związany z koniecznością spakowania całego dobytku w dwie walizki po 23 kilo (god bless frequent flyer) i bagaż podręczny sztuk jeden. jakby nie patrzeć doświadczenie w tego typu animacjach mam, ale to zawsze wyzwanie. a przy okazji możliwość krytycznego spojrzenia na dobra obecnie posiadane. bo bez porządnej selekcji się nie obejdzie.
poza tym portugalski absztyfikant chce się spotkać przy kolacji, a ja nie mam czasu. i jak tu żyć panie premierze?
No comments:
Post a Comment