Saturday

darmo swiatlo, gaz, lokaje...

narzekalem, ze nuda, ze zastój, ze ogólnie chujnia i grzyb, a tu prosze panstwa zmiany, zmiany, zmiany. zacznijmy moze od newsa kalibru najwiekszego. bo tak sie stalo, ze 21/05 bede juz stacjonowac gdzie indziej. znaczy w bulgarii. sofii konkretnie. przyjebawszy konkretnie, czyz nie? ogólnie z ta bulgaria to taki z lekka przypadek i troche cyrk. bo ze trzy tygodnie temu dostalem maila od pana Martina, ze znalazl byl on moje CV i ze takie vacancy ma i czy moze nie chcialbym w rekrutacji wziac udzialu. ze ja sie na rózne takie ekscentryczne akcje pcham chetniej niz chetnie, to zem powiedzial, ze tak, i ze owszem, i ze dwa razy moze nawet poprosze. no i jakies tam pare dni pózniej mieli my interview on the phone, a po tejze konwersacji dostalem takie male zadanka do wykonania. i tu troche zem sie nie popisalem talentami swema. bo to bylo tak. zadanie polegalo na tym, ze mialem link do aplikacji, a tam trzeba bylo rózne rzeczy pouzupelniac. no i byla opcja, ze test i ze nakurwiaj na zywiol. zem klikl test i zaczalem szturac zadanka. kiedym juz skonczyl okazalo sie, ze troche zem zle poklikal. konkretnie to popierdolilem opcje test i nakurwiaj pan. kliknalem na nakurwianie i troche mnie nie poszlo. no ale bylo zadanie numer dwa, ze trzeba bylo na letter of complaint odpowiedziec. na szczescie po polsku, to zem zajebal takiego lista, ze klekajcie narody. dzien pózniej dostalem feedback i rzeczywiscie test sfailowany, ale list po wuju i ze w sumie to oni by mnie chcieli. ja, jak przystalo na niezdecydowana, mentalna dziewice, zaczalem sie wic, ze ja to w sumie nie wiem, bo daleko, bulgaria i ile chcecie mnie dac za ten cyrk. no i tak smy se mailowali, az w srode przylecial mail z final offer. no i zem zaakceptowal. wiec w drugiej polowie maja relokacja. i nie ukrywam, z lekka jestem zesrany, bo chuj wie, co mnie tam zastanie. z drugiej strony balkany, wiec klimat niezly, chlopy bardziej slowianskie i jakie winiacze tam robia. wiec istnieje szansa, ze sie mozna poraczyc tam. obadam sprawe.

obecnie* zas siedze w jumbolino i nakurwiam na zurich, gdzie spedze ekscytujaca noc na lotnisku, co by rano wpakowac sie w inne jumbolino i obrac destynacje warsiawa. z warsiawy zas na posen, co by tam zaanimowac event z cala ta halastra pokrak i kreatur róznorakich. a sped ma byc wysokiej klasy, bo i odcinek lódzki przjezdza na najebunde, a i team poznanski tez ma byc wzmocniony. ogólnie to kiepsko widze niedziele.

czymze jeszcze móglbym sie pochwalic... ano w sumie niczym, bo jakos poza bulgaria hitów nie ma. sie czasem czlek wkurwi w robocie, czasem ktos go wkurwi i tak to sie buja to w prawo, to w lewo.

kolejne update'y z tour beda w swoim czasie. albo i ich nie bedzie. i chuj.

------------------------------------------------------------

zapomniałbym opisać swe przeżycia z lotu ze swissem. a nie będę ukrywać lot to wielce kulturalny był i milusi. bo i pasza na przyzwoitym poziomie, stewardessy uśmiechnięte i ogólnie miło tak i na poziomie. szkoda tylko, że kukuruźnik mały i miejsce na giry jakby nie bardzo.

co zaś się tyczy lotniska w zurichu, to również nie mam na co narzekać. warunki do spania pierwsza klasa, bo cisza, spokój i pusto. nawet światła przygaszone, co by użytkownikowi radość z pobytu podnieść. gdyby tylko jeszcze gniazko udało się jakie znaleźć, co by mariolę podładować... śmiem twierdzić, że w ZRH więcej akwariów dla kuriaszczych niż power socketów. cóż począć...

jak się nic nie zesra, to za niecałe 4 godziny będę we warsiawie. na pewno będzie tam scenka walizkowa. zobaczymy co jeszcze się da wyanimować.

* - kiedy to tworze notunie, czas ten jest malo kompatybilny z data opublikowania posta

No comments:

Post a Comment