Sunday

Piszę do Ciebie list z dalekiej podróży

Polska zdobyta. Już w piatek wczesnym popoludniem, kiedy to wylądowałem na Balicach. I od razu mi się to miejsce nie spodobało. Bo jakoś tak chaotycznie (jedna karuzela walizkowa na 3 przyloty to trochę nie ten tego), tłoczno i bez sensu. Reszta pobytu w Krakowie bez jakichś specjalnych zastrzeżeń. Choć to i tak dużo biorąc pod uwagę moją raczej małą sympatię do tej dziury.

No ale Kraków już się skończył, obecnie przemieszczam się z WRO do POZ, by rozpocząć część drugą imprezy. Z planu zostało wykreślone spotkanie z Rebeką i Żydem. Ostatnio poczułem się z lekka olany i uznałem, że skoro komuś niezbyt zależy, to czemu ja mam się pałować. Więc mam wolny wieczór i dość napięty plan na jutro, ale jakoś powinienem się ze wszystkim ogarnąć. Powinienem. Przy okazji muszę pochwalić Ciocię Unię za piniążek na moderniazcję wagonów. Bo nowy skład Kossaka jest zdecydowanie dobry. EIC w cenie TLK.
Później już tylko Gorzów, Szczecin i znowu Poznań, co by stamtąd udać się via WAW do SOF.

Do SOF, gdzie kryzys wybuchł. Znaczy mam ciche dni z S. Ubaw jak sam chuj. Almost. Bo wczoraj trochę nie wytrzymałem i poinformowałem go, że mam dość jego jazgotu, że on tęskni, sam taki tam został i tym podobne historie. Ja wszystko rozumiem, ale kurwa przypominać mi o tym trzy razy nie trzeba. W odpowiedzi dostałem tylko informację, że jak mi się nie podoba, to mogę się pierdolić. I że on biedny nie wie jak ze mną rozmawiać, bo ja mało mówię. A on, biedny i przez los (i mnie) pokrzywdzony, mieli ozorem jak krowa, co mnie momentami do furii doprowadza. Takie tam historyjki romantyczne. Czuję, że pewien czas spędzę na swoich włościach.

I to w sumie na tyle. Jak się co ciekawego wydarzy, to poślę update.

No comments:

Post a Comment