W sumie jakby poświąteczna ta magia, bo zdarzenia miało miejsce 27/12, ale nie bądźmy nadmiernie szczegółowi.
Otóż siedzę sobie wesoło pod bramką numer 13 na warszawskim lotnisku Chopina, oczekując na boarding. W sumie to on trwał, ale uznałem, że nie będę się pchał, tylko kulturalnie sobie poczekam i wejdę jako ostatni (kiedy taki manewr zrobiłem w Wiedniu w zeszłym tygodniu, to aż mnie wywoływali, bo żem nie zauważył, że naród się przetoczył przez bramkę). Siedziałem tak sobie i patrzyłem co za pokraki się na pokład ładują. Było raczej słabo. Aż tu nagle, wuj wie skąd objawił się wysokiej urody misiu. Wysoki taki, z parudniowym zarostem, na siłkę uczęszczający. Bardzo dla oka przyjemny. Tak sobie siedziałem, obserwując go dyskretnie aż zniknął za winklem. Kiedy już na bramce się pusto zrobiło, wtedy udałem się celem boardingu. W ogóle drugi powód, dla którego lubię się ładować jako ostatni świadczy o mej małości i złośliwości. Otóż zawsze się czekuję na miejsce przy oknie. I uwielbiam tę reakcję, kiedy ktoś zadowolony, że miejsce takie ładne, z okienkiem i puste i już ktoś załadowany tam, gdy ja się objawiam. I kulturalnie mówię, że okno moje. Tak, podłość ludzka nie zna granic. No więc wracając do Warszawy i lotu do Sofii. Wchodzę na pokład i przedzieram się przez tłum, co jeszcze bambetle upycha po schowkach. Przedzierając się tak, spoglądam na swój rząd - 20 - i niespodzianka. Otóż misiu ma miejsce obok mnie.
Kiedy już usiadłem czar prysł, bo misiu z bliska już się nie prezentował. Niefart.
No comments:
Post a Comment