Saturday

prokrastynacja

czyli syndrom studenta. mozna sobie w wiki poczytac. mam. zdecydowanie. jakas taka silna mutacje. 3 dzien zabieram sie za przeglad plikow do heli i jestem na 2. slownie: drugim. i jakos tak mi nie idzie. bo pogoda, bo spieprzony telefon, bo glodny, bo nazarty, bo chuj wie co. ale zawsze cos. nie ma lekko, o nie. teraz na ten przyklad obczajam na jutubie wszystko, co zawiera dalide. a jest tego troche. ciekawe, na co przestawie sie pozniej.

poza tym poruchalbym, ale narod jakos tak sie rozjebany mentalnie zrobil i anty. ze te takie krotkie tournee to nie, ze teraz trzeba ze soba chodzic. a ja na chodzenie czasu, i ochoty tym bardziej, nie mam. beda jeszcze chujaszki pewnie chcialy, ale ja wtedy terminarz napiety posiadac bede. albo mi sie chciec nie bedzie. a pozniej to wyjade i chuj wam w nos. o! chociaz z informacji plynacych z wysp sytuacja nie przedstawia sie kolorowo. inbred kroluje. i ogolna masakra. ze zolte jest dalece chujowe, a czarne najlepiej zeby dalej za antylopa po sawannie biegalo, bo do niczego innego sie nie nadaje. a angolska uroda, to podobnie jak w przypadku urody anny kuchty fotygi, sprawa delikatnie mowiac, dyskusyjna. na szczescie jednakowoz mozna tam i jakie sensowne okazy wyczaic, z tym, ze zazwyczaj to niemcy, ogolnie pojecia slowianie lub skandynawia. multikulti po chuju.

i niech kurwa ten pieprzony front nadejdzie. niech jebnie grzmotem. i blyskawica jaka tez. bo no kurwa nie wytrzymie.

No comments:

Post a Comment