Monday
postanownienia
pozostale animacje na terenie ojczyzny najukochanszej przyniosly pare kolejnych przemyslen (nie wiem, moze ja za duzo mysle albo mnie jaka intelektualna obstrukcja dopadla i tworze jak popierdolony) z gatunku "o zycie! o egzystencjo! o kurwa". spotkawszy sie z Pania Majorowa doatrlo do mnie, ze najbardziej teskno mnie do OWW. moze niekoniecznie do tego gierkowskiego osiedla, ale klimatu, jaki sie tam na chacie unosil (i nie mam tu na mysli smrodu petow i alkoholu, ktory tam za kolniez wylewan nie byl), takiego luzu i sporego przemialu zasobow ludzkich.
nastepnie zas dotarla do mnie bolesna prawda, ze jesli chce powrocic na sciezke grzechu, rozpusty i ogolnie animacji seksualnych, to musze spierdalac na kontynent, bo na wyspie to ja nie narucham sie za bardzo. nie ma co sie oszukiwac, ale wyladowalem w krainie ludzi brzydkich, spasionych i takich, co nie krzycza do mnie "poruchajmy sie". zaczalem wiec kombinowac nad kolejna destynacja w ramach akcji "find your own way i przy okazji nie wdepnij w gowno". co prawda z tym gownem sie srednio jak na razie mi udaje, ale sie staram. ale wracajac do meritum, to skoro kontynent, to wybor duzy nie jest. hitlerowcy, denmarki i specjalisci od polderow. najatrakcyjniej jednakowoz wygladaja ci pierwsi, wiec jasnym sie stalo jak moja dupa po zimie, ze czas sie ogarniac i zrobic akcje "refresh your german". uczylem sie kiedys, ale niestety, zbyt wiele nie pamietam, poza przydatnymi zwrotami typu "hende hoch!", "Ich liebie Lufthansa" i "zwei biere bitte". musze wiec poznac pare innych przydatnych wyrazen (preferowane te z czasownikami flicken i bumzen, czy jak to sie tam pisze).
poza tym widze (a siedze obecnie pod G20 na MUC Airport), ze wspolczynnik potencjalnego wyruchu wynosi tu jakie 30%, gdzie w UK nie przekracza on 5%. no i ogolnie niemcy nie wydaja sie byc takie najgorsze - maja ladne lotniska, niezle dworce, sa w europie i istnieje spora szansa, ze bym mogl sie uraczyc tu.
robie wlasnie odsluch MDNA. mam takie jakies ambiwalentne odczucia. niby zle nie jest, ale ten disko klimat mnie nie przekonuje w pelni.
pierwsza wizyta na lotnisku w BRU nie spowodowala, ze padlem na kolana. zeby nie powiedziec, ze kurwa sie nabiegalem troche. bo zeby sie z manki schengen do nieschengen przedostac, to trzeba niemalze linie maginota sforsowac. plus 6 kompletow schodow ruchomych i jeszcze security control, co oznacza, ze wody z PL czy innego MUC/FRA do BHX sie przeteleportowac nie da. dopiero teraz, lecac kukuryznikiem-kurwa-jego-mac do BHX doszla mnie mysl, ze przecie ja swoj ZAD zabookowal wlasnie z changem w BRU, gdzie na change'a miec bede 50 minut. mowiac szczerze jakos tego nie widze. bo raz, ze daleko i security, to dwa, ze flybe tez sie jakos slabo ogarnia. swoja droga te hocki-klocki w brussel airlines z tabliczkami gdzie jaka taryfa, to troche zenada. ja rozumiem cost cutting, ale SAS co tej metody probowal (znaczy ze nie dawali kawy i buly), uznal ze koncepcja ta nie do konca ma raczki i nozki, w zwiazki z czym ponownie daja tam papu.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment