Thursday

co to był za bal

zacznijmy może od kontynuacji wątku z notuni poprzedniej, czyli perwersyjnych akcji z gatunku to sobie pokonferujmy na telefonie. więc był ten magiczny conference call. co to był za call. och i ach.
zaczęło się jak zwykle od wymiany uprzejmości i sprzedania mi zjeby, że co to ja niby tam robię, że kawka i pecik i tak dzień mija. więc uprzejmie wyjaśniłem, że nie kawka i pecik, ale referencje, CRB, ludzie co nie chcą pracować i chujowe stawki, co są oferowane. na to była odpowiedź, że to nie chujowe stawki, ale moja niechęć i nieumiejętność znalezienia kandydatów do tych cudownych ról. oraz lista wskazówek, co zrobić mnie należy, by bookingi były wypełnione, firma szczęśliwa i ogólnie króliczki, wiosna i ogólna euforia. niestety, po pierwszej wskazówce, co była tak debilna, że mnie się słabo zrobiło i miałem ochotę zakrzyknąć soli trzeźwiących dajcie, nie wytrzymałem i chciałem powiedzieć, że brzmi to nieźle, ale ma parę mankamentów. zdążyłem tylko powiedzieć yes, it sound good, but... i zaczęła się jazda. jazda, że ja torpeduję wszystkie pomysły, robię nic i ogólnie na chuj tam jestem. kiedy chciałem uprzejmie przeszkodzić i się wytłumaczyć, że sorry, ale kurwa trochę inne optyki mamy, usłyszałem tylko don't disturb as I'm talking. i chuj. żyłka pękła, ciśnienie skończyło i skończyło się pierdzenie na słodko. byłem uprzejmy wysłuchać całej tyrady i po jej zakończeniu powiedzieć, że trochę to wy went too far i zapytać, czy mają jeszcze jakie problemy, czy można już kończyć. jako że w callu brały udział 4 osoby, czyli ja, dwie laski z REMASa i ic h menadżer ta ostatnia wzięła na siebie ciężar łagodzenia sytuacji. że to w sumie trochę emocji, że za ostro, że porozmawiajmy. niestety, nie miałem ochoty brać w tym udziału i zapytałem, czy możemy już kończyć, bo mam trochę roboty i uważam, że ten call to nie jest najlepiej spożytkowany czas i że chciałbym już skończyć. na co usłyszałem, że ok, i że będziemy in touch. ciśnienie miałem takie, że marzyłem tylko o dwóch fajkach pod rząd i setce wódy. a jak na złość pojawił się koleś, co go miałem rejestrować do jakiejś fuchy. żeby było lepiej, to koleś zrejterował, bo uznał, że on jednak nie. i w tym momencie to już było za dużo.
zanim jednak zacząłem z nim konwersować, zdążyłem napisać maila do mej manager co bawiła była na jakimś szkoleniu czy czymś z prośbą o kontakt. urgent.  po niezbyt owocnej rejestracji udałem się zaś na fajkę i spaliwszy dwie wróciłem do biura. akurat zadzwoniła szefowa i jej kulturalnie wyjaśniłem, że a) tośmy dzisiaj poszaleli na callu i że critical point has been reached, b) że w takich warunkach to ja pracować nie zamierzam, c) to nie żart i liczę na reakcję.
i się zaczęło. nie minęło 20 minut i szefowa dzwoni ponownie, że rzeczywiście, trochę nieprzyjemnie, ale mummy always protecs you i że jutro wpadnie na wizytę pani manager od tych laś i sobie będziemy mogli wszystko wyjaśnić. i chuj, wystarczało zagrozić spierdoleniem i już zaczęli trochę jakby sensowniej działać.
dzień z panią manager bardzo miły był i rzeczywiście owocny. tylko czemu nie szło tego całego gówna wyjaśnić sobie wcześniej. ot, zagadka.

następnie była sobota u Państwa Ł., a tam złowieszczy dziki ryż, łosoś i Żydzi. Żydzi spaleni, łosoś upieczony, a ryż następnego dnia połamał zęba Pani Halince (swoją drogą czekać tylko, aż złamie ona palca w dupie, bo to dość prawdopodobne). poza tym śniegiem przyjebało i było kolorowo.

a dziś w robocie najazd person ze wszystkich maniek, łącznie z panią manager pani manager od tych ww. laś. też śmy sobie pokonwersowali, że co i jak i w ogóle. ruski cyrk w tej firmie.

poza tym długi weekend się właśnie zaczął, za 8 dni Polsza i inne takie animacje.

czy wspominałem o portugalskim absztyfikancie?

No comments:

Post a Comment