Tuesday

RODOS* i Chanel

Tournee pod hasłem Ziemia Łódzka można uznać za udane. Było miło i przyjemnie (nawet), choć końcówka dalece stresująca. W sumie byłoby jeszcze milej, gdybym w trakcie akcji Najebka na RODOSie konsumował alkohol. A ja tamże piłem piwa przez cały wieczór i skończyłem na szalonej ilości trzech. TRZECH. Z uwagi na oczy i cztery rodzaje przyjmowanych antybiotyków (trzy prosto w oko i tabletki do połykania żeby nudno nie było). Więc byłem na RODOSie trzeźwy i musiałem słuchać tych wszystkich pijackich wynurzeń i śpiewów.
W kategorii rozGwiazda wieczoru nagrodę zdobyła Zebra aka Stevie Wonder czyli koleżanka Jadwiga, która zajebała się jako pierwsza i jedyna. Na dodatek, dla podniesienia poziomu poshu (zwanego boshem w niektórych kręgach) o 1 w nocy przywdziała okulary.

Co do powrotu, to tutaj nastąpił mały dramat. Bo zgodnie z planem miałem być na Dworcu Centralnym we Warsiawie o 14:20. A nawet tam nie dojechałem, bo dyliżans postanowił być dwie godziny opóźniony. To sobie za Skierniewicami postał, to w okolicy Grodziska, to jeszcze gdzieś i finalnie o 16:08 wysiadłem na Dworcu Zachodnim. Dodam, że boarding kończył się o 16:55. Zamówiłem taksówkę i o 16:18 ruszyłem. Żeby było bardziej ekscytująco przez całą drogę taksówka napotykała czerwone światła. Więc o 16:36 wylądowałem na Okęciu i biegiem udałem się ne check-in, co by mnie w karty pokładowe zaopatrzono. Wybrałem pierwszy lepszy lufthansowy, gdzie miła pani powiedziała, że lecę LOTem, więc se w dupę mogę kartę Frequent Traveller wsadzić, bo ona mnie boardingów nie wydrukuje. Więc musiałem zasuwać na LOTowski check-in, a czas uciekał. Kiedym tam dotarł, grzecznie poprosiłem o karty, wyjaśniając że jakbym się śpieszył. A pani do mnie, że mam jeszcze sporo czasu i że mogę sobie iść na business security, bo na zwykłym sceny dantejskie. Skorzystałem. Dzięki temu, że było tam pusto zdążyłem jeszcze obiecaną flachę nabyć na duty free, zajarać i wpaść do lounge'a na śniadanie. 

A później był boarding. I lot LOTem. Powiew wielkiego świata. Bo jeszcze nie zdążyłem wejść na pokład, a już na schodach do samolotu czułem Allure Chanela. Cały samolot był przesiąknięty Chanelem. Nie wiem, czy stewardesy robią za ambasadorki tegoż zapachu, czy o wuj chodzi, ale była klasa. Znaczy tylko trochę, bo później uslyszałem konwersację tychże pań i historie o tym, że na Dreamlinerze to ciężko, bo ponad 200 paxów w economy i trzeba się narobić. Oraz o dzieciach, obiadach, fryzjerach i tym podobnych ważkich kwestiach, o których wolałbym jednak nie wiedzieć.

Lotnisko w VIE bez szału. Austrian też. Poza tym Fokker, którym leciałem pamięta jeszcze chyba wujka Adolfa. 

W Sofii zaś czekał na mnie S. Nie powiem, było to bardzo miłe z jego strony. S. zaproponował także udział w czyichś urodzinach w piątek i niedzielną wycieczkę krajoznawczą. Trochę mnie ta zabawa urodzinowa frapuje, bo S. raczej się ze swoim pedalstwem nie obnosi, więc zastanawiam się na chuj mnie on tam ciągnie. Ale cóż, ładnie się ubiorę i będę robić za wzorowego Europejczyka ze strefy Schengen.

I to by było tyle odnośnie weekendu.

* RODOS - Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką

No comments:

Post a Comment