weekendem przedluzonym, jak to zaplanowane bylo, udalem sie Misiem do kraju poludniowego, Grecja zwanym, by poogladac sobie Thessaloniki i strefy Schengen zazyc. wina i potraw lokalnych jak rowniez.
trasa do Sandanskiego, gdzie nocowalismy, wielce malownicza sie okazala, bezpieczna jakby nie do konca i pokorkowana momentami, jako ze nacja lokalna, inne Rumuny, Serby, Chorwaty i reszta balkanskiego towarzystwa ruszyla na Thassos (Tassos?) i inne Chalkidiki. bylo tloczno, bylo wyprzedzanie na dziesiatego i tego typu gry i zabawy drogowe. slowem, ekscytujaco w chuj, tylko persenu nie mialem.
w piatek udalismy sie do Melnika, ktory to jest wsia, ale produkuja tam wina. lokalne. malo procentowe i smakujace jak sok wisniowy. kiedym podczas jednej degustacji sie nie uraczyl, uslyszalem od Bulgara tamtejszego, po bulgarsku na dodatek, ze obcokrajowcy to sie nie znaja, smaku docenic nie potrafia i takie tam. nie musze dodawac, ze chuj mnie jasny strzelil i opuscil zem jaskinie, gdzie raczenie (a raczej nie) miejsce mialo.
jako ze w Sandanskim podczas weekendu jaki Pirin Folk Festival mial miejsce, to tloczno bylo i szukanie miejsca, by wieczerze spozyc trwalo jakie 50 minut. ale warto bylo, gdyz grillowane warzywa mialy walor. lepszy niz wino.
we Grecji, gdzie malaka i pustis, kryzysu nie widac. Grecy standardowo pokrzykuja, pija kawe/ouzo/cokolwiek, siedza po kanjpach i maja jakby wyjebane na swiat. warte odnotowania jest jednak to, jak oni prowadza. bo to juz sodomia i gomoria. 130 km/h, ktore to mielismy na liczniku przemierzajac Periferiaki Odis (tamtejszy ring road), to najnizsza odnotowana tam predkosc. bo Grecy, choc sprawiaja wrazenie malo ogarnietych i powolnych, to zapierdalaja jak pojebani. uwazam ze, dla bezpieczenstwa, w krajach innych niz ich rodzinny, powinni na oslach jezdzic, co by zagrozenia nie stwarzac.
godna odnotowania jest rowniez kontrola graniczna, a w zasadzie jej brak. nikt nie byl specjalnie zainteresowany naszymi dokumentami, pomimo tego iz BG do Schengen nie nalezy.
w niedziele zas mial miejsce powrot do Sofii poprzedzony wizyta w Blagoevgradzie, ktory to przyjemnie prowincjonalny jest, ale karmia tam zacnie (czy musze dodawac, ze tu wszedzie prawie karmia zacnie lub lepiej i ze zdolalem sobie zahodowac opone?).
w tygodniu zas skupilem sie na walce z bankiem, pisaniem skarg i takimi tam zabawami. oczywiscie akcja ta nie przyniosla zadnego skutku, wiec w sobote otwieram sobie nowe konto. i gdyby ktos pytal to tak, UniCredit Bulbank jest banda skurwialych kutasow, ktora to grupe radze omijac lukiem bardzo szerokim. najszerszym z mozliwych.
w pracy, jak to w pracy, robie praktycznie nic. znaczy drapie sie po jajach, popijam kawe, pale papierosy i czekam na moment, kiedy projekt sie zacznie. a jak na razie nie wyglada on na zaczynajacy sie.
dzis zas, z uwagi na fakt, ze od poczatku tygodnia stacjonuje na wlosciach u Misia, bede walczyl na odcinku kuchennym. ryz z warzywami w planie, taki pieczony i ogolnie zdrowo, pozywnie i posh.
material zdjeciowy z weekendu zostanie opublikowany pozniej. jak sie ogarne.
No comments:
Post a Comment