Monday

fever

nie ma co, 7 stycznia roku panskiego 2013, to dzien niezwykle wazny i dalece przelomowy. dla mnie przynajmniej. bo raz, ze Ciocia Lusia nadeslala mnie karte frequent flyerowa, co to z nia pucowac sie bede po wszystkich launge'ach, jakie sie tylko napatocza (a ze moge sie bujac tylko po hitlerowcach, prawie-hitlerowcach, helwetach, brukseli i warsiawie, to czuje, ze mi szybko pojdzie) i ogolnie bede ja w portfelu trzymac w jakims cieszacym oko miejscu (stara, niebieska, przerobie na zakladke do ksiazki).
rzecz druga to status "zlej to", czyli daleki i brzydki wyjeb na robote. bo za otrzymywane tam wynagrodzenie (w gratisie z relacjami z przelozona na levelu 2, czyli regional) i ogolny jubel powinienem dostawac ze 300 funia miesiecznie wiecej. a ze nie dostane, wiec niech zra gruz i szukaja sobie innego jelenia. zwlaszcza, ze jako temp, nie musze informowac o checi odejscia. po prostu requestuje z miejsca o P45 i mowie "good luck". a ze wyjdzie z tego lack of luck to juz nie moja sprawa.

jutro mam interview. na skype'ie. o 7PM. zastanawiam sie, co to za ruski cyrk bedzie, bo i sposob, jak i pora wskazuja, ze nic powanego to nie bedzie.

na koniec pytanie do czytelnikow:
czy posiadanie na telefonie dyskografii zarowno chlopakow z rammsteina, jak i pani kylie m. z kangurowa swiadczy o mnie:
a) dobrze, pedalska norma
b) nie, brakuje madonny
c) doktor jekyll i mister hyde

i gratis. search keywords.

No comments:

Post a Comment