Friday

Sun Alliance House

dziś nastąpiło pożegnanie z zakładem pracy. było miło, symaptycznie i nawet niesztucznie. gdyby nie pojebany system tam panujący i cały ten korpocyrk można by uznać, że miejsce to wcale nie jest aż takie złe.

wczoraj zaś żegnałem portugalskiego absztyfikanta, który rozczarowan jest faktem mego wyjazdu. ja trochę mniej, choć trzeba przyznać, że chłopina ma zadatki na porządnego absztyfikanta, bo i niegłupi, i niebrzydki, a i moc ssąca całkiem konkretna. cóż, było, minęło, zoabczymy co sofia zaoferuje.

obecnie zaś trwa akcja pakowanie. zofia już poniekąd na full upchana. okazało się, że wcale nie o kilogramy martwić się należy, ale o objętość. bo ona stanowi pewne wyzwanie - znaczy, że należy walizkę dosiąść i metodą na upych zapiąć. finalne pakowanie zaś nastąpi w poniedziałek i wtedy spodziewam się perturbacji, cyrków i klęcia na czym świat stoi. albo i leży.

odnośnie klęcia to żem dziś pokurwował na nowy zakład pracy, bo trochę późno mnie zapdejtowali o jakichś pierdołach, które mam załatwić zanim zacznę. niby pełny support oni oferują, ale jakby nie do końca. chujaszki złamane.

ponadto sobie uświadomiłem (fakt, trochę późno, ale lepiej niż wcale), że ja trochę daleko jadę i znowu trzeba się wszystkiego uczyć. nie żebym był przerażony czy coś, ale radosna ekscytacja się skończyła i pojawiła się faza o stary, aleś umoczył. zobaczymy co się we wtorek wydarzy.


No comments:

Post a Comment