Wednesday

well done

w robocie zakończył się cyrk pod hasłem audyt. było rano trochę nerwów, bo się okazało, że jakby nie wszystko jest, jak być powinno. ale ponieważ było już za późno na jakiekolwiek działania, to tylko zeskanowano packi i nadano drogą mailową. przed 16 przyszedł mail, że jesteśmy zajebiści i audyt zaliczony na 100%. myślałem, że moja szefowa się rozpłacze ze szczęścia.

na terenie włości nic ciekawego. pakowanie w czarnej dupie, logistyka też poniekąd nie należy do rzeczy, na których się skupiam szczególnie. bo raz, że chatę już mam, a dwa, że mam wyjebane. w końcu jeszcze 5 dni do wylotu, więc czasu w chuj i jeszcze kawałek.
poza tym mam przecież to-do list, więc nie zginę. co najwyżej czegoś nie zrealizuję i taki będzie finał. nie ma powodów do stresu.

No comments:

Post a Comment