Monday

usrawszy sie

mozna powiedziec, ze jestem w czarnej dupie. organizacyjnej czarnej, wielkiej dupie. i nie bardzo jest nadzieja na wyjscie z niej. znaczy na razie jej nie ma, ale moze po paru telefonach okaze sie, ze znow slonce zawita w zyciu mem.

bo zaczalem dzis nju dzob. z gatunku troche ambitniejszych, bo bede polish speaking market researcher. chuj jednakowoz w prace, zajebiste biuro, darmowa kawe i inne atrakcje, bo mi sie wszystkie weselne przygotowania zawalily. bo tak: fryzjer, karta, naprawa roweru (nieweselne, ale jednak na czasie), waluty obce, zakupy odziezowe zalegle itp, itp i w dupe.
o ile czesc rzeczy moge jeszcze jakos przearanzowac, to niestety do wiekszosci zadan trzeba bedzie kogos wydelegowac. i spinac sie w sobote na pare godzin przed slubnym eventem. na ten przyklad fryzjer. w gorzowie. taki co nie spierdoli moich trzech klakow na krzyz. albo gdzie kuny i ojrosy kupie przed chorawacja (dodam, iz nie ma opcji, bym zrobil to po weselu, bo niestety pracuje w chujowej lekko lokalizacji i jest problem.

ogolnie to ja pierdole.

ale z roboty i tak sie ciesze.

No comments:

Post a Comment