Element, o który najbardziej się obawiałem, czyli autobus linii 900 kursujący na lotnisko w Birmingham przyjechał w piątek o czasie. I chyba była to jedna z niewielu sytuacji, kiedy wszystko poszło zgodnie z planem w czasie mej radosnej wycieczki do Gorzowa, przez Brukselę i Berlin.
O godzinie 5:01 ustawiłem się w kolejce do check-inu, by zdobyć karty pokładowe na lot via Bruselę, na który to lot przebookowałem się dzień wcześniej. Po jakichś dziesięciu minutach stanąłem face-to-face z osobnikiem, który na owym check-inie, dodam że premium) urzędował. Kiedy podałem mu paszport i po 2 minutach nie uzyskałem kart, a Zofia tagu jasnym stało się, że coś nie hula. Moje przypuszczenia dodatkowo potęgował fakt, że u Pana-Checin w oczach pojawił się jeden wielki napis "fatal error" i klikał on nerwowo w klawiatuę, co jednak nie przyniosło żadnych efektów. Pan ów po kolejnych 5 minutach poinformował mnie, że mój etix number trochę nie działa i miłoby było gdybym udał się do Brussels Airlines desk celem uzyskania owego numeru. Udawszy się tam okazało, że to ciekawszy event jest, gdyż pierwszym pytaniem pani z SN* było co ja właściwie robię na lotnisku i czemu chcę się czekować na samolot do Brukseli? Wytłumaczywszy, że dzień wcześniej się przebookowałem na ów lot do BRU pani wykazała dość spore zaskoczenie, gdyż według posiadanych przezeń informacji wynika jasno, że ja się udaję do MUC zgodnie z planem pierwotnym. Pokazawszy pani mail z LH z rezerwacją i kodem na SN nastąpiła dalsza konfuzja i nerwowe klikanie po raz drugi. Po 10 minutach, 3 telefonach i 5 uśmiechach podszytych stresem drukarka wypluła kartkę z nowymi numerami etixów, w związku z czym ponownie udałem się do stanowiska odprawy. A tam, u tego samego pana, ponownie pojawił się fatal error. Bo numery jednak nie działały. Po kilku próbach spytał ów kolegi ze stanowiska obok, co teraz należy poczynić. Ten powiedział mu coś o wprowadzaniu osobnym czy czymś tam, co jednak okaząło się być skutecznym rozwiązaniem, bo karty się wypluły. Pan jeszcze tylko spojrzał na mój paszport i ponownie postanowił się konsultować z panem obok. Otóż zapytał on, a było to pytanie tygodnia, uwaga: This passenger is flying to Berlin and he is Polish. Does he need a visa? W tym momencie umarłem, zachciało mi się jeszcze bardziej palić i ujrzałem gwiazdy. Zgarnąłem więc szybko karty, paszport i biegiem udałem się przed terminal. Spaliwszy, szybkim krokiem pomaszerowałem do security control, gdzie oczom mem ukazały się tłumy przypominające statystów do bitwy pod Grunwaldem, tyle że bez broni, koni i całego tego jubla. Ujrzawszy ich miałem już wizję, że utknę na wieki w tej kolejce i do dupy polecę, by gówno obejrzeć. Okazało się jednak, ze te economy premium flex+ co je miałem, upoważniało mnie do fast lane do kontroli, co w pewien sposób skróciło czas tego cyrku. W pewien, gdyż dostęp do tej kolejki postanowiło również wykupić pół samolotu Thomasa Cooka do jakiejś egzotycznej wsi. A wiadomo, jak to z bydłem czarterowym - ogarnięcie na poziomie mało ogarniętego pasterza krów, oczywiście nie umniejszającym tamtym, czyli litry płynów, pilniki i inne mało dopuszczalne cuda w torebkach. Mnie zaś spotkało nawet wyróżnienie, czyli zostałem wymacany, bo dostałem czerwone światło na bramce. Gdyby pominąć okoliczności było nawet i przyjemnie.
Będąc już w departure area udałem się na poszukiwania gate'a 62, który okazał się być Wilczym Szańcem II, gdzieś na 5 poziomie piwnic za 568 zakrętem. Ale dotarłem i nawet się priorytetowo zboardowałem. Co prawda aż do autobusu, bo uznano, że spacer mógłby nam zaszkodzić i że lepiej nas zawieźć pod drzwi kukuryźnika. Więc wsiadłem i czekam na odjazd. Po 5 minutach nic, bo boarding trwa. Po 10 kolejnych minutach sytuacja się nie zmieniła. A dodam, że kukuryźnik to nie Airbus 380 i całej wsi z dobytkiem nie da się tam spakować. Finalnie, po 30 minutach bus ruszył z kopyta po płycie lotniska, dzięki czemu udało się nam wylecieć z opóźnieniem raptem 15 minut, przy czym byłem im to w stanie wybaczyć, bo Flybe serwis on board ma bardzo dobry, zawsze mili, uśmiechnięci i ogólnie kultura.
Lądowanie w Brukseli on time nawet. Co prawda zaraz później okazało się, że autobus co stoi pod samolotem nie czeka wcale na nas, więc my musimy poczekać na nowy. 10 minutek. A na przesiadkę miałem mieć minutek 55. Więc trochę wkurw, ale czekamy. Wtarabaniwszy się już do budynku brukselskiego lotniska chciałem biec zapalić do strefy non Schengen, która jak myślałem, będzie dla mnie dostępna, gdyż przyleciałem z UK. Niestety, okazało się, ze a i owszem, przypalić peta mogę, ale kiedy uprzednio przejdę security i passport controls. Więc se nie popaliłem. Pobieżyłem za to w kierunku swego gate'a, co wymagało sforsowania 3 par schodów, 3 taśm po których się idzie i security. Dodam, że na jednej z takich taśm miałem przyjemność wytłumaczyć w sposób poniekąd dosadny parze młodych Brytoli, że na taśmie owej nie chodzi się trzymając za rączki i blokując przejście, tylko trzymać się należy strony prawej. A jak chcą się migdalić, to proszę bardzo, ale obok, idąc normalnym chodnikiem. Rzuciłem też swojską kurwą na koniec, bo mnie zen drastycznie opadł. Odbywszy security trzeba było biec szukać gate'u. A wiadomo, że w BRU łatwo nie jest i w cenie jest własna kreatywność i umiejętność znalezienia własnej drogi. Coś prawie jak w życiu. We BRU jest jebitny znak po wejściu do terminalu A od strony non-Schengen, że gate'y do 39 są na lewo, a i inne na prawo, przy czym nie napisano dokładnie gdzie na prawo, więc trzeba trochę iść, a po drodze nie ma żadnych znaków motywujących i wskazujących, że obrana droga jest właściwą. Też coś jak w życiu. W końcu znalazłem się pod gate'em, gdzie tłumek spory już czekał. A wśród niego młody Niemiec, który na swym Macbooku chwalił się zdjęciami z jakiejś biednej afrykańskiej wioski swej koleżance, która z wrażenia aż chciała zdjątka na jej Ipada w modnym case'ie. Takie trochę zderzenia miałem - biedna Afryka, bogata Europa, pojechali, foty pocykali, są bardzo offowi, ale poza zdjęciami zrobili nic. Ja przynajmniej nawet zdjęć nie cykam. No ale pies ich drapał czy innien afrykański kot, bo zaczął się boarding i w sumie tyle z lotu pamiętam, że obudziłem się nad Berlę.
A w Berlę, na światym lotnisku Tegel, które powinno się nazywać Kurnik Internaszynal in Berlę, zamiast podpiąć nas pod rękaw uznano, że większy fun będzie, kiedy zapewni się nam wycieczkę busem po płycie i zwiedzanie wszystkich tamtejszych kątów. Po 10 minutach zwiedzanie jednak zakończono i wypakowao pasażerów pod drzwiami terminalu, co by się udali oni bagaż odebrać. Po kolejnych 15 minutach pierwsze walizki zaczęły wesoło kursować po karuzeli. Następne 10 minut nie przyniosło zaś pojawienia się Zofii**. Kolejne 15 też nie. A po w sumie 35 minutach ujrzałem na wyświetlaczu komunikat, że wszystko z Brukseli już wyrzucono i można iść do domu. Oznaczało to tyle, że Zofia została zagubiona. Te skurwiałe patafiany z SN zagubiły mi Zofię. Uznałem, że bez peta to nawet nie idę nawet tego zgłaszać, bo primo, że mogę pozabijać z radości, a secundo, że ni chuja nie wiedziałem, gdzie owego claim'a zrobić, więc trzeba było informacji zasięgnąć uprzednio. I tym samym samą informację namierzyć. Zlokalizowawszy ją dowiedziałem się, że punkt zgłaszania podobnych przypadków znajduje się przy wyjściu numer 12, czyli z drugiej mańki lotniska. Uradowawszy się niczym dziewica pierwszym wsadem pobieżyłem niczem jeleń po tym lesie czy innej polanie reklamację składać. Nie muszę chyba dodawać, że nie byłem jedynym, który owego chciał dokonać, więc musiałem swoje w kolejce odstać. Raptem 10 minut. I już mi to w sumie dyndało koło lewego jądra. Kiedy już przyszła moja kolej na opowiadanie o Zofii pojawił się problem. Poważny bardzo, jak się później okazało, ale nie ma co wydarzeń uprzedzać. Otóż koniecznym było podanie adresu, gdzie Zofię dostarczyć. A ja jak wiadomo na urlop mobilny się udałem, więc lokalizacji trochę dużo. Ale uznałem, że Zosia szybko do mnie wróci, więc podałem adres gorzowski. Poczyniwszy wszystko teleportowałem się na Dworzec Lichtenberg, by tam zetknąć się ze słowiańską bracią w dyliżansie do Kostrzyna. A później Gorzowa.
W dyliżansie owym do miasta docelowego mnie wiozącym zacząłem również dokładniej organizować kwestię Zofii. Pani z Berlę podała mnie numer do biura lost and found w POZ, gdzie zadzwoniłem i okazało się, że w sumie to oni mają 24 godziny na dostarczenie walizki od momentu jej przylotu. Czyli, że do niedzieli w sumie 8:55, gdyż Zofia została nadana miała być kolejnym samolotem do Berlę, by z Berlę LOTem do WAW, by tam ją nadac do POZ. Nie powiem, info mnie nie ucieszyło, więc zapytałem o możliwość odebrania Zofii w WAW przez osobę trzecią. Pani powiedziała, że ogólnie spoko, tylko ma być upoważnienie i będzie bosko. Podobno. Zadzwoniłem więc do osoby tzreciej, która zgodziła się na taki deal i nawet konieczność fałszowania mego oświadczenia woli o odebraniu Zofii jej nie przeszkadzało. I w sumie tylko jej, gdyż po kolejnym telefonie do POZ okazało się, że w POZ to nie może i pomoć i dostałem dwa numery do WAW, gdzie mam zadzwonić bo oni pomogą. Chuja pomogli, ale o tym zaraz. Bo okazało się, że obu numerów nikt nie odbiera. Nawet kiedy dzwoni się ciągiem przez 2 ponad godziny. Nikt. W końcu, w akcie wkurwienia odpaliłem stronę Chopin Airport i tam znalazłem numer numer 3. Tam nawet ktoś odebrał, ale miła pani po drugiej stronie linii powiedziała, że ona, a i owszem, lost and found, ale fanty typu telefony i okulary znalezione na pokładzie. Ale nie mam się co martwić, bo ona mi poda inny numer do tych od bagażu. Dodam, że też nikt przez 40 minut nie odbierał. Kiedy wkurw osiągnął zenit postanowiłem zadzwonić na ogólną informację Chopina, a tam świergocząca pani powiedziała, że w sumie to oni są po przeprowadzce i mają nowe numery. Bardzo inne numery, które mi podała. Tam bez problemu się dodzwoniłem. I znowu wkurwiłem. Gdyż pan buc do którego się dodzwoniłem, powiedział, że oni mi tej walizki nie zatrzymają w WAW i że mogę sobie tylko do Berlę dzwonić, i że generalnie po chuj dzwonię. Podziękowałem więc grzecznie za rozmowę, pograulowałem niezwykłych customer skills i życzyłem miłego wieczoru, a w rewanżu usłyszałem tylko jebnięcie słuchawką. Ot, kultura. Zadzwoniłem więc do Berlę, wyjaśniłem sprawę, a pani mnie, przepraszając i jeszcze raz przepraszając, powiedziała, że sprawa w systemie zamknięta, walizka nadana i niestety oni już nie mogą, ale żebym do WAW dzwonił, oni mogą mi pomóc. Kiedym streścił rozmowę z WAW pani po raz kolejny przeprosiła i powiedziała, że walizka już otagowana i Zofia jest on her way to WAW. No chuj pomyślałem i zdzwoniłem po raz kolejny do POZ informując, że sam odbiorę Zofię. I po raz kolejny mały stres, bo pani w zamian za podanie jej nowych numerów do WAW, sprzedała mi newsa, że lepiej gdybym jeszcze potwierdził kolejnego dnia, czy Zofia dotarła, bo gdyż może ona:
- zniknąć na sortownii,
- ktoś ją przeoczy,
- ktoś jej nie wsadzi do samolotu,
- samolot przekierują,
- wyślą ją do Rzeszowa, bo ktoś źle tag zczyta.
Uarczywszy się dalece tymi sympatycznymi informacjami postanowiłem już nie myśleć o tym, co może się stać.
Dziś udałem się do POZ Zofię zgarnąć. Pobiegłem radośnie do nowego terminala, gdzie arrivale są ulokowane, a tam pustka. I info, że lost nad found są wciąż na starym terminalu, czyi departure'ach. Co w końcu logiczne, czyż nie? Udało się mnie jednakowoż tam dotargać i bez problemu Zofię w stanie nienaruszonym odebrać.
Na koniec zaś wkurwiło mnie poznańskie MPK, bo przystanek odjazdu busów do miasta jest przy arrivale'ach, ale informacja o tym raczej biedna i ciężko ją znaleźć. Więc kolejne 500 metrów zapierdalania zupełnie w gratisie.
Żeby zaś uzupełnić opis mego szczęścia i niesamowitego farta dodam, iż zablokowałem kartę kredytową. Bo zapomniałem PINu, a w związku z zagubieniem bagażu i posiadaniem wszystkich ważnych fantów weń musiałem owe fanty nabyć ponownie, co skutkowało wycieczką do szacownego centrum handlowego Nova Park w Gorzowie Wielkopolskim. Na szczęście dziś udało mi się ów PIn przypomnieć, a miła pani z infolinii ING powiedziała, że oni kredytówek permanentnie nie blokują, tylko do 22:00, więc mam po 3 próby każdego dnia.
A teraz z Zofią jedziemy śmierdzącym InterRegio Portowiec do Warszawy, by raczyć się rieslingami. Przewozy Regionalne były nawet tak miłe, że w trosce o me nogi i ogólne bycie fit, zapewniły mi miejsce stojące na odcinku POZ - Konin. Czyż to nie wspaniały gest?
* kod Brussels Airlines
* moja piękna czerwona walizka
No comments:
Post a Comment