Saturday

canti rosato

przyznac otwarcie musze, iz wzmiankowany winiacz na poczatku mnie nie do konca uraczyl, gdyz smak jego odebralem jako plaski. po 4 kieliszku jednakowoz walor wzrosl. prawdopodobnie za sprawa wbudowanych 12%.  w lodowie zas stacjonuje druga butelunia, tym razem czegos bialego i chilijskiego. bo sobota.

poza tym doszedlem do wsniosku, ze do czasu wylotu do PL (na razie w wersji return) postacjonuje w obecnym przybytku. bo w sumie wstawanie rano jest strasznie chujowe, ale zle nie placa, nie bija i nie gryza. co prawda admin taskow tam z lekka mniej, niz oczekiwalem, ale coz poczynic. poza tym za lekko bezsensowne uznac nalezy szukanie pracy na miesiac z kawalkiem.

chodzi za mna rzym. nie miasto, ale FCO bym obadal ponownie. czuje silny ciag i obawiam sie, ze koniecznym bedzie klepniecie jakiegos tiketa, bo moge nie przezyc. a sa oni ladni te bilety, bo za 170 funia jest 5 lotow, w wersji LX i LH, wiec nie parchaty SN, co paszy nie daje. mysle. bylebym tylko nie klepnal lota po pijaku.

No comments:

Post a Comment